Kąkol na Wołyniu / Legion

publixo.com 2 godzin temu

Kąkol na Wołyniu


Rzeź Wołyńska to historia o wyrywaniu kąkolu. Jest taka przypowieść w ewangelii o tym, jak nieprzyjaciel zasiał kąkol w zbożu. jeżeli ktoś chodzil do kościoła by słuchać słowa Bożego, a nie dla oczu sąsiadów to powinien kojarzyć. Do tej przypowieści nawiązywali na Wołyniu popi, a kąkolem była ludność polska na tych terenach. Ponieważ przeciw kąkolowi mieli wystąpić nieuzbrojeni tubylcy, popi obficie kropili i święcili narzędzia gospodarskie: widły, kosy, siekiery, młotki do ogłuszania zwierząt gospodarskich przed ubojem, itd.

Nie jest tak łatwo iść do sąsiada i po prostu zarąbać go siekierą, albo przerżnąć piłą jego córke, ale kąkol już tak. W dodatku pobłogosławionymi narzędziami. To nie pierwszy raz, ani nie drugi, ani nie setny nawet, kiedy kapłani święcili narzędzia zbrodni przed użyciem. Zatem nasi bracia w wierze, umiłowani w Jezusie Chrystusie, mordowali sąsiadów w imię Pana. W historii świata to raczej standard, nic wyjątkowego. Polaków na Wołyniu po prostu zagryzły owieczki z zębami. Kapłan poświęcił.


Historię wołyńską, jej cząstkę znam z pierwszej ręki. Od mojego dziadka ze strony matki. Zasadniczo Wołyń był tematem tabu. Pamiętam, kiedy miałem z osiem lat, ojciec przy kolacji coś tam nawiązał, wtedy babcia wpadła w histerię. Krzyczała, iż nie przy dzieciach o tym i nie w domu. Potem mnie korciło, ale kiedy pytałem dziadka o to, on pogwizdywał i udawał, iż nie słyszy.

Pamiętam go potężnym i twardym jak kamień, mężczyzną o sylwetce podobnej do Andrzeja Gołoty, z takim samym, jak on, połamanym nosem, ale bez prawego oka. Biały jak gołąb. Podobno osiwiał jednej nocy, na Wołyniu właśnie, a wcześniej był brunetem. Wzrostem i masą górował ponad innymi ludźmi, wszyscy kłaniali mu się w pas i podobno był legendą w małej miejscowości, w Wielkopolsce.Podobno, kiedy poszedł wyrwać ząb, a dentystka nie mogła się z tym uporać, kazał jej dobrze złapać, po czym ścisnął jej dłoń i sam sobie wyrwał. Ona krzyczała, a dziadek rwał. Widziałem jak chwytał żarki z popielnika, odpalał papierosa i wrzucał czerwony węglik z powrotem. No, i jeszcze to nazwisko..., jakby tu powiedzieć - nomen omen tego, co zaraz nastąpi - Kil, tyle, iż przez jedno `l`.

Pewnego dnia w odwiedziny przyjechali dawni dziadka kamraci z AK. Odbyło się można powiedzieć spotkanie weteranów. Babci akurat nie było w domu i dziadek przy wódce całkiem się zapomniał. Siedziałem sobie w kącie i udawałem, iż czymś tam się zajmuję, ale łypałem na trzech dziadków i podsłuchiwałem. Najpierw były bluzgi na polskę komunę i kacapów, a potem wspominki z Wołynia i z Bieszczad. Wtedy jedyny raz widziałem, żeby dziadek płakał. Nigdy wcześniej, ani później. Nie płakał choćby na pogrzebie własnego syna. Tylko raz, wtedy. Powiedział wówczas, iż oczu nie może zamknąć, bo zaraz to widzi. I, iż tam, panie, widłami dźgnąć, czy siekierą rąbnąć..., ale ciąć piłą, dzieci gwoździami przebijać...

I wtedy się dowiedziałem, iż dziadek jest w banderowskiej krwi skąpany. Dosłownie. Że kolbą zatłukł i golymi rękoma zadusił tylu Ounowców, iż się nie mogli doliczyć. Ani on, ani jego kamraci. Miał wtedy dwadzieścia pięć lat. I, iż w stawie oraz jednej z trzech studni na posesji jest utopiony cały arsenał broni i amunicji, i może by tak.. wyciągnąć i porządek zrobić z władzą ludową jak z banderowcami w Bieszczadach za partyzantki. A, ta broń jest od niemieckich oddziałów, którzy sami ją dali partyzantom. Od Niemców, z którymi dziadek wcześniej walczył. No.

Nie jestem tak potężny jak dziadek, ale ta krew płynie w moich żyłach. Uważam, iż wtedy miało to jakiś sens - ten odwet. Myślę sobie, iż skoro ludzie tak lubią sobie wyciągać czyichś przodków i obarczać odpowiedzialnością potomków, to moje rachunki z Banderą są wyrównane. Dlatego jeżeli tak się boicie tego UPA to niech oni przyjdą po mnie.
Idź do oryginalnego materiału