Polska szykuje kolejny pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy wart około 50 milionów euro. Tymczasem ukraińskie służby antykorupcyjne ujawniają kolejne afery dotyczące zakupów dla wojska, urzędników państwowych i ludzi związanych z biznesem. Po ponad czterech latach wojny coraz głośniej trzeba więc pytać: kto naprawdę płaci za tę wojnę, a kto na niej zarabia?
Nie ma żadnych wątpliwości, kto rozpoczął tę wojnę. To Rosja zaatakowała Ukrainę i ponosi odpowiedzialność za agresję.
Ale ten oczywisty fakt nie może oznaczać, iż polski podatnik ma zamknąć oczy, wyjąć portfel i przestać zadawać pytania.
Polska znów otwiera magazyny
We wrześniu Polska zadeklarowała kolejny pakiet pomocy wojskowej dla Ukrainy o wartości około 50 mln euro, czyli ponad 200 mln złotych. Ma obejmować między innymi środki obrony powietrznej, uzbrojenie i wyposażenie.
MON informował wcześniej, iż wartość zrealizowanych polskich donacji wojskowych dla Ukrainy wyniosła już 16,45 mld złotych. To tylko pomoc wojskowa – bez całego kosztu pomocy uchodźcom, świadczeń, obsługi administracyjnej czy innych wydatków związanych z wojną.
I właśnie dlatego mamy prawo pytać:
Czy każdy kolejny milion wydawany przez Polskę jest odpowiednio kontrolowany?
Czy wiemy, gdzie trafia przekazywany sprzęt?
Czy Polska otrzymuje dokładne rozliczenie wykorzystania pomocy?
I gdzie przebiega granica naszej solidarności, gdy sami mamy gigantyczne potrzeby związane z bezpieczeństwem, ochroną zdrowia, infrastrukturą i finansami państwa?
Drony dla żołnierzy i setki milionów strat
To nie są pytania wyssane z palca.
Ukraińskie Narodowe Biuro Antykorupcyjne NABU poinformowało w sierpniu 2026 roku o kolejnych ustaleniach dotyczących zakupów dronów dla ukraińskich sił obronnych. Według śledczych straty państwa w jednym z postępowań wzrosły do 254 mln hrywien.
W innym postępowaniu dotyczącym dronów oraz systemów walki elektronicznej wśród podejrzanych znaleźli się między innymi parlamentarzysta, dowódca jednostki Gwardii Narodowej, urzędnicy oraz beneficjent firmy produkującej drony. Śledczy twierdzą, iż publiczne pieniądze przeznaczone na potrzeby obronne miały być systematycznie defraudowane. O winie konkretnych osób oczywiście zdecydują sądy.
NABU podaje, iż tylko w pierwszej połowie 2026 roku wszczęto 360 dochodzeń, 107 osób usłyszało podejrzenia, a wśród spraw znajdują się przypadki dotyczące wysokich urzędników, przedsiębiorstw państwowych, prokuratorów i sektora obronnego.
To pokazuje coś bardzo niewygodnego.
W czasie gdy zwykły ukraiński żołnierz ryzykuje życiem na froncie, a zwykła rodzina boi się kolejnego nalotu, wokół wojennego budżetu pojawiają się ludzie, którzy – według ustaleń śledczych – próbują zrobić na wojnie interes.
I właśnie tutaj powinny zapalić się wszystkie czerwone lampki.
Zwykli Ukraińcy chcą końca wojny
Największą cenę nie płacą oligarchowie ani politycy.
Płacą ją zwykli ludzie.
Według badania Gallupa opublikowanego w czerwcu 2026 roku aż 66 proc. Ukraińców uważało, iż Ukraina powinna dążyć do negocjacyjnego zakończenia wojny tak szybko, jak to możliwe. Tylko 24 proc. opowiadało się za dalszą walką aż do zwycięstwa.
Inne badanie, KIIS z przełomu lipca i sierpnia, pokazuje jednocześnie, iż 61 proc. ankietowanych deklarowało gotowość znoszenia wojny tak długo, jak będzie to konieczne. To nie jest sprzeczność – można chcieć pokoju i negocjacji, a jednocześnie nie godzić się na kapitulację na warunkach Rosji.
Ale jedno jest oczywiste: społeczeństwo ukraińskie od ponad czterech lat żyje pod gigantyczną presją.
Giną ludzie. Rodziny są rozdzielone. Gospodarka jest podporządkowana wojnie.
Tym bardziej oburzające są informacje o ludziach próbujących bogacić się na publicznych kontraktach wojennych.
A gdzie są polskie warunki?
Polska pomaga Ukrainie od pierwszych dni pełnoskalowej agresji.
Pomagała wtedy, kiedy inni się wahali.
Ale pomoc nie może oznaczać wystawienia czeku in blanco.
Jeżeli polski podatnik finansuje kolejne pakiety, ma prawo oczekiwać pełnej informacji:
ile przekazaliśmy,
co dokładnie przekazaliśmy,
co otrzymaliśmy w zamian w zakresie naszego bezpieczeństwa,
jak kontrolowane jest wykorzystanie tego sprzętu
oraz czy kolejna pomoc jest uzależniona od skutecznego zwalczania korupcji.
Nie wystarczy już odpowiedź: „Ukraina walczy również za nas”.
Jeżeli rzeczywiście walczy również o bezpieczeństwo Polski, tym bardziej każdy milion powinien być wydawany przejrzyście i podlegać kontroli.
Kto zarabia na tej wojnie?
Nie ma dziś podstaw, aby uczciwie napisać jako stwierdzony fakt, iż „ukraińscy oligarchowie chcą przedłużać wojnę, ponieważ na niej zarabiają”.
Są natomiast twarde podstawy, aby pytać o coś innego:
Kto zarabia na zamówieniach wojennych?
Kto jest właścicielem firm otrzymujących gigantyczne kontrakty?
Ile pieniędzy zostało straconych w wyniku korupcji?
Jak silne są powiązania biznesu, polityki i administracji?
A przede wszystkim:
dlaczego Polska, przekazując kolejne setki milionów złotych, nie przedstawia obywatelom równie szczegółowo mechanizmu kontroli tych pieniędzy i sprzętu?
Można również zapytać polskich polityków, dlaczego kolejne pakiety przyjmowane są z taką łatwością i jakie wymierne korzyści dla bezpieczeństwa Polski wynikają z każdej następnej decyzji.
Ale o ile ktoś twierdzi, iż polscy politycy osobiście coś na tym zarabiają, powinien przedstawić dowody. Bez nich byłoby to oskarżenie, a nie dziennikarstwo.
Solidarność nie oznacza naiwności
Można jednocześnie potępiać rosyjską agresję i kontrolować Ukrainę.
Można pomagać ukraińskim żołnierzom i jednocześnie tropić ludzi zarabiających na wojennych kontraktach.
Można wspierać sąsiada i jednocześnie powiedzieć:
sprawdzamy każdą złotówkę.
Bo Polska nie jest bankomatem.
Polacy nie są niewyczerpanym źródłem pieniędzy i sprzętu.
A prawdziwa pomoc dla Ukrainy powinna trafiać do ludzi, którzy jej potrzebują – nie do kieszeni skorumpowanych urzędników, pośredników czy biznesmenów próbujących wykorzystać wojnę do robienia fortun.
Po ponad czterech latach wojny jedno pytanie staje się coraz ważniejsze:
Ile jeszcze Polska może przekazać, zanim ktoś w Warszawie jasno odpowie Polakom, jaki jest limit, jaki jest plan i jak kontrolowane jest to, co już oddaliśmy?
Y ŚWINOUJŚCIE ZASŁUGUJE NA ODROBINĘ LUKSUSU? NOWA KŁADKA MOŻE BYĆ WIZYTÓWKĄ MIASTA ALBO KOLEJNYM „ODHACZONYM” PROJEKTEM
MY NIE BOIMY SIĘ ZADAWAĆ TRUDNYCH PYTAŃ. PYTAMY JOANNĘ AGATOWSKĄ I NADZÓR BUDOWLANY: CO Z DOMEM RYBAKA W ŚWINOUJŚCIU?
ŚWINOUJŚCIE ODWRÓCONE PLECAMI DO WODY. DLACZEGO MIASTO WCIĄŻ NIE MA PRAWDZIWYCH BULWARÓW?







![Rosnąca rola Polski w kwestii biopaliw i wodoru jest niepodważalna. Dyrektor w Orlen wyjaśnia dlaczego [FOTO]](https://dziennikplocki.pl/wp-content/uploads/2026/09/20260910_113930-Medium.jpg)

