Mapa „Wielkiej Ukrainy” na ścianie regularnej jednostki ukraińskiej armii. Cisza władz i pytanie, które Polska ma prawo zadać

goniec.net 5 godzin temu

Podczas oficjalnej wizyty nowego Naczelnego Dowódcy Sił Zbrojnych Ukrainy, generała Jewhena Chmary, w jednostce 3. Korpusu Armijnego na ścianie wisiała mapa „Wielkiej Ukrainy”. Korpusem dowodzi Andrij Biłecki, założyciel pułku Azow. Zdjęcia z uroczystości wręczenia odznaczeń obiegły media społecznościowe i wywołały w Polsce ostrą dyskusję.

Na mapie widać kontury Ukrainy rozszerzone w kierunku wschodnim i północnym. Obejmuje ona terytoria w tej chwili należące do Rosji i Białorusi, a także elementy związane z Mołdawią (w tym Naddniestrze). Granica zachodnia, po dokładniejszym nałożeniu na współczesne mapy, w znacznym stopniu pokrywa się z obecną granicą Ukrainy z Polską. Polscy komentatorzy – podkreślają, iż już sam fakt ekspansywnego ujęcia granic i kontekst ideologiczny środowiska Azow wystarczają, by uznać to za coś więcej niż dekorację.

Kontekst historyczny i ideologiczny

Koncepcja „Wielkiej Ukrainy” nie jest nowa. Sięga ona końca XIX i początku XX wieku, gdy część ukraińskich działaczy narodowych kreśliła wizję państwa obejmującego ziemie zamieszkane przez ludność ukraińską lub uznawaną za ukraińską etnicznie – od Sanu po Kaukaz, obejmując fragmenty dzisiejszej Polski, Słowacji, Rumunii, Mołdawii, Białorusi i Rosji. Elementy tej wizji pojawiały się w kręgach OUN i później w niektórych środowiskach nacjonalistycznych. Hasło „od Sanu do Donu” miało swoje korzenie jeszcze w XIX-wiecznych tekstach.

Współcześnie mapa tego typu pojawia się głównie w kręgach związanych z Azowem i częścią ukraińskiej prawicy nacjonalistycznej. Nie jest to oficjalne stanowisko rządu w Kijowie. Obecność takiej mapy w regularnej jednostce wojskowej – i to podczas wizyty najwyższego dowódcy – ma zupełnie inny ciężar niż prywatne zainteresowania historyczne czy folklor.

Co niepokoi najbardziej: nie sama mapa, ale cisza

Dominik Mazur, członek Rady Politycznej Ruchu Narodowego, sformułował problem wprost: jeśli w regularnej jednostce ukraińskiej armii, podczas oficjalnej wizyty najwyższych przedstawicieli resortu obrony, na ścianie wisi mapa „Wielkiej Ukrainy” obejmująca ziemie należące dziś m.in. do Polski, Rumunii i Mołdawii, to nie jest już niewinny folklor. Najbardziej niepokoi nie sama mapa, ale cisza władz. Brak reakcji oznacza tolerowanie symboliki, która może oswajać społeczeństwo i wojsko z imperialnym myśleniem.

Imperialne ambicje rzadko zaczynają się od czołgów. Najpierw pojawiają się na mapach. To stwierdzenie ma historyczne pokrycie – zarówno w przypadku rosyjskiego imperializmu, jak i innych przypadków rewizjonizmu terytorialnego w Europie XX wieku.

Polska od 2022 roku poniosła ogromne koszty wsparcia Ukrainy: militarne, humanitarne, ekonomiczne i społeczne. Przyjęła miliony uchodźców, przekazała sprzęt, otworzyła granice i logistykę. W tym kontekście obecność symboliki, która – choćby tylko w wymiarze historyczno-ideologicznym – kwestionuje stabilność granic w regionie, nie może być lekceważona. choćby jeżeli konkretna mapa w 3. Korpusie nie przecina polskiej granicy w sposób oczywisty, to sama logika „Wielkiej Ukrainy” jako projektu ideologicznego zawiera w sobie elementy rewizjonistyczne.

W polskich mediach społecznościowych pojawiły się zarówno głosy alarmistyczne, jak i uspokajające. Część użytkowników wskazywała, iż zachodnia granica mapy pokrywa się z obecną i iż Azow świadomie unika otwartego konfliktu z zachodnimi sąsiadami, skupiając roszczenia na wschodzie. Artykuł w Defence24 podkreślał, iż nałożenie mapy Azowa na Google Maps pokazuje brak roszczeń wobec Polski, a jednocześnie obecność roszczeń wobec Rosji i Białorusi. Inni komentatorzy zwracali uwagę, iż w szerszej tradycji nacjonalistycznej „Wielka Ukraina” historycznie obejmowała ziemie po San, a obecność takiej mapy w jednostce wojskowej podczas wizyty dowódcy armii normalizuje pewien sposób myślenia.

Krytycy wskazują też na kontekst: 3. Korpus Armijny wyrósł z 3. Brygady Szturmowej (dawniej Azow), a Biłecki pozostaje postacią o wyraźnie nacjonalistycznym profilu. Symbolika i narracje w takich jednostkach nie są przypadkowe. Mapa na ścianie w obecności najwyższych dowódców staje się de facto elementem oficjalnej przestrzeni wojskowej.

Polska ma pełne prawo zapytać Kijów, czy takie wizje uważa za coś normalnego w strukturach armii. Chodzi o to, by sojusznik, który otrzymuje ogromne wsparcie, nie tolerował w swoich regularnych jednostkach symboliki, która może być odczytywana jako rewizjonistyczna wobec sąsiadów.

Brak oficjalnej reakcji ukraińskich władz – ani zaprzeczenia, ani wyjaśnienia, ani usunięcia mapy – jest w tym kontekście najbardziej niepokojący. Cisza może być interpretowana jako akceptacja lub przynajmniej brak woli konfrontacji z elementami ideologicznymi obecnymi w części sił zbrojnych.

W dłuższej perspektywie relacje polsko-ukraińskie będą wymagały nie tylko współpracy wojskowej i gospodarczej, ale także jasnego zrozumienia wzajemnych granic – terytorialnych, historycznych i mentalnych. Mapy mają znaczenie. Szczególnie wtedy, gdy wiszą na ścianie w jednostce, do której przyjeżdża Naczelny Dowódca.

Polska ma prawo oczekiwać, iż sojusznik będzie traktował jej terytorium i interesy z pełną powagą – także w symbolice. Bo imperialne myślenie, choćby jeżeli na razie dotyczy głównie wschodnich sąsiadów, rzadko zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie wygodnie.

Idź do oryginalnego materiału