Przeludnienie Afryki nie jest zjawiskiem nowym i nie zniknie w dającej się przewidzieć przyszłości. Skala problemu będzie narastać, a niektóre afrykańskie metropolie w ciągu kilku dekad staną się największymi miastami świata. Tymczasem Unia Europejska zdaje się traktować tę dynamikę jako kwestię peryferyjną, mimo iż jej skutki będą bezpośrednio oddziaływać na bezpieczeństwo, gospodarkę i stabilność społeczną Europy.
Europa skupia się dziś na własnych wyzwaniach demograficznych: niskiej dzietności, starzejących się społeczeństwach i tzw. kryzysie ludnościowym Zachodu. Największa zmiana populacyjna XXI wieku zachodzi jednak gdzie indziej. Afryka, której liczba mieszkańców podwoiła się w ciągu ostatnich 30 lat, zmierza ku kolejnemu podwojeniu do połowy stulecia. Skutki tej dynamiki są już widoczne – od bezpieczeństwa żywnościowego po presję migracyjną – i będą miały istotne konsekwencje dla Europy.
Domy na cmentarzach
Na obrzeżach Bużumbury, dawnej stolicy Burundi, nowe domy powstają w miejscach, gdzie jeszcze niedawno znajdowały się cmentarze. Często brakuje środków, czasu i procedur, by przenieść szczątki. Jest natomiast pilna potrzeba zapewnienia przestrzeni do życia – gdziekolwiek.
Burundi należy dziś do najgęściej zaludnionych państw świata, ustępując jedynie kilku krajom, takim jak Bangladesz, Tajwan czy sąsiednia Rwanda. najważniejsze jest jednak nie tyle samo zagęszczenie, ile tempo zmian. W ciągu jednego stulecia populacja Afryki zwiększyła się dziesięciokrotnie. Region Wielkich Jezior, rozciągający się od Kenii po Kongo, przyciąga ludzi dzięki stosunkowo stabilnym opadom i łagodniejszemu klimatowi. Burundi leży w samym jego centrum.
Choć kraj wciąż uchodzi za niemal całkowicie wiejski, klasyczny podział na miasto i wieś coraz słabiej opisuje rzeczywistość. Większość mieszkańców przez cały czas uprawia ziemię na wzgórzach, na stromych, podatnych na erozję zboczach. Grunty są zagospodarowane niemal w całości: pola wciskają się między domy, wzdłuż dróg i na obrzeżach dolin.
Zgodnie z definicją projektu Africapolis (wspieranego przez OECD), za obszar miejski uznaje się teren liczący co najmniej 10 tys. mieszkańców i charakteryzujący się zwartą zabudową. Według tych kryteriów już dziś 78 proc. Burundyjczyków żyje w obszarach „miejskich”. Do połowy XXI wieku znaczna część kraju może stać się jedną, ciągłą aglomeracją – rozległą strefą pośrednią, która nie jest ani wsią, ani miastem w klasycznym sensie.
Granice bezpieczeństwa żywnościowego
Najpoważniejszą konsekwencją zagęszczenia jest problem wyżywienia rosnącej populacji. Teoretycznie presja na ziemię może sprzyjać innowacjom. W północnych regionach Burundi widać przykłady intensyfikacji rolnictwa: tarasy przeciwerozyjne, nawadnianie, poprawę jakości gleby. W niektórych przypadkach umożliwia to kilka zbiorów rocznie.
Są to jednak wyjątki. Dane Światowego Programu Żywnościowego wskazują, iż odsetek gospodarstw dotkniętych brakiem bezpieczeństwa żywnościowego wzrósł z 28 proc. w 2008 roku do 41 proc. w 2023 roku. Około połowa dzieci cierpi na zahamowanie wzrostu. Ziemia nie jest już odłogowana, a plony od lat pozostają na podobnym poziomie.
Choć nawozy są dotowane, ich dystrybucja – scentralizowana u jednego operatora – bywa opóźniona i niewystarczająca. choćby przy poprawie dostępu do środków produkcji skala problemu pozostaje ogromna: 78 proc. rolników posiada mniej niż 0,25 hektara ziemi. To powierzchnia zbyt mała, by utrzymać wielodzietną rodzinę. Do 2050 roku Burundi będzie musiało wyżywić dodatkowe 10 mln ludzi.
Społeczeństwo w przebudowie
Władze liczą na szybki spadek dzietności z około pięciu dzieci na kobietę w tej chwili do trzech w 2040 roku. Trendy regionalne dają umiarkowane podstawy do optymizmu: Rwanda zeszła do 3,7, Kenia do 3,2. W Burundi rośnie zainteresowanie antykoncepcją, zwłaszcza wśród młodszych kobiet.
Eksperci podkreślają jednak, iż sama dostępność środków nie wystarczy. najważniejsze są inwestycje w edukację dziewcząt oraz opiekę zdrowotną, które zwiększają szanse dzieci na dożycie dorosłości i zmniejszają presję na wielodzietność. Bez tego zmiana demograficzna może okazać się zbyt wolna.
Zagęszczenie wpływa także na relacje społeczne. Tradycyjne źródła prestiżu ziemia, bydło, liczne potomstwo tracą znaczenie, bo stają się coraz mniej dostępne. Narastają konflikty rodzinne i sąsiedzkie, a spory o grunty coraz częściej trafiają do sądów. Codzienne życie ulega monetyzacji: to, co wcześniej opierało się na wymianie i wzajemnej pomocy, dziś coraz częściej wymaga gotówki.
Afryka a migracja do Europy
Według prognoz ONZ Afryka liczy dziś około 1,5 mld mieszkańców. Do 2084 roku ma ich być 3,5 mld, co oznacza, iż zdecydowana większość globalnego przyrostu ludności w XXI wieku przypadnie na jeden kontynent.
Ten boom demograficzny bezpośrednio przekłada się na migrację. Ponad jedna trzecia Afrykanów deklaruje chęć opuszczenia kontynentu, a w grupie wiekowej 18–24 lata ponad połowa. Europa jest jednym z głównych kierunków.
W latach 2015–2016 do UE napływało około 1,2 mln osób ubiegających się o azyl rocznie. Po pandemii liczby ponownie rosną. W latach 2022–2024 było to łącznie około 3 mln osób. Coraz większy odsetek migrantów pochodzi z Afryki. Według Eurostatu w 2023 roku na terenie UE przebywało nielegalnie około 1,3 mln osób.
Prognozy ONZ wskazują, iż do 2045 roku w Afryce Północnej, Zachodniej oraz w Azji Zachodniej przybędzie 736 mln ludzi. Gdyby choćby jedna trzecia z nich próbowała przedostać się do UE, oznaczałoby to potencjalny napływ rzędu 12 mln migrantów rocznie. Dziesięciokrotnie więcej niż w czasie kryzysu z 2015 roku. Tymczasem europejskie prognozy „bazowe” zakładają migrację netto na poziomie zaledwie 1,2 mln osób rocznie.
„Niż lepszy niż wyż”
Historia pokazuje, iż szybki spadek dzietności jest możliwy. Korea Południowa obniżyła liczbę urodzeń z pięciu do dwóch dzieci na kobietę w ciągu 20 lat dzięki konsekwentnym programom planowania rodziny, wspieranym przez Szwecję i USA. W Afryce podobne, choć skromniejsze efekty osiągnęły Rwanda, Etiopia czy Malawi.
Obecnie 45 państw afrykańskich deklaruje polityki na rzecz obniżenia dzietności. Problemem nie jest brak woli, ale niedostatek środków, edukacji i stabilnego wsparcia. Programy planowania rodziny – relatywnie tanie w porównaniu z kosztami kryzysów migracyjnych pozostają na marginesie europejskiej pomocy rozwojowej, zdominowanej przez interesy handlowe i krótkoterminowe cele polityczne.
Unia Europejska, choćby jeżeli nie chce tego dziś przyznać, stoi przed jednym z największych wyzwań politycznych XXI wieku. Bez realnego wsparcia dla edukacji kobiet, opieki zdrowotnej i dobrowolnego planowania rodziny w Afryce, demografia pozostanie potężną siłą destabilizującą – zarówno na południu, jak i na północy Morza Śródziemnego.
To, co dzieje się w Burundi, nie jest lokalnym wyjątkiem. Jest sygnałem ostrzegawczym. Pytanie brzmi nie „czy” Europa odczuje skutki afrykańskiego boomu demograficznego, ale czy będzie potrafiła przestać traktować ten proces jako abstrakcyjną statystykę i uzna go za jedno z kluczowych wyzwań politycznych XXI wieku.







