Alarm za alarmem. Mieszkańcy mogą przestać reagować. A wtedy wystarczy jeden prawdziwy atak

slowopodlasia.pl 1 godzina temu
Problem w tym, iż człowiek przyzwyczaja się choćby do syren alarmowych. A rosyjskie drony rzeczywiście latają tuż przy naszej granicy.Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejscePoniedziałek 28 września był pod tym względem wyjątkowy. Rosyjskie ataki na zachodnią Ukrainę sprawiły, iż mieszkańcy Lubelszczyzny raz za razem otrzymywali komunikaty Rządowego Centrum Bezpieczeństwa (RCB). Wieczorem ostrzeżenia objęły również Podkarpacie.O godz. 16.48 mieszkańcy woj. lubelskiego dostali wiadomość o rosyjskim ataku na Ukrainę i operowaniu polskiego lotnictwa. Kilkanaście minut później komunikat był już znacznie poważniejszy: „Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce”. W Lublinie, Puławach, Zamościu i innych miejscowościach zawyły syreny.Później zagrożenie odwołano. Ale to nie był koniec. Wieczorem rozpoczęła się kolejna fala rosyjskiego ataku i pojawiły się następne ostrzeżenia. Według lokalnych mediów do godz. 20.40 mieszkańcy Lubelszczyzny otrzymali już trzeci tego dnia alert związany z sytuacją za wschodnią granicą.Dron spadł 2 km od PolskiŁatwo uznać serię SMS-ów za nadmierną ostrożność służb. Tyle iż tym razem niebezpieczeństwo znajdowało się wyjątkowo blisko.Minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz poinformował, iż rosyjski dron odrzutowy uderzył po stronie ukraińskiej około 2 km od przejścia granicznego w Dorohusku. Polska przestrzeń powietrzna nie została naruszona.Oznacza to, iż ostrzeżenia nie dotyczyły abstrakcyjnego zagrożenia oddalonego o setki kilometrów. Rosyjska broń znalazła się kilka kilometrów od polskich miejscowości.I właśnie tu pojawia się problem, z którym służby będą musiały się mierzyć coraz częściej.Człowiek przyzwyczaja się do alarmuJeżeli SMS zaczynający się od „UWAGA!” przychodzi raz, natychmiast zwraca uwagę. jeżeli pojawia się kolejny raz, potem następny, a każdy kończy się komunikatem „brak zagrożenia na terenie Polski”, reakcja może być zupełnie inna.To zjawisko określane jest jako alert fatigue – zmęczenie alarmami.Nie jest jedynie psychologiczną teorią. Bardzo dobrze pokazują je doświadczenia Ukrainy. Naukowcy przeanalizowali ponad 3 tys. alarmów oraz dane dotyczące przemieszczania się 17 mln urządzeń mobilnych. Na początku wojny ludzie po otrzymaniu ostrzeżenia gwałtownie szukali schronienia. Z upływem czasu reakcja stawała się jednak coraz słabsza. Najmniejsza była wśród osób długo żyjących w stanie ciągłego zagrożenia.Badacze oszacowali przy tym, iż reakcje ludności na system ostrzegania pozwoliły uniknąć 35-45 proc. obserwowanych ofiar cywilnych, które potencjalnie mogły zginąć. Według ich szacunków utrzymanie początkowego poziomu reakcji mieszkańców w późniejszym okresie mogłoby zapobiec kolejnym ofiarom.To pokazuje, dlaczego zobojętnienie na alarm nie jest błahym problemem. Zwłaszcza iż potwierdzają to niektórzy mieszkańcy, którzy przestają reagować na komunikaty RCB. Alarm musi coś znaczyćNa Lubelszczyźnie pierwsze oznaki tego zjawiska już zauważono. Lokalne media informowały we wrześniu, iż po tygodniach kolejnych ostrzeżeń część mieszkańców zaczęła je ignorować. Zwracano również uwagę na potrzebę wyraźniejszego rozróżniania komunikatów informujących o rosyjskim ataku na Ukrainę od tych oznaczających bezpośrednie zagrożenie dla mieszkańców Polski.Takie rozróżnienie jest kluczowe. Bo czym innym jest informacja: rosyjskie rakiety i drony atakują zachodnią Ukrainę, polskie lotnictwo zostało poderwane i sytuacja jest monitorowana. Czym innym komunikat: „Znajdź bezpieczne miejsce”.Ten drugi powinien oznaczać, iż trzeba natychmiast działać.Służby znajdują się jednak w wyjątkowo trudnej sytuacji. Nie mogą czekać, aż rosyjski dron przekroczy granicę, zanim ostrzegą mieszkańców. Obiekt poruszający się z dużą prędkością może pokonać kilka kilometrów w bardzo krótkim czasie.To tylko kolejny komunikatPoniedziałkowe wydarzenia pokazały, jak niewielki jest margines bezpieczeństwa. Rosyjski dron uderzył około dwóch kilometrów od Polski.Dlatego problemem nie jest samo wysyłanie ostrzeżeń. Problemem staje się utrzymanie ich skuteczności, gdy alarmy powtarzają się dzień po dniu.Bo najgorszy scenariusz wcale nie musi wyglądać tak, iż państwo nie ostrzegło mieszkańców.Może to wyglądać zupełnie inaczej: państwo wyśle adekwatny komunikat, zawyją syreny, telefon wyświetli „znajdź bezpieczne miejsce”, ale część mieszkańców uzna, iż to tylko kolejny alarm, który za kilkanaście minut zostanie odwołany.
Idź do oryginalnego materiału