Krzesimir Dębski: Wołyń. Nic nie jest w porządku

instytutsprawobywatelskich.pl 2 godzin temu

„Był 11 lipca 1943 r., Krwawa Niedziela na Wołyniu. W tym dniu nacjonaliści z Ukraińskiej Powstańczej Armii wtargnęli do kościołów i domów w wołyńskich miastach i wsiach, by pozabijać Polaków zebranych na sumach. Napadli też na kościół w Kisielinie, gdzie na mszę poszli moi rodzice” – Krzesimir Dębski.

Wydawnictwu Czerwone i Czarne dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

Rozdział XI

Zafałszowana historia

W okolicach 2006 r. byłem we Lwowie z grupą filmowców, z którymi Jerzy Hoffman pracował nad dokumentalną trylogią o Ukrainie. Zwiedzaliśmy miasto oprowadzani przez przewodnika. Usłyszałem od niego niesamowite historie. Najpierw dowiedziałem się, iż ukraiński Lwów przez 650 lat był okupowany przez Polaków. A potem, iż okupacja szczęśliwie została zakończona, ale proceder niszczenia kultury ukraińskiej nieprzerwanie trwa. Na dowód tego przewodnik podał przykład popularnej w Polsce piosenki Dumka na dwa serca. Nastawiłem ucha, bo to moja kompozycja do filmu Ogniem i mieczem. Przewodnik tłumaczył właśnie, iż jakiś Polak ukradł tę ludową melodię i podpisał się pod nią. Odezwałem się więc, iż to ja jestem Polakiem, który podpisał się pod tą melodią, ale nie ukradłem jej, tylko sam skomponowałem i iż powstała ona na Majorce, a nie na Ukrainie. Natomiast jeżeli przewodnik zna taką samą ukraińską, to chętnie zobaczę oryginał. Przewodnik nie stracił rezonu i pewnym głosem odpowiedział, iż informacje na ten temat zaczerpnął z pracy poważnego muzykologa z Uniwersytetu Lwowskiego. Przez trzy dni próbowałem spotkać się więc z tym muzykologiem, ale mimo wysiłków nie udało mi się. Historyjka o plagiacie przez cały czas jest więc pewnie powtarzana i nie sposób jej sprostować.

Ta anegdota świetnie pokazuje pewien poważniejszy mechanizm – jak Ukraińcy traktują swoją historię. Budują na historii swoją tożsamość i dumę narodową, kiedy jednak trafią na trudny moment, opierają się na fałszu, zamiast zmierzyć się z prawdą. Tak jest wygodniej, ale to nie jest trwałe rozwiązanie. Zamek z piasku łatwo zburzyć.

Nie mogę pogodzić się z tym, iż do tej pory na Ukrainie rzeź wołyńska nie została oficjalnie nazwana czystką, jakiej ukraińscy nacjonaliści z UPA dopuścili się na Polakach.

We wszystkich krajach naziści i faszyści zostali potępieni, w Niemczech, w Hiszpanii, we Włoszech, choć procesy w ich sprawach były ciężkie i do tej pory nie wszystkie zbrodnie zostały rozliczone. Jednak zbrodniarze z UPA w swoim kraju nie doczekali się potępienia, przeciwnie, są uważani za bohaterów. […]

Tygodnik Spraw Obywatelskich

Od 2020 roku odkrywamy niewygodne prawdy i nagłaśniamy historie, które mają moc zmieniać Polskę.

Przekaż darowiznę i stań się naszym współwydawcą

Specjalizujący się w tematyce ukraińskiej historyk Grzegorz Motyka pisze w książce Cień Kłyma Sawura (Kłym Sawur, czyli Dmytro Klaczkiwski, to jeden z inicjatorów i głównych dowódców kierujących rzezią wołyńską): „Pamięć Kłyma Sawura jest dziś na Ukrainie w wielu środowiskach czczona. W miejscowościach, gdzie się urodził i zginął, stanęły pomniki. Rówieńska Rada Obwodowa wystąpiła o przyznanie mu tytułu Bohatera Ukrainy. W wielu publikacjach jest on przedstawiany jako rycerz bez skazy, który w walce o wolność ojczyzny oddał to, co miał najcenniejsze – życie. Pomija się przy tym fakt, iż odpowiada on za masowe akcje przeciwko polskiej ludności cywilnej”.

[…] A ja bym chciał, żeby w ukraińskich podręcznikach było napisane, co naprawdę robiła UPA. Niech Ukraińcy poznają pisma Bandery i dowiedzą się, iż wzorował się na niemieckich nazistach.

Bandera. Faszyzm, ludobójstwo, kult Grzegorz Rossoliński-Liebe, Rafał Górski

Ukraińcy nie są świadomi swojej historii, żywią się jej sfałszowanym obrazem. Nasi sąsiedzi nie wiedzą, kim naprawdę są.

Udawanie, iż w przeszłości nie było złych kart, nie pomoże w budowaniu tożsamości, spowoduje raczej, iż społeczeństwo nie nauczy się unikać dawnych błędów. Dziś ukraińscy nacjonaliści choćby nie wiedzą, iż w Europie słowo „nacjonalizm” ma złe znaczenie i nie wypada tak się nazwać. Ukraińcy muszą się zmierzyć z własnymi upiorami, bo inaczej nigdy nie staną się od nich wolni. Jednym z tych upiorów jest rzeź wołyńska. […]

Ponieważ jest to młode państwo, wciąż cieszy się swoją świeżą niepodległością i nie ma tam miejsca na winę historycznych postaci, wszystkie są bez skazy. My potrafimy mówić o swoich winach, błędach i okrucieństwie, czasem choćby za bardzo bijąc się w piersi, a oni, kiedy widzą skazę, to wolą ją zamalować. Uważają, iż to przywilej młodego państwa, które nie pozostało gotowe na rozliczenia z przeszłością, bo przeszłość jest zbyt świeża. Tylko iż to państwo jest niepodległe od 25 lat, a od wojny minęło 70.

Znowu zacytuję Grzegorza Motykę: „Choć dziś adekwatnie już nikt nie przeczy, iż partyzanci z OUN-B i UPA zabili kilkadziesiąt tysięcy Polaków, to przeważnie próbuje się ten fakt ukryć za różnymi eufemizmami i niedopowiedzeniami. Historycy, jak na przykład Iwan Łysiak-Rudnyćkyj czy Ihor Iljuszyn, otwarcie potępiający działania ukraińskiej partyzantki przeciwko polskiej ludności, należą do mniejszości. Musi to budzić i budzi rozczarowanie Polaków. Propozycja, by być cierpliwym wobec Ukraińców, jest też przynajmniej w jednym punkcie z góry skazana na niepowodzenie – jak bowiem przekonać do niej tych, którzy z ręki UPA stracili bliskich? Sugerowanie, iż w interesie państwa powinni zapomnieć, choćby tylko na jakiś czas, o postawieniu krzyża na często dotąd bezimiennych mogiłach, musi wywoływać wątpliwości natury etycznej. Wszak uczczenie pamięci bliskich zmarłych było uświęconym obowiązkiem już w starożytności”.

Nie jestem historykiem, ale mam rodzinne doświadczenie Wołynia.

Mój ojciec do końca życia próbował odnaleźć miejsce, w którym zakopano ciała jego rodziców zabitych przez bandytów z UPA. Nie dostał w tej sprawie wsparcia od swojego państwa, a Ukraińcy byli jego poszukiwaniom niechętni.

Tak, oczekiwanie od rodzin pomordowanych Polaków, iż będą szanować delikatne uczucia Ukraińców i zapomną o swoich bliskich, jest co najmniej nieetyczne. […]

Na temat rzezi wołyńskiej powstało w Polsce sporo cennych prac historycznych, przez cały czas jednak wina ukraińskich nacjonalistów jest relatywizowana, gdy do dyskusji przystąpią nie historycy, tylko publicyści. A ja nie zgadzam się na przypisywanie winy ofiarom.

Nie jestem antyukraiński. Nie akceptuję tylko polityki gloryfikowania zbrodniarzy,

nie zgadzam się na przemilczanie ważnych punktów naszej historii. Lubię ukraińską kulturę, muzykę, mam przyjaciół Ukraińców. Uważam, iż moglibyśmy żyć z naszymi sąsiadami bardzo dobrze, gdyby wszystko było między nami wyjaśnione. Dostrzegam pewien paradoks naszych wzajemnych relacji. Z jednej strony traktujemy ich z bezkrytycznym romantyzmem, a z drugiej, kiedy tu przyjeżdżają, zupełnie ich nie doceniamy.

Pokazuje to dobrze serial Dziewczyny ze Lwowa, do którego pisałem muzykę. Opowiada o młodych dziewczynach, które przyjeżdżają do Polski zarabiać. Jedna po konserwatorium muzycznym, druga prosta dziewczyna ze wsi, trzecia matka dwójki dzieci, która chce sobie ułożyć życie. Przyjeżdżają tu, bo na Ukrainie nie widzą dla siebie perspektyw, tracą pracę, nie mają nowej, trudna sytuacja. A tu dostają najgorszą pracę na czarno, spotykają paskudnych ludzi, są na dnie hierarchii społecznej. To tylko serial, postacie są wyostrzone, ale te problemy istnieją naprawdę. Rzeczywiście tak jest, iż lubimy Ukraińców, popieramy ich dążenia do suwerenności, robimy akcje, a to podświetlamy Pałac Kultury na pomarańczowo, a to na niebiesko-żółto, kiedy wchodzi tam wojsko rosyjskie.

Ale kiedy Ukraińcy przyjeżdżają do Polski szukać lepszego życia, to muszą jechać dalej, żeby nie tracić swojej godności.

Poznałem skrzypka, który jest koncertmistrzem w Kopenhadze, a wyjechał ze Lwowa jako młody chłopak świetnie grający na skrzypcach. Zaczął od Polski, a wszystko, czego mógł tu dokonać, to sprzedawanie ciuchów na bazarze, gdzie zetknął się z najgorszymi szumowinami, przestępcami i ukrainofobami. Takich ludzi jak ten muzyk są tysiące. Zaczynają życie w Polsce od dołu, od najniższego szczebla drabiny społecznej, stykając się z bardzo niesympatycznym obrazem Polski i Polaków. Pracują poniżej swoich kwalifikacji, poniżej minimum finansowego, są oszukiwani, eksploatowani. W takiej sytuacji wszelkie nacjonalistyczne hasła płynące z ich ojczyzny mogą być przez nich przyjmowane za prawdę.

Napisałem tę książkę, bo zależy mi na tym, żeby rzeź na Wołyniu została opowiedziana w sposób przystępny i zrozumiały. […]

Moi rodzice czekali na to, iż w końcu 11 lipca zostanie w Polsce uznany za dzień męczeństwa Kresowian. Tę datę wytypował jeszcze mój ojciec, bo to jego amatorskie badania historyczne wykazały, iż tego dnia nastąpił jednoczesny atak na kilkadziesiąt miejscowości. On dokopał się do 60 miejscowości, a teraz badacze mówią o 99. Ja też uważam, iż 11 lipca powinien być dniem pamięci o ludobójstwie na Wołyniu. Dobrze, iż tak się wreszcie stało i Sejm ostatnio przegłosował uchwałę na ten temat. Konkretna data, którą można obchodzić, jest dobrą okazją do tego, żeby budować zbiorową pamięć. Na razie czołowe polskie gazety słusznie wspominają masakrę w Srebrenicy, która także zaczęła się 11 lipca, czy pogrom w Jedwabnem 10 lipca. Jednak o Wołyniu w rocznicę Krwawej Niedzieli zwykle milczą.

* * *

Mój ojciec umarł w 1998 r. Odszedł nagle, nie spodziewaliśmy się jego śmierci. W 2014 r. odeszła moja mama. Nie żyje już stryj Jerzy. Jestem ostatnim strażnikiem pamięci wołyńskiej historii mojej rodziny. Moje dzieci interesują się nią, ale to już pokolenie niedotknięte tym piętnem. Dla nich to ważna historia, ale nie jest to część ich życia. Dlatego uważam, iż upamiętnienie wołyńskiego ludobójstwa jedną konkretną datą jest ważne ze względu na tych, którzy tak jak moi rodzice żyli traumą wyniesioną z tych wydarzeń. Jest to również ważne dla mojego pokolenia, które dorastało w domach dotkniętych tym doświadczeniem. Dla następnych generacji będzie to już tylko odległa przeszłość. Coraz mniej jest osób, którym zależy na tym, by pamięć o Wołyniu nie zgasła. Dlatego tak ważne jest dla mnie, by pozostawić po nim konkretny ślad.

Jest jeszcze jedna pokaźna grupa osób, którym należą się hołd i pamięć. To Ukraińcy, którzy nie dali się zaczadzić nacjonalistycznemu obłędowi i pomagali Polakom, na których UPA urządziła polowanie.

Za pomoc groziła śmierć, bo zdrajcy narodu byli gorsi niż jego wrogowie. A jednak znalazło się wielu takich jak Petro Parfeniuk, dzięki którym chociaż część tych, którzy mieli zostać zgładzeni, pozostała przy życiu. To ukraińscy sprawiedliwi wśród narodów świata. O nich też nie można zapomnieć.

Maryla Ścibor Marchocka: Sprawiedliwi

Nacjonalizm na Ukrainie wciąż jest silny, w ostatnich czasach choćby coraz silniejszy. W Polsce także go widać. To choroba, która trawi całą Europę. jeżeli nie będziemy głośno przypominać, do czego ta zaraza prowadzi, może znowu wyrządzić spustoszenie. Dlatego ze względu na przyszłość nie zapominajmy o trudnej przeszłości.

* * *

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się w 2016 roku. PiS, który w tym czasie doszedł do władzy, dużo mówił o pamięci historycznej. Temat rzezi na Wołyniu pojawiał się, ale to było zderzenie jednego nacjonalizmu, czyli naszego polskiego, z tym ukraińskim. PiS wygenerował ostrą narrację. I zderzyły się dwa wysokie punkty napięcia między narodami. To było nieskuteczne. Na podłożu rewanżystowskim, agresywnym, nie da się zbudować porozumienia, pokazać prawdy o pomordowanych na Wołyniu. […]

60 procent Ukraińców uważa Stepana Banderę za największego bohatera Ukrainy. W czasie wojny z Putinem stał się symbolem oporu wobec Rosjan.

Władze ukraińskie niestety pozwalają na kult banderowców, przemilczają rzeź wołyńską. To błąd, bo w ten sposób państwo przejmuje odpowiedzialność. A przecież upowców było niewielu w stosunku do wszystkich Ukraińców – trochę ponad 100 tysięcy wobec wielomilionowego narodu. Po co państwo zezwala na gloryfikację bezpośrednich sprawców zbrodni na ludności cywilnej?

Po wybuchu wojny polska pomoc dla Ukraińców była wyjątkowa. Dzieci kresowiaków masowo robiły zbiórki, ludzie całymi ciężarówkami wozili dary, opatrunki, wszystko co trzeba. Wielu Ukraińców nie wiedziało, albo wolało nie wiedzieć, iż pomagają im potomkowie pomordowanych na Wołyniu. Polska przekazywała ogromne ilości broni Ukrainie. Niektórzy zwracali uwagę, iż błędem było niedbanie o wzajemność. Czyli my wam pomagamy na wielką skalę, to za to wy przynajmniej powiedzcie swojemu narodowi prawdę o rzezi wołyńskiej. Tak się nie stało. W obliczu wojny ten temat kolejny raz zszedł na dalszy plan. przez cały czas nic nie jest w porządku.

Krzesimir Dębski, Wołyń. Nic nie jest w porządku, Czerwone i Czarne, 2025

Idź do oryginalnego materiału