Osoby interesujące się Ukrainą kojarzą Phillipsa O’Briena (a nieinteresujce się trafiły na niewłaściwego bloga). Wydał on niedawno książkę „War and Power: Who Wins Wars ― and Why”, którą należy tu uznać za lekturę obowiązkową. O’Brien wykłada tam swoją Teorię Sztuki Wojennej, która brzmi dla mnie – jako dla absolwenta szkoły Paradoxu – całkiem sensownie.
O’Brien jest zaprzysięgłym wrogiem „realizmu”, podobnie jak Jors Truli. Pod tą pozornie sympatyczną nazwą kryje się doktryna międzynarodowa, w której liczy się tylko siła, więc cokolwiek robi supermocarstwo, jest eo ipso usprawiedliwione. Można się tej idei sprzeciwiać z powodów etycznych, ale można też z czysto racjonalnych: realizm wszystko sprowadza do pojęć, których nie sposób zdefiniować.
Kto jest supermocarstwem? W HOI4 definicja jest prosta: trzeba mieć co najmniej 70% potencjału przemysłowego siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw (wbrew pozorom, nie chodzi więc po prostu o bycie w górnej siódemce, w mojej obecnej grze jest 9 supermocarstw, w tym odrodzona Rzeczpospolita Obojga Narodów ofc).
A czym jest siła? Realiści sprowadzają to do stalinowskiego „ile papież ma dywizji?”, ale to droga donikąd. jeżeli liczyć lufy, czołgi i samoloty, Południowy Wietnam i Irak Saddama należały do czołówki mocarstw.
Potencjał Rosji wielokrotnie przeszacowano w ten sposób. Podczas pierwszej światówki Niemcy zakładali, iż Rosja to groźny niedźwiedź a Francja to taka śmieszna żabka, więc plan Schlieffena zakładał błyskawiczne pokonanie Francji doborowymi wojskami, które potem by przerzucono na wschód.
Jak wiadomo, wyszło odwrotnie. Doborowe wojska ugrzęzły pod Verdun, za to tyłowa armia na wschodzie, licząca 175.000 żołnierzy, unicestwiła atakujące 485.000 Rosjan. Gdyby kajzer Wiluś lepiej to zaplanował, odpala się przerażająca alternatywna historia absolutnej dominacji Niemiec w Europie.
Ten sam błąd robili prawie wszyscy do 24 lutego 2022. Zachodni analitycy przeszacowali potęgę Rosji choćby bardziej niż sam Putin, który zakładał raczej 10 dni niż 3 dni. Ale jakiś amerykański głupek (niejaki Rob Lee, specjalista od Rosji w Foreign Policy Research Institute) dla New York Timesa mówił wręcz o „30 minutach”.
O’Brien proponuje zamiast tego podejście, które nazywa „holistycznym”. Jak się można domyślić po tej nazwie, też nie jest łatwe do zdefiniowania, ale przynajmniej nie udaje takowego.
W kolejnych rozdziałach opisuje jakie znaczenie dla potencjału wojennego państwa ma jego przywództwo, gospodarka, społeczeństwo i pozycja międzynarodowa. Zauważę na marginesie, iż wszystkie te parametry próbują oddawać gry Paradoxu, gdzie przywódca niczym w RPG, miewa plusy i minusy za swoje cechy osobowości, są też „national spirits”, „diplomatic reputation”, „stability”, „war support”, itd. Francja na przykład zaczyna ze spiritem „zwycięzcy wielkiej wojny” (który uniemożliwia reformę armii).
Wiele obserwacji O’Briena znajduję ciekawymi, na przykład iż dyktatorzy generalnie z biegiem lat głupieją. choćby niekoniecznie za sprawą sklerozy, ale po prostu dlatego, iż po 10 latach zaczynają wierzyć w swoją nieomylność (bo musieli mieć już sytuacje typu „moi generałowie się ze mną nie zgadzali i kto teraz gryzie trawę”). Hitler na przykład w latach 1933-1939 parę razy grał va banque wbrew wszystkim doradcom – i wygrywał, co go doprowadziło do serii samobójczych decyzji w latach 1940-1943.
Teoretycy wojskowości mają skłonność do pomijania czynniku ludzkiego, bo patrzą na niebieskie i czerwone strzałki na mapie, a nie na tego Churchilla, który je narysował. Tymczasem Osobowość Przywódcy ma kapitalne znaczenie, bo na przykład może on mieć osobistą preferencję wobec marynarki kosztem lotnictwa, albo zdolność zrażania sojuszników.
Kajzer Wiluś skazał siebie na porażkę swoją agresywną polityką zagraniczną. Wydawało mu się, iż sojusz francusko-rosyjski będzie niemożliwy, a Wielka Brytania zachowa neutralność. Zachowywał się chamowato wobec wszystkich, czym niczego nie zyskał, za to stworzył ententę przeciw sobie.
Drugim błędem krytykowanym przez O’Briena jest skupianie się na bitwach. Wszyscy mają do tego skłonność: historycy, politycy, generałowie. Tymczasem można wygrywać bitwy i przegrać wojnę, typowy przykład to USA w Wietnamie.
Żeby nie być gołosłownym, O’Brien stosuje swój model do prognozowania przebiegu ewentualnej wojny amerykańsko-chińskiej. Będzie to starcie dwóch największych współczesnych mocarstw, a więc coś porównywalnego do obu światówek.
Zakładając, iż Chiny zaczną od desantu na Tajwan, wojna zacznie się od bitwy wygranej przez USA. Chińska armia nie ma doświadczenia bojowego – w odróżnieniu od amerykańskiej.
Wynik pierwszej bitwy kilka jednak mówi o wyniku wojny. Felix Steiner, ten z memów o Hitlerze, szedł sobie w 1939 przez Polskę jak przez masło nieświadomy, iż pośmiertną sławę przyniosą mu walki w ruinach Berlina. Bush junior jak ostatni kretyn świętował sukces w Iraku („MISSION ACCOMPLISHED!”).
Wojny mają tendencje trwać dłużej niż ktokolwiek przewidywał gdy padały pierwsze strzały. Kończą się w innej konfiguracji koalicyjnej niż się zaczynały, przy użyciu broni, których na początku nie znano lub bagatelizowano ich znaczenie. W 1914 powątpiewano w bojowe zastosowania aeroplanu, w 1939 nie było pewności czy bomba atomowa jest możliwa. W 2021 Ukraina robiła jeden model drona w ilościach chałupniczych, teraz 4 miliony sztuk rocznie w różnych konfiguracjach.
Wojna chińsko-amerykańska z całą pewnością spowoduje więc przetasowania w międzynarodowych sojuszach oraz wynalazek niejednego super-rozwalatora, który choćby jeszcze nie wiemy czym będzie. O’Brien jako najbardziej oczywiste podsuwa nowe rodzaje AI, ale to może być bardziej zaskakujące.
W tym wyścigu ostrożnie stawia na przewagę Chin. Jak wielu analityków nie uważa Trumpa za jednorazowy wypadek przy pracy, tylko syndrom ogólnego skretynienia amerykańskich elit (tzw. „klasy Epsteina”). Na tle Trumpa Biden, Obama czy Bush mogą się wydawać rozsądni, ale to nisko zawieszona poprzeczka.
Cała ta czwórka zniszczyła dyplomatyczną reputację USA, zdradzając sojuszników, słuchając doradców wierzących w łatwe zwycięstwo w Afganistanów, wzywając Kurdów do rebelii (by ich potem wrzucić pod autobus). Podobni kretyni będą kierować amerykańską dyplomacją podczas hipotetycznej wojny z Chinami, a więc… biedny Tajwan. Wszyscy amerykańscy sojusznicy sobie nagle przypomną, iż zostawili włączone żelazko.
O irańskiej awanturze O’Brien nie zdążył oczywiście w tej książce napisać, ale analizuje ją na szrubsztaku. Pasuje do jego modelu znakomicie – Trump zachowuje się jak typowy „późny tyran”, absolwent szkoły dyplomacji im. Kajzera Wilusia. Jedyna nadzieja dla Tajwanu, iż podobne objawy wystąpią u Xi Jinpinga, ale na razie się na to nie zanosi: właśnie korzysta z okazji do prezentowania Chin jako najrozsądniejszego supermocarstwa.
Zasygnalizowałem tutaj tylko niektóre wątki z tej książki, którą tak poza tym Gorąco Polecam. Dla jasności zaznaczę, iż metafory odwołujące się do gier Paradoxu są wyłącznie moje własne, O’Brien ich nie robi. SZKODA!














