Ameryka

bezkamuflazu.pl 2 godzin temu

Na ulicach amerykańskich miast toczą się walki, a żołnierze strzelają do żołnierzy. Waszyngton staje się celem ofensywy zbuntowanych oddziałów. Film „Civil War” Alexa Garlanda z 2024 roku przedstawia USA jako państwo rozbite przez wewnętrzny konflikt. Nie wyjaśnia dokładnie, jak do tego doszło. Pokazuje za to świat, w którym amerykańska potęga militarna została skierowana przeciwko samym Amerykanom. Dziś, w dniu wyborów do Kongresu, ta wizja może wydawać się mniej odległa niż przed laty. Amerykanie są głęboko podzieleni, a polityczni przeciwnicy coraz częściej widzą w sobie zagrożenie dla przyszłości kraju. Ale między wzajemną wrogością, ulicznymi zamieszkami a wojną domową istnieje ogromna różnica. I właśnie od tego rozróżnienia trzeba zacząć jakiekolwiek rozważania o realności filmowego scenariusza.

Na początku października Chicago Project on Security and Threats (CPOST) z Uniwersytetu Chicagowskiego opublikował wyniki sondażu przeprowadzonego pod koniec sierpnia wśród 2218 dorosłych Amerykanów. Aż 25 proc. uznało użycie siły w celu odsunięcia Donalda Trumpa od prezydentury za uzasadnione. Rok wcześniej podobnie odpowiadało 16 proc. badanych.

Inne pytanie dotyczyło aprobaty dla użycia wojska przeciw protestującym przeciwnikom polityki prezydenta. Łącznie przynajmniej jedno z tych dwóch działań popierało 41 proc. ankietowanych. Jednocześnie tylko 42 proc. wierzyło, iż głosy w listopadowych wyborach zostaną prawidłowo policzone. Wyniki pokazują, jak głęboki stał się kryzys zaufania, choć dotyczą dwóch odmiennych form stosowania siły: przez przeciwników władzy i przez samą władzę.

Istotne zastrzeżenie: uznawanie przemocy za dopuszczalną nie oznacza gotowości do osobistego chwycenia za broń. Nie jest też miarą liczby potencjalnych uczestników rebelii. Zresztą w tym samym raporcie badacze wskazali, iż ponad 70 proc. Amerykanów odrzuca przemoc polityczną. Rozbieżności wynikają m.in. z odmiennego sposobu formułowania pytań.

Warto spojrzeć również na rzeczywiste zachowania. Według ACLED, organizacji monitorującej konflikty i niepokoje społeczne, w 2025 roku około 97 proc. demonstracji w USA obyło się bez przemocy i interwencji policji, mimo iż liczba protestów wzrosła o blisko 77 proc. w porównaniu z poprzednim rokiem. Uliczna mobilizacja nie jest więc równoznaczna z gotowością do walki.

Nie znaczy to, iż nie ma powodów do obaw. Analitycy Center for Strategic and International Studies (CSIS) zidentyfikowali jedenaście przypadków zamachów lub przygotowań do aktów terroryzmu związanych z amerykańskimi wyborami od 2015 roku do połowy 2026 roku. To kilka na tle ogólnej liczby incydentów terrorystycznych, ale większość tych przypadków przypada na ostatnie lata. 15 października FBI ponownie ostrzegło przed groźbami kierowanymi do osób organizujących głosowanie. Nie potrzeba masowej rebelii, by pojedynczy akt przemocy wywołał polityczny wstrząs.

Od gniewu do wojny

Czy taki wstrząs mógłby uruchomić powtórkę z lat 1861–1865? Wówczas zbuntowane stany stworzyły Konfederację, wystawiły regularne wojsko i przez cztery lata walczyły z rządem federalnym. Zginęły setki tysięcy ludzi. Dzisiejsza Ameryka wygląda jednak inaczej. Jej polityczne podziały nie przebiegają wzdłuż wyraźnej linii geograficznej. Republikanie i demokraci mieszkają w tych samych stanach, miastach i dzielnicach.

Nie ma też współczesnego odpowiednika Konfederacji, zdolnego do prowadzenia długotrwałej wojny. Uzbrojone grupy ekstremistyczne mogą dokonywać zamachów i prowokować starcia, ale nie mają potencjału regularnej armii ani wspólnego politycznego kierownictwa. Z tego powodu we wrześniu 2025 roku analitycy CSIS Benjamin Jensen i Joseph Young uznali ryzyko wybuchu amerykańskiej wojny domowej za znikome. Znacznie bardziej prawdopodobne ich zdaniem są pojedyncze akty przemocy i napędzające się wzajemnie ataki radykałów.

Zamach na polityka, zbrojna demonstracja, choćby gwałtowne zamieszki nie są jeszcze wojną domową. Ta wymaga zorganizowanych stron zdolnych do prowadzenia długotrwałych walk. Atak na Kapitol 6 stycznia 2021 roku pokazał jednak, iż ludzie przekonani o bezprawności wyborczego rozstrzygnięcia mogą próbować siłą zakłócić działanie państwa. To nie był początek wojny, ale ostrzeżenie przed skutkami delegitymizacji instytucji.

Groźniejszy od pojedynczych zamieszek byłby splot kilku zjawisk: kwestionowania wyników, masowych protestów, aktów przemocy i konfliktu między władzami federalnymi a stanowymi. Punktem krytycznym mogłaby się stać odmowa podporządkowania się prawomocnym orzeczeniom sądów. Wtedy polityczny spór zacząłby dotyczyć nie tylko tego, kto rządzi, ale także tego, czyje decyzje są w ogóle wiążące.

Tegoroczne wybory nie są przy tym głosowaniem nad prezydenturą Trumpa. choćby jeżeli republikanie stracą większość w Kongresie, prezydent zachowa urząd i zwierzchnictwo nad armią. Może jednak dojść do zaostrzenia sporów o zakres jego uprawnień. Ich przedsmak przyniosło postanowienie sądu federalnego z 30 października. Sędzia Trina Thompson tymczasowo zakazała przedstawicielom administracji wywierania określonych nacisków na urzędników wyborczych, w tym żądania usuwania wyborców z rejestrów na podstawie federalnych zarzutów o nieuprawnione głosowanie. Administracja odwołała się od tego postanowienia. To przykład działania instytucjonalnych hamulców, ale też skali napięć przed głosowaniem.

Czy żołnierze stanęliby przeciw sobie?

W tym miejscu pojawia się pytanie najważniejsze dla bezpieczeństwa: co stałoby się z amerykańskim wojskiem, gdyby konflikt polityczny przerodził się w kryzys konstytucyjny?

Prezydent USA jest naczelnym dowódcą sił zbrojnych. Nie znaczy to jednak, iż armia stanowi jego osobistą formację. Amerykańscy wojskowi przysięgają bronić konstytucji. Szeregowi i podoficerowie zobowiązują się ponadto wykonywać rozkazy prezydenta i przełożonych zgodnie z prawem wojskowym; oficerowie składają nieco inną przysięgę. Zasada jest wspólna: rozkazy mają być zgodne z prawem, a lojalność wobec państwa nie powinna oznaczać partyjnego zaangażowania.

Szczególną rolę odgrywa Gwardia Narodowa. Jej oddziały mogą pozostawać pod dowództwem gubernatora, gdy pełnią służbę stanową lub w statusie określanym jako Title 32. Po powołaniu do służby federalnej, na podstawie Title 10, przechodzą pod kontrolę władz federalnych. Z tej konstrukcji wynikają zarówno możliwości reagowania na klęski żywiołowe i zamieszki, jak i potencjalne spory między gubernatorami a Waszyngtonem.

Nie chodzi jednak o prostą sytuację, w której każdy gubernator ma własną armię gotową przeciwstawić się Pentagonowi. Zmiana statusu jednostek, zakres uprawnień władz i legalność wydawanych rozkazów są uregulowane przepisami. Istotne znaczenie ma Posse Comitatus Act, ograniczająca wykorzystanie federalnego wojska do egzekwowania prawa wewnątrz kraju. Ograniczenia te obejmują również sfederalizowaną Gwardię Narodową, ale co do zasady nie dotyczą jej oddziałów pozostających pod kontrolą stanową.

Istnieją wyjątki. Insurrection Act pozwala prezydentowi użyć wojska w szczególnych okolicznościach, na przykład w razie rebelii lub poważnych przeszkód w wykonywaniu prawa federalnego. W kryzysie politycznym spór mógłby więc dotyczyć tego, czy warunki zastosowania ustawy rzeczywiście zostały spełnione. Jedni widzieliby w obecności żołnierzy ochronę porządku, inni próbę zastraszenia przeciwników władzy.

Nie są to obawy całkiem abstrakcyjne. W sierpniu gen. Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, zapewnił senator Elissę Slotkin, iż nie ma planów wysyłania federalnych żołnierzy ani sfederalizowanych gwardzistów do lokali wyborczych. Zaprzeczył również planom przejmowania kart do głosowania i maszyn wyborczych. Dodał, iż nie otrzymał i nie spodziewa się otrzymać bezprawnego rozkazu dotyczącego wyborów. Sam fakt, iż takie zapewnienie stało się potrzebne, mówi wiele o politycznej atmosferze.

Czy w skrajnych okolicznościach mogłoby dojść do podziałów w armii? Wykluczyć tego nie można. Żołnierze również mają poglądy, a spór o legalność rozkazów mógłby prowadzić do napięć i odmów ich wykonania. Nie ma natomiast podstaw, by przewidywać rozpad sił zbrojnych na dwie wielkie, walczące ze sobą armie. Bardziej realistycznym zagrożeniem byłby ograniczony paraliż decyzyjny i konflikt kompetencyjny, utrudniający wojsku wykonywanie zadań.

Destabilizacja USA nie byłaby wyłącznie amerykańskim problemem – byłaby zmartwieniem także dla Polski, o czym piszę w dalszej części tekstu. Opublikowałem go w portalu TVP.Info – oto link do tego materiału.

Graf. Materiały dystrybutora filmu „Civil War”

Idź do oryginalnego materiału