Dlaczego polskie firmy otwierają fabryki w Chile, Kazachstanie, USA i Chinach?
Napis na frontonie budynku przy ulicy ul. Łąkowej 39/44 w Gdańsku głosi: „LPP Fashion Lab Cotton” i – jak sądzę – kilka mówi przeciętnemu mieszkańcowi Trójmiasta. A tu mieści się największa w Polsce firma modowa. Grupa LPP jest właścicielem takich marek jak: Reserved, House, Mohito, Sinsay i Cropp. W ubiegłym roku posiadała 3426 sklepów stacjonarnych na ponad 40 rynkach. To adekwatnie międzynarodowy koncern o polskich korzeniach. Tylko w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku jego sprzedaż doszła do 16,6 mld zł, co oznaczało wzrost o 20% w stosunku do roku 2024. Prezesem Grupy LPP jest Marek Piechocki, a największym udziałowcem założona przez niego na Malcie rodzinna Fundacja Semper Simul.
LPP SA jest notowana na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Kurs jednej akcji oscyluje ostatnio wokół 20 tys. zł, a kapitalizacja rynkowa to ponad 36,5 mld zł, co musi budzić szacunek.
Przy czym Grupa LPP nie ma w Polsce ani jednego zakładu produkcyjnego, w którym szyte są ubrania sprzedawane pod dobrze już znanymi markami. W sprawozdaniu za 2023 r. podano, iż ok. 92% kolekcji zamawiane było w Azji, głównie w Bangladeszu, Chinach, Mjanmie, Pakistanie, Indiach i Kambodży, ok. 7% w Turcji, a w Polsce… nie więcej niż 1%.
Przykład Grupy LPP jest charakterystyczny dla dużego rodzimego biznesu, który coraz częściej przenosi produkcję poza granice Polski. Szacunki wskazują, iż zagraniczne aktywa polskich spółek sięgnęły 164,5 mld. zł. A to dopiero początek.
Dlaczego emigrują z Polski?
Decyzja o budowie fabryki za granicą lub ulokowaniu tam produkcji to nie kaprys ani widzimisię właścicieli. Stoi za tym złożona kalkulacja ekonomiczna, w której liczą się dziesiątki zmiennych. Powodów, dla których polskie spółki decydują się na taki krok, jest kilka. Tak wynika z badań prowadzonych przez rodzime ośrodki analityczne, takich jak Polski Instytut Ekonomiczny.
Okazuje się, iż ponad połowa rodzimych firm inwestujących za granicą jako najważniejszy powód podaje poszukiwanie nowych rynków zbytu. Rodzimy rynek, choć duży jak na standardy regionu, ma swoje ograniczenia. Dla firm, które osiągnęły już pozycję krajowego lidera, dalszy wzrost wymaga wyjścia poza granice. A gdy już taka decyzja zapadnie, lepiej mieć produkcję tam, niż wysyłać towary z Polski i płacić za transport oraz cła.
Drugi powód to dywersyfikacja ryzyka. Pandemia COVID-19 nauczyła firmy, iż poleganie na jednym rynku to czysty hazard. Gdy Polska zamykała granice, firmy prowadzące działalność w kilku krajach mogły przenieść jej ciężar gdzie indziej. Wojna w Ukrainie tylko umocniła to doświadczenie.
Spółki, które miały ugruntowaną pozycję na rosyjskim, białoruskim czy ukraińskim rynku, z
Post Albo patriotyzm, albo zyski pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.









