Coraz mniej człowieka

instytutsprawobywatelskich.pl 1 dzień temu

Nie macie czasem wrażenia, iż zmiany cywilizacyjne nie idą jednak w dobrym kierunku? Że nowoczesne rozwiązania, udogodnienia zaczynają nam ciążyć, a choćby zagrażać? Widzę to coraz wyraźniej, czuję coraz mocniej. Niekoniecznie jest to kwestia wieku, gdy człowieka ciągnie już do kocyka, książki i spokoju, a wszystko co nowe źle się kojarzy. Stoi się na tej huśtawce między chęcią zatrzymania młodości, bycia cool, a mamrotaniem przez ściśnięte zęby: za moich czasów bywało lepiej! Można dość gwałtownie sprawdzić czy to starcza zgryźliwość, czy jednak coś jest na rzeczy. Wystarczy pogadać z młodymi i zapytać ich, czy ten nowoczesny świat im się podoba w stu procentach. I z moich mikrobadań wyszło, iż jednak ktoś/coś nas gotuje, jak nieświadome żaby, przyzwyczaja do rzeczy, bez których już nie chcemy żyć, albo nie możemy, bo alternatywy zniknęły. I młodzi to też widzą i im to przeszkadza. Podam kilka przykładów.

Pierwszy z brzegu: AI i sztuczne filmiki oraz zdjęcia. Myślałam, iż jestem taka sprytna łasica i bez trudu odróżniam lukrowane patetyczne filmiki wygenerowane przez sztuczną inteligencję. A jednak dałam się nabrać. Filmik jakby zrobiony kamerą przy wejściu do drewnianego domku. Z góry schodzi lawina, na werandę wpada sarna z młodym koziołkiem. Uratowali się w ostatniej sekundzie. Wow, ale super! Ale jeszcze tego samego dnia usłużne rolki pokazują mi tę samą werandę, tym razem jest to refugium dla tygrysicy i tygryska. Co za przypadek! A chwilę później schodzi kolejna lawina, identyczna jak dwie poprzednie i tym razem domek ratuje życie losze z małym warchlaczkiem. Dobrze, iż sarna i tygrys poszły już, bo by była tam niezła jatka! Shit! Ej-aju, nabrałeś mnie!

Przecież to wszystko rozkręciło się jakoś w tym roku. A ja już nie ufam niczemu, co widzę w necie. Na każde piękne zdjęcie patrzę podejrzliwie, na każdy interesujący filmik.

Czy naprawdę tego chcemy, żeby nie móc ufać głosówce przesłanej nam przez aplikację, albo choćby filmowi, na którym nasza własna córka poprosi nas o przesłanie stówki? Czy to na pewno ona? A może ktoś się pod nią podszył i używa jej głosu i wizerunku? Już teraz na prośbę małolaty odpowiadam, iż nie wyślę, bo jest tworem AI (hehe). jeżeli tego nie zatrzymamy jakimiś przepisami, oznaczeniami, programami, jak te antywirusowe, to będziemy wszyscy za chwilę jak taki staruszek na ganku, ze strzelbą gotową do strzału, nieufny i wystraszony, bo zaraz może przyjść Billy the Kid, by zabrać ostatniego konia oraz tabakę.

A przecież oddajemy w ręce maszyn także najważniejsze dziedziny życia. Zarządzanie systemami miasta, komunikacją, elektrycznością, bankowością, telekomunikacją. Zachłysnęliśmy się tym trochę bezkrytycznie. Zachowujemy się jak ptaki jedzące sfermentowane owoce i potem leżące bez sił na chodniku.

Wszystko jest dla ludzi, korzystajmy, ale rozumnie i nie oddawajmy w ręce systemów naszego życia. Wystarczy posłuchać naukowców pracujących przy systemach sztucznej inteligencji, by zorientować się, iż nie do końca nad tym panujemy.

A także, iż takie radosne zaufanie może być wykorzystane przez złych Rumburaków i będzie kłopot.

Inny symptom zmian, które mogą nas zwieść na manowce: tracimy zdolność do samodzielnego tworzenia, pisania czy choćby wyszukiwania danych. Znacie to już? Zamiast wysilić głowę i coś napisać, otwieramy sobie czat i piszemy niechlujnie polecenie. Po co się męczyć? Kto tego nie robił, ma szansę na ratunek. Run, Forest, run! Ja już chyba jestem spisana na straty. A może nie? Ten felieton piszę sama, z palca. W ramach sprawdzenia, czy ta umiejętność mi nie zanikła.

Gorzej jest z szukaniem danych. Wolę wrzucić raport w czata i poprosić o streszczenie, niż ślęczeć nad nim samodzielnie. I co z tego? – powiesz. Narzędzie, jak każde inne, ułatwia życie. I tak i nie. Ułatwia, ale rozleniwia, aż w końcu będzie jak z dzieleniem pod kreskę długich liczb przez długie liczby. Umiecie to jeszcze? Bo ja już nie. A umiałam. I weszły w użycie kalkulatory. Jak kiedyś znajdę się na samotnej wyspie bez dostępu do techniki, to nie ma opcji, żebym podzieliła 3429 orzechów kokosowych przez 127-osobową grupę rozbitków.
Ostatnio moja nastoletnia córka powiedziała coś takiego – jak dobrze, iż chodziłam do podstawówki w czasach przed AI, bo przynajmniej umiem sama napisać wypracowanie, a obecne dzieci już tego nie potrafią. Coś jest na rzeczy.

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Kolejny przykład: za dawnych, dawnych czasów podróż wyglądała tak – szło się na dworzec, kupowało za gotówkę papierowy bilet. Nie było w zasadzie sytuacji, iż nie sprzedali, bo nie ma miejsc. Miejsce zawsze było – siedzące, stojące na jednej nodze, wciśnięte w kąt koło WC. Jechało się np. w góry, wysiadało, na dworcu czekały góralki z ofertą noclegów. Zwykle wymachiwały kluczem w ręku i stąd było wiadomo, iż to dawna forma booking.com. Oczywiście istniał także wariant dla przezorniejszych turystów, którzy mogli znaleźć w książce telefonicznej nr telefonu do Hotelu Harnaś, albo pensjonatu Pod Trzema Dorszami (nad morzem) i można było zamówić sobie nocleg. Były też wczasy zakładowe i inne zorganizowane formy.

W każdym razie każda opcja była technologicznie dostępna dla wszystkich – od juniora po seniora. Spróbujcie teraz zlecić organizację wakacji osobie mniej zaawansowanej technologicznie. Będzie się działo. I te pozorne ułatwienia zaczynają nas osaczać.

Najpierw jest wybór – możesz wysłać list, albo zalogować się do jakiejś aplikacji. Możesz porozmawiać z panią w okienku albo z robotem w centrum obsługi. A potem się okazuje, iż okienka już nie ma, a całość twoich spraw załatwia AI. Życzę powodzenia przy bardziej nietypowych i skomplikowanych sprawach. System nie znajduje rozwiązania, spędzasz całe dnie wysłuchując mazurków Chopina na infolinii, a ostatecznie i tak wciśniesz # zamiast *1 i cała zabawa zaczyna się od nowa.

Dawno temu przyglądałam się elektronicznym bramkom do wejścia do WC na lotnisku w Oslo. I zastanawiałam się, co by się stało, gdyby za pilną potrzebą podszedł tam osobnik analogowy.

W zasadzie nie było opcji, żeby rozgryzł system płacenia na czas. Minęło parę lat i na głównym placu, tu gdzie mieszkam, stoi w pełni zautomatyzowany przybytek uruchamiamy już nie na monety, a na kartę. I najpierw trzeba przeczytać kilkupunktową instrukcję. Do wyboru są dwa języki: rumuński i węgierski.

Te ułatwienia zakradają się do każdego zakamarka naszego życia. A my na to pozwalamy, uczymy się, ściągamy aplikacje, próbujemy zapamiętywać loginy i hasła, siedzimy cały dzień rezerwując przelot, rozgryzając ile centymetrów wzdłuż i wszerz musi mieć walizka, aby nie było problemu na lotnisku. I może być jeszcze gorzej. Śledzę kanał z Korei, najbardziej zaawansowanego technologicznie kraju i w dziedzinie automatyzacji jesteśmy jeszcze w lesie. Także, trzymajcie kapelusze!

Na technologię ponarzekałam, czas na zagadnienia społeczne. A jest tego sporo. Po pierwsze – bezpieczeństwo. Na każdym rogu kamery, kilkulatki chodzą do szkoły pod czujnym okiem aplikacji śledzącej położenie. Domy pozamykane na domofony, osiedla ogrodzone. Czy czujemy się bezpiecznie? Niekoniecznie. Uczymy się żyć w strachu i nikomu nie ufać. Dzieci w dużej mierze straciły swobodę i możliwość zdobywania doświadczenia, zabawy. Odwożone spod drzwi, do drzwi, zadbane, skontrolowane. My jako obywatele podobnie. Nasze wybory są śledzone w sieci.

Nie można się potknąć nie myśląc, czy ktoś nas nie sfilmował i nie wrzucił tego do sieci. Truman show to już nasza codzienność.

Zresztą sami oddajemy nasze życie w ręce algorytmów. Czego słuchacie? Tego co wam podpowie YT czy Spotify, prawda? Wybieracie film na platformie, bo się wam wyświetlił w sekcji – propozycje dla ciebie? No właśnie. Algorytm kształtuje twój gust i zapełnia ci czas. Czy to dobry kierunek? Częściowo tak, bo nie trzeba po każdej piosence zastanawiać się czego dalej słuchać. Polubiłam Johna Smitha, to algorytm będzie mi cały dzień serwował brodatych hipsterskich pseudo-drwali z gitarą w ręku śpiewających wśród sekwoi, iż życie jest piękne. Tyle iż można utknąć wśród drwali i nigdy nie posłuchać Grażki by Jucho, Marizy czy Alexandriny/Orasul umbre.

Mam też wrażenie, iż powoli tracimy zaufanie do samych siebie czy wiedzy pokoleń.

Do wszystkiego potrzebujemy coachów, ekspertów. Influenserzy nas influensują, trenerzy personalni trenują.

Specjalista lat 23 powie mi, czym karmić kota, jakiej matchy nie kupować oraz jaki punkt ucisnąć sobie na uchu, żeby przestała mnie boleć wątroba. Jakbym miała mało porad, to w sukurs przybędzie oddział PR-owców firm maści wszelakiej. Zaproponują mi oszczędzanie przez wydawanie. Na przykład powiedzą, żebym kupiła sobie kostium wampira, bo jeżeli nie będę świętować Halloween, to będę passe. A ponadto jeżeli nie założę bransoletki mierzącej wszystkie me życiowe parametry, to parametry te ustaną nagle, niespodziewanie i nikt się o tym nie dowie, bo ludzie żyją koło siebie, ale tak jakby każdy był małą planetą, zajętą samą sobą i niezależną od innych.

Choć jest też coś, co jednak temu przeczy, bo my jednak potrzebujemy uwagi. Dyktatura lajków i komentarzy. Zjawisko, w którym każde przeżycie musi zostać przemielone przez media społecznościowe, żeby stało się realne. Jem zupę, stoję na moście, spotkałam się z Bożenką, pozuję na tle Wielkiego Kanionu, albo na balkonie na 150. piętrze bloku pośrodku pustyni. I ludzie muszą się o tym dowiedzieć. Nasze przeżycia czekają na zatwierdzenie kciukiem w górę. Raportujemy całe życie, siedząc samotnie w domu. Już choćby bezinteresowna pomoc jest głównie na pokaz. Ile widzieliście filmów pokazujących jak młody osobnik pomaga bezdomnemu, wszystko skrupulatnie filmując? Po co? Dla lajków, dla zasięgów, dla własnego dobrego samopoczucia?

Czy te wszystkie zjawiska mają jakiś wspólny mianownik? Chyba to, iż coraz mniej jest człowieka w tym wszystkim.

Zakładam, iż osób, którym ten kierunek rozwoju nie jest w smak, jest więcej. Czy można coś z tym zrobić? Moim zdaniem tak: stawiać bierny opór tam gdzie się da. Płacić gotówką, naprawiać buty i sprzęty, nie dawać się wciągać w super promocje i kupowanie niepotrzebnych rzeczy. Czytać książki, pisać listy, czy pamiętnik, zagadać do sąsiada, puścić dziecko na podwórko, ugotować samemu obiad z lokalnych produktów, podejść na pieszo, nie wrzucać całego swego prywatnego życia do sieci, samemu wybrać film, kupić coś czy załatwić na żywo, nie online.

Małe rzeczy pomnożone przez milion nie będą małe. Wybór konsumencki (lub jego brak) miliona osób zauważą korporacje, systemy i politycy.

Zmiany będą szły za naszymi decyzjami. jeżeli będziemy iść ślepo za wszystkimi tymi ulepszaczami, za kilka lat nie będziemy mieć już wyboru. Na koniec apel do młodziaków, czyli ludzi poniżej, powiedzmy, 45. roku życia, którzy są targetem wszelkich zmian. Do osób, których nie absorbuje głównie strzykanie w kolanie i którym się jeszcze chce zmieniać świat.

To, na co się zgodzicie, czemu nie postawicie tamy, będzie przyszłością waszą i waszych dzieci. I naszą, starszaków, także.

Zapraszamy na staże, praktyki i wolontariat!

Dołącz do nas!
Idź do oryginalnego materiału