Łuk Karpat. Cztery miesiące w górach

instytutsprawobywatelskich.pl 2 godzin temu

Z Dominikiem Księskim, autorem książki „Ogień to druga woda, czyli Łuk Karpat”, rozmawiamy o tym, jak wygląda kilkumiesięczne życie na wędrówce, jak należy przygotować się do takiej wyprawy i co jest w niej najważniejsze. Wspominamy także pierwszych polskich zdobywców Łuku Karpat.

Dominik Księski

Wydawca i redaktor naczelny tygodnika Pałuki czyli i przedsiębiorca, i dziennikarz. Absolutorium: 1982 polonistyka, specjalizacja edytorstwo na UAM Poznań, magisterka: 1988 UMCS Lublin. Poza pracą gra jazz, tłumaczy pieśni rosyjskich bardów, czasem coś nagra. Chodzi po górach, najwyższy szczyt: w 1991 Sofrudżu na Kaukazie Zachodnim (3550 m), najdłuższa trasa: 2017 Łuk Karpat (2472 km). Autor książki „Ogień to druga woda czyli Łuk Karpat”.

(Wywiad jest zredagowaną i uzupełnioną wersją podcastu Czy masz świadomość? pt. Łuk Karpat. Ogień to druga woda).

Rafał Górski: Panie Dominiku, gdyby Alfred Hitchcock żył i chciał nakręcić film o pańskiej wyprawie Łukiem Karpat, to jaka powinna być pierwsza scena tego filmu?

Dominik Księski: Jest początek października 1980 roku, mam 21 lat. Pod koniec września wróciłem z trasy beskidzkiej od Rozsypańca do Czantorii. W akademiku otwieram list od Zosi Szanter [historyk sztuki, etnograf, badaczka kultury Karpat – przyp. red.] z Warszawy i znajduję trzystronicowy maszynopis powielaczowy z tekstem Jurka Montusiewicza [pracownik Politechniki Lubelskiej, uczestnik pierwszej wyprawy, która przeszła Łuk Karpat – przyp. red.] zatytułowanym „Łuk Karpat pokonany”. Siadam z wrażenia.

Dlaczego to było dla mnie takie trzęsienie ziemi? Bo wcześniej nie przyszło mi w ogóle na myśl, iż coś takiego można zrobić! Że można – po pierwsze, wpaść na pomysł trwającej trzy miesiące wędrówki, po drugie, zaplanować ją i zorganizować, a po trzecie, przejść tę trasę z sukcesem!

A jednak warszawskie Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich (SKPB) tego dokonało. Więc Hitchcock na pewno, choć nie wiem, czy kolejne sceny tego filmu będą bardziej emocjonujące. Raczej stawialiśmy na pozytywistyczną pracę u podstaw i przewidywanie, niż na niespodzianki i dramatyczne epizody.

Czym jest Łuk Karpat?

Łuk Karpat to łańcuch górski tworzący dział wodny między zlewiskami Morza Bałtyckiego i Morza Czarnego.

Zaczyna się nad brzegiem Dunaju w Słowacji, w Polsce biegnie między innymi przez Beskid Żywiecki, wzdłuż granicy w Beskidzie Niskim, przez Bieszczady, a dalej przez Karpaty ukraińskie i rumuńskie i kończy się na brzegu tego samego Dunaju.

Łuk Karpat to również – zaproponowana przez Andrzeja Wielochę [krajoznawca, prezes Towarzystwa Karpackiego – przyp. red.], który był pomysłodawcą i szefem pierwszego przejścia Łuku Karpat przez SKPB – idea przejścia grzbietowego przez góry po linii wododziałów tak, aby jak najrzadziej schodzić do rzek. jeżeli jako punkt odniesienia weźmiemy radziecki gornyj turizm, czyli szlaki poprowadzone dolinami i przełęczami, to Łuk Karpat będzie jego negatywem. Rosyjscy gornyje turisty na każdą przełęcz podchodzą, my na każdą przełęcz schodzimy. Oni idą dolinami, my dolin unikamy. To jest takie obrazowe porównanie.

Ta idea przejścia grzbietowego jest warta realizacji, gdyż trzymając się grzbietu mamy minimalną styczność z cywilizacją dolin, którą chcemy przecież na czas naszej wędrówki zmienić na cywilizację gór. Słowacy taki model wędrówki nazywają „hřebenovka”. My w kontekście Tatr mówimy o graniówce – taką drogą jest Główna Grań Tatr, pojęcie „grzbietówka” w odniesieniu do szlaków prowadzących niższymi górami chyba nie jest używane.

Oczywiście przy realizacji każdej idei konieczne są kompromisy. Władysław Cywiński w opisie Głównej Grani Tatr pisze, iż pomysł „jedna ręka, jedna noga na głównym ostrzu grani” jest nie do utrzymania. Oznacza to, iż nie zawsze idziemy grzbietem. Zdarzają się trawersy. W Karpatach drogi, które zostały wyznaczone przez pasterzy, najczęściej omijają szczyty, idą zboczami, ekonomicznie. Starałem się tak poprowadzić naszą drogę, aby nie prowadziła wzdłuż strumieni. I tak było. Może dwa czy trzy razy tylko szliśmy przez krótki czas wzdłuż strumienia. Równie ważny, co przejście Łuku Karpat, był dla mnie styl przejścia.

Jaka jest długość Łuku Karpat?

Trasy są różne. Nasza miała ponad 2000 kilometrów. Warszawskie SKPB przeszło ją w trzy miesiące. My szliśmy cztery miesiące, bo chcieliśmy jak najdłużej pobyć w górach. Dziennie robiliśmy 20–21 kilometrów i 1000 metrów podejść.

Mieliśmy cztery czy pięć dni na odpoczynek związany z przekroczeniem granicy albo na uzupełnienie zapasów.

Piszemy o Ludziach, a nie o władzy

Pokazujemy prawdę o przyczynach, nie o skutkach. Jesteśmy Twoim głosem. Wspieraj niezależność!

Przekaż 1,5% i zostań naszym współwydawcą

Skąd się wziął tytuł pana książki?

Tytuł zwraca uwagę na dwa najważniejsze podczas tej wędrówki żywioły – wodę i ogień. Nasza trasa wiodła przez przełomy pięciu rzek: Dunajec, Poprad, Wielka Byska (Bâsca Mare), Bodza (Buzau) i Aluta (Olt). Szliśmy po grzbiecie, więc piliśmy głównie wodę ze źródeł, a podczas wędrówki trzeba pilnować, żeby wody nie zabrakło. Stąd jest woda w tytule. Była tym, czym paliwo dla auta.

A ogień? To druga podstawa naszej wędrówki. Służył nam nie tylko do gotowania, ale też do tego, żeby się dogrzać się w chłodne lipcowe wieczory czy podsuszyć odzież po deszczu. Przy ogniu odpoczywaliśmy psychicznie, śpiewając i rozmawiając wieczorami. Odstraszał też zwierzęta. A słowa „Ogień to druga woda” wypowiedział Jacek Kwieciński, [jeden z uczniów, uczestnik żnińskich wycieczek w latach 80.]. Zimą wyszedł z Jaskini Wiercicy na Jurze, stanął przed malutkim ogieńkiem zapalonym przez Gienia Dobaczewskiego [jeden z założycieli tygodnika „Pałuki”, organizator turystyki w Żninie – przyp. red.], wyciągnął ręce i powiedział: „Ogień – to druga woda”.

Można też powiedzieć, iż syntezą ognia i wody jest blacha kociołka, w którym gotujemy na ognisku herbatę – po jednej stronie ma ogień, po drugiej wodę.

Ewa Chwałko w książce „Łuk Karpat. 84 dni samotnej wędrówki” pisze: „Łuk Karpat to wiele kilometrów przewyższeń i różnorakich pasm górskich i szczytów. To jest interesujące wyzwanie dla wszystkich ambitnego górołaza. Nie różnię się w tym zakresie od innych. Dla mnie to też była przygoda życia”. W tego rodzaju wyprawie nie ma pływania w morzu, hotelowych wygód czy zwiedzania zabytków. Co w takim razie jest w niej atrakcyjnego?

Władysław Krygowski [prawnik, działacz polskiej organizacji turystycznych, publicysta, znawca polskich Karpat – przyp. red] już w latach 70. napisał, iż rozwój turystyki górskiej przebiega złą drogą. Turysta chce zanocować w schronisku na szczycie góry, a przemysł turystyczny ściąga go w dół. Jak najwięcej czasu ma spędzić w dolinach, a jak najmniej na tym wymarzonym szczycie. Taką turystykę mamy dzisiaj. Musi być prysznic, infrastruktura, lody, atrakcje. A przecież po to jedziemy w góry, żeby być w górach, a nie w dolinach.

Swego czasu z przyjaciółmi ustaliliśmy, iż my jesteśmy turyści potokowi, w odróżnieniu od turystów prysznicowych. Jedziemy w góry dla niewygód, ale dostajemy za to nocleg w namiocie w dowolnie wybranym miejscu, zachód słońca, poranną rosę – przyjemności, których nie otrzymamy, jadąc do Turcji na all inclusive. To jest inny sposób obcowania z górami, niż proponują przedsiębiorstwa zarabiające na turystyce. My prowadzimy szlak, a nie szlak nas. Sami wybieramy sobie, dokąd idziemy.

Przy wyborze szlaku posługiwaliście się tylko mapą, niebem i kompasem czy mieliście też urządzenia elektroniczne?

GPS mocno ułatwił nam orientację. W epoce przed GPS-em, kiedy człowiek miał tylko kompas i mapę, trzeba było uważać na punkty orientacyjne, mierzyć czas, brać pod uwagę tempo marszu, a i tak tylko mniej więcej było wiadomo, gdzie się jest. Z GPS-em odpowiedź jest pewna: jesteśmy na pewno tu. Przed wyjazdem opracowaliśmy trasę i wgraliśmy ją w odbiornik sygnału, żeby mieć własne punkty orientacyjne. Nie zawsze była to trasa, którą rzeczywiście trzeba było iść, bo w wielu miejscach dane są na tyle niedokładne, iż rysowałem czasem hipotetyczna linię i trzeba było już samemu, z pomocą mapy i tego, co widzimy w terenie, zorientować się, którędy iść. GPS jest pomocą, ale na pewno nie przewodnikiem.

Rozumiem, iż studenci z warszawskiego SKPB, którzy w 1980 roku, jako pierwsi Polacy, przeszli Łuk Karpat, mieli do pomocy tylko mapę, niebo i kompas?

Tak, to, co jest widoczne w terenie, na kompasie i na mapie. No – jeszcze głowę! Własną głowę, a to jest najważniejsze centrum przetwarzania sprzecznych lub niepełnych informacji, docierających zwykle do wędrowca. Ponieważ był to rok 1980, mapy obszaru Rumunii w wielu przypadkach pochodziły z przełomu XIX i XX wieku, a czasem choćby takich nie było. Szli trzy miesiące, codziennie pokonywali 30 kilometrów i 1000 metrów podejść, dźwigając plecaki o wadze około 30 kilogramów.

W 2017 roku mój plecak ważył 20 kilogramów, a codziennie szedłem średnio 20 kilometrów i 1000 metrów podejść.

Oni często szacowali, gdzie najprawdopodobniej są. Mnie GPS zawsze pokazywał, gdzie jestem na pewno. Więc w porównaniu z wysiłkiem kolegów z czasów olimpiady w Moskwie, moje przejście wymagało o wiele, o wiele mniej wysiłku.

Ja dwa lata temu, w wieku 50 lat, szedłem niebieskim Szlakiem Karpackim z plecakiem ważącym 23 kilogramy. Było to dla mnie wyzwanie, a szedłem bardzo wolno. Co dla pana było największym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem na pewno było wszystko to, co działo się przed rozpoczęciem wędrówki: wypięcie się z wielu systemów – praca, rodzina, inne zajęcia, uzyskanie tego czasu w wyjazd. Pełnomocnictwa notarialne, powierzenie swoich normalnych obowiązków osobom, które mnie zastępowały. Powiem przy tym otwarcie: jaka żona pozwoli mężowi na wyjazd na cztery miesiące? Więc po pierwsze trzeba się dobrze ożenić i mieć dobrą żonę, tak wspaniałą jak moja. Tutaj zacytuję Aleksandra Dobę [podróżnik, kajakarz, samotnie przepłynął Ocean Atlantycki – przyp. red], który właśnie na ten temat mówił wprost dziennikarzom: „Żona musi być przeciw!”. Nie dziwię się, iż moja żona była nie do końca za. Niechętnie i bez zachwytu, ale przejęła moje obowiązki. Poukładanie w pracy zastępstw za mnie to już był mniejszy problem, otrzymałem wsparcie od kolegów i pracowników. Kolejna sprawa: z kim iść? Obiecałem Dorotce, iż sam się nie wybiorę, zresztą samemu jest smutno chodzić. To miała być impreza towarzyska. I taką była.

Najpierw myśleliśmy, iż pójdziemy we trójkę z kolegami, ale nie byli w stanie wygospodarować czasu. Podzieliliśmy się etapami. Co pewien czas zmieniali się towarzysze, z którymi szedłem. To było piękne, bo uniknęliśmy w ten sposób zmęczenia ciągłym przebywaniem w swoim towarzystwie, co generuje konflikty. Następne wyzwanie to zaopatrzenie. Było łatwiej z przyjaciółmi, którzy pomogli w aprowizacji. Ostatnie wyzwanie to zaplanowanie trasy, zdobycie map. To już w zasadzie nie było wyzwanie, a po prostu mrówcza praca – kilometr po kilometrze trzeba było przejść tę trasę w wyobraźni.

Jeśli chodzi o wyzwania na trasie, to największym okazała się kosówka. Kosodrzewina to są bardzo sprężyste iglaste krzaczki. Rośnie na boki, płoży się i tworzy zbity gąszcz, przez który trzeba się przedzierać. Jest to ogromny wysiłek.

Jeśli natrafialiśmy na kosówkę, która zarastała dawną ścieżkę, było łatwiej, ponieważ czuliśmy ścieżkę pod nogami. Wiadomo, jak ona prowadzi, trzeba tylko rozgarniać gałęzie. Gorzej, jak człowiek zgubił tę ścieżkę i szedł przez żywą kosówkę, albo jak ścieżki już nie ma, bo została stuprocentowo zatarta. Były odcinki, na których naprawdę musiałem się napocić, aby znaleźć adekwatną drogę, głównie w Rumunii, ale błądziliśmy mało. Dwa, trzy razy była dłuższa chwila, kiedy nie wiedziałem, gdzie iść. Tak więc tych wyzwań już w czasie wycieczki było mniej. Szliśmy do przodu i to byłą czysta przyjemność. Największe problemy trzeba było pokonać przed wyjazdem z domu. Gdy dawniej jeździłem z młodzieżą na wycieczki było podobnie: najcięższym odcinkiem była trasa dom – dworzec PKP. A w górach – lajcik.

Powiem szczerze, iż mnie pan zaskoczył swoją odpowiedzią. Od jakiegoś czasu próbuję moją żonę, Magdę, przygotować do tego, iż za parę lat też bym chciał wyruszyć na taką wyprawę, i dobrze słyszeć od pana, iż niezbędne jest dobrze się ożenić i mieć wspaniałą żonę. Idąc dalej, zacytuję Chamforta: „Szczęście nie jest rzeczą łatwą, trudno je znaleźć w sobie, a nie sposób gdzie indziej”. Czy pan to szczęście na szlaku odnalazł?

Nie wiem, czy ja się posługuję kategorią szczęścia. Można żyć na wiele sposobów, każdy dostarczy człowiekowi zarówno miłych chwil, jak i zmartwień. Kwestia proporcji.

Mieszkam w mieście, chodzę codziennie do pracy. Mój przyjaciel Henio Mizak mawia, iż jesteśmy jak te chomiki w kółku: biegniemy, a ciągle jesteśmy w tym samym miejscu. Czy przez te trzy, cztery miesiące nie można by pożyć inaczej? Nie robić zakupów, nie prowadzić korespondencji mailowej, nie robić przelewów. Za to codziennie wieczorem siąść sobie przy ognisku, pośpiewać, pogadać, spokojnie wypić herbatę, bez obawy, iż ktoś zadzwoni, iż rano czekają nas w pracy kłopoty. Nam się udało i gdy wychodziliśmy na trasę w góry Haszmasz (Munții Hășmaș) Heniek, który jest specjalistą od podsumowywania wydarzeń anegdotami, powiedział tak: „Dominik, czy na Marsie istnieje życie? Oczywiście dowcip znałem i odpowiedziałem pointą: „Też nie”. Na to Heniek: „I tę tezę właśnie zamierzamy zanegować”.

„W ogóle jednak wiedzie się nam w życiu jak wędrowcowi, dla którego w miarę upływu drogi przedmioty przybierają inne kształty niż z daleka, zmieniają się zaś jeszcze bardziej, gdy się do nich zbliża. Nieraz szukamy czegoś, a znajdujemy zupełnie co innego, coś lepszego. Nieraz znajdujemy też to, czegośmy szukali, ale idąc zupełnie inną drogą niż szliśmy daremnie z początku. Często się też zdarza, iż szukając rozkoszy, szczęścia, radości, otrzymujemy w zamian naukę, wyjaśnienie i wiedzę. Trwałe, prawdziwe dobro zamiast przemijającego i złudnego”. To słowa Arthura Schopenhauera z „Aforyzmów o mądrości życia”. Czy chciałby je pan jakoś skomentować?

Zgadzam się z Schopenhauerem, iż świat istnieje o tyle, o ile jest postrzegany przez nas, czyli iż świat jest zawsze pewną kreacją w naszej wyobraźni, jest taki, jakim my go widzimy.

„Maćku, szansa, żeby dojść jest minimalna. Głupie zapalenie gardła. W firmie coś się zacznie sypać, ktoś nie dojedzie, naciągnę kolano, sił braknie, kontuzja, deszcz, burza, wszystko mokre, kłopoty w domu, psycha siada. Nie wiem, czy jest 1% szansy, iż się uda. Oj tam, oj tam, nie narzekaj, wszystko się uda”. Tak pisze pan w swojej książce „Ogień to druga woda, czyli Łuk Karpat”. Czy w trakcie wędrówki były jakieś wyjątkowo trudne chwile?

Było ciężko, ale stawialiśmy namiot, zapalaliśmy ogień, piliśmy herbatę i regeneracja była momentalna.

Na granicy ukraińsko-rumuńskiej między Wielką Budyjowską i Hnitesą były dwa dni, kiedy zaczynało mi brakować sił. Głównie psychicznych.

Pamiętam taki burzowy dzień. Jedną burzę – trwała z 40 minut – przetrwaliśmy pod rozłożonym tropikiem. Zwinęliśmy ten tropik, idziemy dalej. Mówię: „Maciek, za chwilę będzie następna burza”. Rozstawiamy namiot. Myślałem – najlepiej by już tu zostać. Straciliśmy 40 minut, nic nie padało. Zwinęliśmy, idziemy dalej. Patrzę na mapę i mówię: „Trzeba stanąć. Nie dojdziemy dzisiaj na przełęcz Łostuńską”. Już byliśmy naprawdę zmęczeni. I w najgłupszym miejscu na świecie, na stromym wzgórku 250 metrów za szczytem Małego Łostunia mówię: „Stajemy”. Maciek oponuje, iż nie, iż jeszcze nie tu. Co to za miejsce? A tam było akurat dwa metry prostej trawy na namiot. I zapowiedź kolejnej burzy. Wziąłem plecaczek z butelkami, żeby szukać wody, i w tym momencie zdałem sobie sprawę, iż oczywiście Maciej ma rację. Ja mam na tę wysoką skałę wodę wtargać? Zmiana planów, schodzimy na dół. Po zejściu 20 metrów wysokości, po czterech minutach znaleźliśmy idylliczną łączkę. Naprawdę byliśmy zmęczeni. Do planowanego biwaku mieliśmy raptem 2 kilometry! Ale nie chciałem rozbijać się mokrusieńki, w burzy. Poszedłem po wodę, za pół godziny byłem z powrotem, zrobiliśmy obiad i herbatę. Byliśmy zmęczeni przy dojściu do tego biwaku, ale w godzinę po tym, jak zrzuciliśmy plecaki, zregenerowaliśmy się w pełni. Głównie psychicznie. Potem lunęło, a my na mięciuśkiej trawie dopijamy w śpiworach ostatnie łyki herbaty z cytryną.

Tak iż zdarzają się trudne chwile, znajdujemy co innego niż to, czego szukaliśmy, idziemy czasami inną drogą. Ale najważniejsza jest wiara w siebie – iż przed nami stoją tylko takie trudności, jakie jesteśmy w stanie pokonać.

Jak się przygotować do wyprawy Łukiem Karpat albo do jakiejkolwiek długiej wyprawy?

Jeśli chodzi o sprawy techniczne, to wszystko jest w książce. Najważniejsze jest przygotowanie psychiczne. Przyda się też doświadczenie, bo trzeba pamiętać, iż jeżeli ktoś jest turystą szlakowym, czyli chadza szlakiem z mapą w ręce po polskich górach, to na Ukrainie czy w Rumunii nie od razu sobie poradzi.

Ci którzy chcą przejść Łuk Karpat, powinni wcześniej pojechać na tydzień w Gorgany [pasmo górskie w łańcuchu Karpat, w południowo-zachodniej części Ukrainy – przyp. red.] albo pojechać na dwa tygodnie do Rumunii i przejść Góry Fogaraskie od Branu do Aluty. A najlepiej tu i tu. Tak sprawdzi wytrzymałość, odporność, kondycję, biwakowanie w deszczu.

Góry Fogaraskie By Mlefter at English Wikipedia, CC BY-SA 3.0

Druga ważna sprawa to orientacja w trudnym terenie, gdzie góry są niskie, nie ma szlaków turystycznych, tylko drogi, bezdroża ścieżki i chaszcze, mapy są słabe i trzeba naprawdę mocno główkować, którędy iść. I nabyć konieczne umiejętności wyznaczania i trzymania się trasy w terenie, gdzie znaki są mylne albo ich nie ma. Tydzień na jakimś odcinku między przełęczą Oituz Górami Tatrskimi (Munții Tătarului) to już będzie gwarancja, iż się człowiek nie spali. Bardzo się bałem, iż utkniemy gdzieś, stracimy czas, nie będziemy umieli odnaleźć adekwatnej drogi, posypie nam się harmonogram. Oczywiście mieliśmy zakładki na wypadek nieprzewidzianych okoliczności, ale wszystko można zepsuć.

Warto też przećwiczyć chodzenie szlakiem wirtualnym. Co to znaczy? Szlak jest na mapie, ale w terenie nie ma ani znaków, ani ścieżki przez hale; często tak jest w Rumunii. Wiemy, gdzie jesteśmy, widzimy na mapie te kreski, patrzymy pod nogi, a ścieżki nie ma. Teraz pytanie, czy szlak jest źle namalowany na mapie? A może go przenieśli (bywa tak) i na mapie jest inaczej, niż w terenie, a starych znaków nie zatarli? Może my się mylimy? Może jest dobrze na mapie, tylko po prostu w terenie ta ścieżka zanikła? Wierzyć w mapę, w teren, czy w siebie? Doświadczenie w rozwiązywaniu tego typu problemów na pewno się przyda.

A jakiego pytania nikt jeszcze panu nie zadał na temat, o którym rozmawiamy, i jaka jest na nie odpowiedź?

Co jest na tej wycieczce ważniejsze: czy to, co zabieramy ze sobą, jadąc w góry, czyli swoje przyjaźnie, piosenki, czy to, czego doświadczamy, już tam będąc, czyli przyroda, ludzie, którzy tam mieszkają?

Jeśli chodzi o ten wyjazd, to ważniejszy dla mnie był ten kontakt między nami, między przyjaciółmi, którzy na co dzień nie mieli dla siebie czasu niż nastawienie na poszukiwanie kontaktów z ludźmi mieszkającymi w górach – zresztą na grzbiecie nie spotyka się ich często. Nie chcieliśmy nadużywać ich gościnności ani stać się dla nich ciężarem. Cieszyliśmy się za każdym razem, gdy spotkaliśmy kogoś, ważniejsze jednak było to, co przywieźliśmy ze sobą.

Ale najważniejsze były oczywiście Karpaty, bo to te góry wybraliśmy ostatecznie na naszą wędrówkę! I tak świat, w którym żyjemy na co dzień, mieszaliśmy ze światem, do którego przyjechaliśmy, z cywilizacją gór.

To nie jest tak, iż jedziemy, żeby pobyć wśród „dzikiej”, „nieskalanej” przyrody. Przyroda w Karpatach jest częścią cywilizacji górskiej, która tu powstała podczas setek lat pasterstwa, swoje także dołożyli leśnicy, żołnierze, politycy, kłusownicy, właściciele lasów i hal. Karpaty mają swoją cywilizację. Góry, w których nie było pasterstwa, leśnictwa, nie poprowadzono dróg, są zupełnie inne i inaczej się po nich chodzi. Nie ma tam tej cywilizacji karpackiej, z którą obcowaliśmy na co dzień podczas wędrówki Łukiem Karpat. To jest piękne w tych górach, iż one są tak przyjazne, mają wiele pięknych miejsc, polan, źródeł, gdzie warto pobyć, a nie tylko wbiec i zbiec, a wieczorem siedzieć w pensjonacie i zmieniać kanały telewizyjne.

Dziękuję za rozmowę.

Idź do oryginalnego materiału