Lew Lechistanu / Marian

publixo.com 1 godzina temu

Przyszły Lew Lechistanu - Jan Sobieski - urodził się 17 sierpnia 1629 roku w Olesku na terenie dzisiejszej Ukrainy. Ród jego dopiero od dwóch pokoleń można było zaliczyć do magnaterii, więc daleko mu jeszcze było do Radziwiłłów, Potockich czy Lubomirskich. Jan miał dwie siostry i brata Marka, z którym był bardzo zżyty. Był prawnukiem hetmana Stanisława Żółkiewskiego, który należał do grona najbardziej wykształconych ludzi swojej epoki.
Tradycja dobrego wykształcenia pozostała w rodzie i Jan chętnie się uczył. Wraz z bratem uczęszczał do Kolegium Nowodworskiego w Krakowie i na wydział filozoficzny Akademii Krakowskiej. Następnie wyjechał w podróż do Europy Zachodniej. Odwiedził Niemcy, Holandię, Belgię, Francję i Anglię. W trakcie tej podróży poznawał historię, architekturę i literaturę odwiedzanych krajów, oraz uczył się języków. Poznał wtedy wielu wybitnych dowódców i przywódców politycznych, m.in. Wielkiego Kondeusza, króla Karola II Stuarta i Wilhelma II Orańskiego. Zapoznawał się z organizacją zachodnich armii, oraz uczył się inżynierii wojskowej i budowy fortyfikacji. Aby zdobyć praktyczną wiedzę wojskową i poznać organizację armii francuskiej, Sobieski przez kilka miesięcy służył w tzw. „Czerwonej Kompanii”, czyli elitarnej formacji przybocznej króla Francji. Nie zaniedbywał też stosunków damsko-męskich, czego owocem był nieślubny syn (postać nie do końca potwierdzona), który został we Francji i syfilis, który przywiózł do Polski.
Sobieski nie stronił od nauki również w późniejszych latach. Interesował się matematyką, astronomią i architekturą. Utrzymywał kontakty z wybitnymi naukowcami, m.in. z Gottfriedem Leibnizem i Janem Heweliuszem. Przyszły król był poliglotą. Znał łacinę, francuski, niemiecki i włoski, oraz słabiej turecki i tatarski. W starszym wieku zaczął się też uczyć hiszpańskiego.
Bracia Sobiescy wrócili do kraju na wieść o wybuchu powstania Chmielnickiego i zaraz ruszyli do walki na czele własnych chorągwi. W bitwie pod Beresteczkiem Jan został ranny i ledwo uszedł z życiem. Niedługo po wyleczeniu się odniósł kolejną ranę w pojedynku z Michałem Pacem, późniejszym hetmanem litewskim. Poszło o kobietę, a tamta bójka mocno zaważyła na późniejszym życiu Sobieskiego. Pac bowiem - doszedłszy po latach do najwyższych stanowisk na Litwie - nie współpracował z nim, a choćby często mu przeszkadzał. Nowa rana spowodowała, iż nie mógł walczyć pod Batohem. Walczył tam jego brat, który dostał się do tatarskiej niewoli, a następnie został przez nich zamordowany.
Dwa lata później wojsko polskie zostało otoczone przez siły kozacko-tatarskie w obozie pod Żwańcem i klęska była tylko kwestią czasu. Na szczęście chan tatarski zdradził kozaków i rozpoczął tajne negocjacje z Polakami. Wysłał więc do polskiego obozu poselstwo, na które Sobieski ze swoimi ludźmi napadł. Zrobił to z osobistej żądzy zemsty za śmierć brata, łamiąc wyraźny zakaz królewski i odwieczne prawo nietykalności posłów. Rokowania zawisły na włosku. W zdrowym moralnie państwie za taki czyn w czasie wojny Sobieski poszedłby pod mur, ale siedemnastowieczna Polska już takim państwem nie była i gorsze czyny pozostawały bezkarne. Ówczesnym oboźnym koronnym - odpowiedzialnym m.in. za bezpieczeństwo posłów - był Stefan Czarniecki i to on - zamiast ukarać Sobieskiego - zaczął go bronić. Sobie tylko wiadomymi sposobami zdołał udobruchać tatarskiego posła i rokowań nie przerwano, Sobieskiego zaś na czas ich trwania odesłano Tatarom jako zakładnika. Tatarzy go w odwecie nie napadli. Co więcej, podczas pobytu w ich obozie miał okazję poznać organizację ich wojska, obyczaje i poduczyć się języka.
Gdy rok później poselstwo polskie jechało do Turcji, Sobieski na własną prośbę został do niego włączony. Podróżował incognito i pobyt w Stambule wykorzystał na naukę języka tureckiego oraz poznawanie struktury i organizacji osmańskiej armii. Był więc niejako szpiegiem, a zebrane wtedy informacje bardzo mu się przydały w przyszłości.
Gdy w lipcu 1655 roku Szwedzi uderzyli na Polskę, prawie nie napotkali oporu. Na Litwie władzę króla szwedzkiego uznali bez walki Radziwiłłowie i ich sprzymierzeńcy, a w Wielkopolsce, po chaotycznej bitwie pod Ujściem, tamtejsi magnaci i szlachta. W miarę posuwania się najeźdźców w głąb kraju ilość zdrajców rosła, a w październiku dołączył do nich Sobieski. Był on wtedy pułkownikiem własnej chorągwi w składzie kwarcianej dywizji Aleksandra Koniecpolskiego. Gdy po przegranej bitwie pod Wojniczem niedobitki dywizji przeszły na służbę króla Szwecji, Sobieski uczynił to samo i jeszcze innych do tego namawiał.
Historycy różnie tłumaczą tę decyzję, ale fakt jest faktem, iż Sobieski zdradził swój kraj w obliczu wroga.
W służbie szwedzkiej był aktywnym dowódcą i skrupulatnie wykonywał rozkazy nowych panów. Walczył przeciwko Czarnieckiemu pod Gołębiem, a po bitwie ścigał uciekających Polaków.
Gdy w marcu 1656 roku pod Jarosławiem Szwedom powinęła się noga, Sobieski zmienił front i kilka dni później pod Łańcutem zgłosił się pod komendę Stefana Czarnieckiego. Regimentarz przyjął go niechętnie, a ich relacje były napięte. Czarniecki tak naprawdę nigdy mu nie zaufał i patrzył na ręce. niedługo też skierował go do dywizji Jerzego Lubomirskiego, pod którego dowództwem Sobieski walczył do końca potopu.
Tak oto Sobieski po raz drugi uniknął kary, i to za czyn o wiele gorszy niż napaść na posła.
Jeszcze przed zdradą Sobieski poznał damę dworu królowej, Marię Kazimierę d’Arquien de la Grange - przyszłą „Marysieńkę”. Młodzi od razu nawiązali romans, który trwał, mimo iż Maria poślubiła Jana Zamoyskiego. Gdy dziesięć lat później Zamoyski zmarł, kochankowie - nie czekając choćby na upłynięcie czasu żałoby - wzięli ślub. Prawdopodobnie pod wpływem Marysieńki Sobieskiemu zaczęła podobać się Francja i wszystko, co francuskie.
Po abdykacji Jana Kazimierza Sobieski popierał francuskich kandydatów na króla polski, za co otrzymywał pieniądze od Ludwika XIV.
Po wyborze na króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, Sobieski (wówczas już hetman wielki koronny) przystąpił do opozycyjnego stronnictwa tzw. „malkontentów”, planującego obalenie króla. Odważył się choćby wprowadzić wojsko do stolicy (nie obyło się przy tym bez gwałtów i rabunków) i razem z prymasem Prażmowskim wydał manifest oskarżający króla. Oprócz zarzutów politycznych były w nim też zarzuty co do stroju królewskiego, żarłoczności, bezwstydności, złego traktowania żony, a także… o pedofilię. Malkontenci mieli już choćby kandydata do tronu, a był nim francuski książę Karol de Longueville. W odwecie obrońcy króla zawiązali konfederację w Gołębiu, splądrowali dobra Sobieskiego, a jego ogłosili zdrajcą, którego należałoby wyjąć spod prawa. Ta próba puczu wojskowego spełzła na niczym, gdy nagle zmarł książę de Longueville, ale jej uczestnicy nie ponieśli żadnych konsekwencji.
Polskie walki wewnętrzne wykorzystali Turcy i Tatarzy. Turcy zdobyli Kamieniec Podolski, zajęli Podole, część prawobrzeżnej Ukrainy i ruszyli na Lwów, a Tatarzy doszli aż na Lubelszczyznę i do Małopolski. Przeciwko Tatarom wyruszył hetman Sobieski. Stosując ich metody walki ścigał i wycinał pojedyncze czambuły. Tatarzy zostali wyparci, ale Polska nie była w stanie oprzeć się Turcji. Zawarła więc z nią pokój w Buczaczu, który zatwierdzał tureckie zdobycze i zmuszał Polskę do płacenia corocznego haraczu. Przestraszony tym sejm pokoju nie ratyfikował i pośpiesznie uchwalił podatki na prowadzenie dalszej wojny. Sobieski znowu wyruszył w pole i obległ Turków pod Chocimiem. Wiedząc, iż Turcy byli cienko ubrani, przez cała noc markował ataki, skazując ich na stanie na mrozie i w śnieżnej zadymce. adekwatny atak nastąpił o świcie i przyniósł Polakom spektakularne zwycięstwo. Było ono ważne, ale ani nie zwróciło Polsce odebranych ziem, ani nie zakończyło wojny. Przyniosło natomiast Sobieskiemu sławę pogromcy Turków, którzy nazwali go „Lwem Lechistanu” i wzmocniło jego szanse na koronę po zmarłym właśnie królu Michale.
Na elekcję Sobieski przybył z pięciotysięczną armią. Kandydatom nie wolno było sprowadzać wojska, ale Sobieski jako marszałek wielki koronny, czyli osoba odpowiedzialna za bezpieczeństwo w trakcie elekcji, mógł mieć siły porządkowe, a przepisy nie mówiły jak mają być liczne. Obsadził wiec swoim wojskiem arsenał i inne strategiczne punkty w Warszawie. Zgromadzonym na Pradze wojskom Paca (byłego przeciwnika w pojedynku) uniemożliwił przeprawę przez Wisłę i w ten sposób stał się panem sytuacji. Sama elekcja, choć miała wyraźne znamiona wojskowego zamachu stanu, przeszła już gładko i Sobieski został królem. Mimo wątpliwości co do jej rzetelności, trzeba przyznać, iż Sobieski wykazał się podczas niej dużym cwaniactwem politycznym.
Na niedokończoną wojnę z Turcją Sobieski ruszył już jako król Jan III i odbił prawie całe Podole oraz część Naddnieprza. Więcej nie mógł nic zrobić, bo jego stały przeciwnik Pac rozkazał wojskom litewskim powrót na Litwę. Doprowadził jednak do zawarcia z Turcją rozejmu w Żurawnie, który prawie w całości anulował postanowienia pokoju w Buczaczu, a Polska mogła na kilka lat odetchnąć od wojen.
Jeszcze w czasie potopu szwedzkiego Polska podpisała z Prusami Książęcymi traktaty welawsko-bydgoskie, które w praktyce dawały Prusom suwerenność. Była to jedna z najgłupszych decyzji w dziejach Polski, bo już niecałe pięćdziesiąt lat później Prusy Książęce utworzyły wraz z Brandenburgią Królestwo Prus - przyszłego zaborcę.
Sobieski też uważał te traktaty za złe. Postanowił więc podbić Prusy Książęce, utworzyć z nich państwo wasalne i osadzić na ich tronie swojego syna Jakuba. Planował bowiem w przyszłości koronację syna jeszcze za swego życia (vivente rege) na króla obydwu tych państw i utworzenie dziedzicznej dynastii Sobieskich. W tym celu zawarł porozumienia ze Szwecją i Francją, żeby na czas tej operacji zneutralizowały Brandenburgię - naturalnego sprzymierzeńca Prus. Wszystko szło dobrze do czasu, gdy polska magnateria (na czele z Pacem) przejrzała jego plany dynastyczne i podniosła bunt, grożąc mu detronizacją. Na domiar złego Francja - która zawsze traktowała Polskę instrumentalnie - zawarła pokój z Brandenburgią. W tej sytuacji królewskie plany odzyskania Prus i utworzenia dynastii spaliły na panewce. Wygasła też miłość Sobieskiego do Francji, co doprowadziło w niedalekiej przyszłości do zerwania z nią stosunków dyplomatycznych.
Sobieski więc, mimo tajnych dyplomatycznych zabiegów Francji, zdecydował się sprzymierzyć z Austrią. Skutkiem tego było zawarcie z nią traktatu zaczepno-obronnego, w którym obie strony zadeklarowały sobie pomoc na wypadek tureckiego ataku.
Turcja w tym czasie szykowała się do wielkiej wyprawy wojennej i Sobieski obawiał się, iż zaatakuje Polskę. Uderzenie jednak poszło na Austrię, w której wybuchła panika. Cesarz, wysławszy do Polski i Bawarii prośbę o pomoc, uciekł do Passau, a w lipcu 1683 roku Turcy oblegli Wiedeń.
Sobieski zgodnie z podpisanym traktatem zebrał ile tylko mógł polskiej armii (armia litewska zbierała się wolniej i pod Wiedeń dotarła już po bitwie) i we wrześniu stanął pod Wiedniem.
O bitwie napisano już całe tomy, więc nie będę jej opisywał. Warto jednak zwrócić uwagę na to, jak Sobieski gospodarował podczas niej polskim wojskiem. Zostawszy dowódcą operacji ustawił wojska austriackie i niemieckie na lewym skrzydle i w centrum, a polskie na prawym skrzydle. Austriacy i Niemcy zaatakowali już rankiem 12 września i szturmowali najbardziej umocnione pozycje tureckie. Polacy w tym czasie przedzierali się przy niewielkim tylko oporze wroga przez bezdroża Lasu Wiedeńskiego. Z lasu wyszli pod wieczór i znaleźli się na słabo bronionych tureckich tyłach. Tam piechota i artyleria wygoniła z winnic nieliczne oddziały janczarów i droga do szarży jazdy na turecki obóz stanęła otworem. Szarża nie trwała choćby godziny. Obóz turecki został zdobyty, turecki dowódca Kara Mustafa uciekł, a na wieść o tym Turcy walczący z Niemcami i Austriakami poszli w rozsypkę. Praktycznie było już po bitwie. Najbardziej spektakularną i decydującą szarżę przeprowadzili Polacy. To oni zdobyli najwięcej łupów, ponosząc przy tym najmniejsze straty - a wszystko to dzięki mądremu dowodzeniu Sobieskiego.
Wiedeńczycy witali polskich żołnierzy oraz Sobieskiego z entuzjazmem i wdzięcznością, traktując ich jak zbawców. Wszystko było pięknie przez trzy dni, czyli do powrotu cesarza. Ten, który wcześniej uciekł przed Turkami, a teraz musiał powitać ich pogromcę, był nadęty i chłodny. Spotkanie obu władców przebiegło więc źle. Cesarz nie zdjął kapelusza ani na powitanie Sobieskiego, ani podczas przeglądu wojsk, gdy pochylały się przed nim polskie sztandary. Bardzo to oburzyło Sobieskiego i całe wojsko. Po tym spotkaniu Austriacy przestali dostarczać wojskom polskim prowiant, nie przyjmowali rannych do szpitali i nie pozwalali chować zmarłych na miejskich cmentarzach. Gdy jeszcze Polacy gwałtownie zabrali większość łupów z tureckiego obozu, sytuacja stała się groźna. Mimo militarnego zwycięstwa, politycznie Polska pod Wiedniem poniosła wielką klęskę. Polacy musieli wręcz stamtąd uciekać, a przekleństwo: „Niechby ta pycha do szczętu wyginęła!” najlepiej oddawało ich nastroje. Nie odchodzili w chwale zwycięzców, ale ze spuszczonymi głowami. Mimo to dopadli jeszcze Turków pod miejscowością Párkány (dzisiejsze słowackie Štúrovo) i kolejny raz ich pokonali.
Na tym zakończyła się odsiecz Wiednia, ale wojna z Turcją skończyła się dopiero szesnaście lat później pokojem w Karłowicach. Tam karty rozdawała już Austria, która przez ten czas bardzo urosła w siłę. Potem rosła w nią nadal, aż po niespełna wieku „z wdzięczności za pomoc” wzięła udział w rozbiorach zaborach Polski.
Chyba więc lepiej byłoby dla nas, gdyby spełniło się polskie przekleństwo i Austria pod Wiedniem „do szczętu wyginęła!”
A Sobieski?
Ten zdrajca spod Wojnicza i zwycięzca spod Chocimia, organizator antykrólewskiego buntu z Warszawy i mądry dowódca spod Wiednia, człowiek chcący przywrócić Polsce dziedziczną dynastię, nie doczekawszy Karłowic, trawiony podagrą i syfilisem, zmarł 17 czerwca 1696 roku w Wilanowie.

Idź do oryginalnego materiału