Marynarz w koreańskim tyglu

polska-zbrojna.pl 4 godzin temu

W 1953 r. powołana została komisja państw neutralnych, która ma czuwać nad rozejmem między Koreą Północną i Południową. W jej skład weszli Polacy. – W 1965 roku przybyłem na Półwysep Koreański i znalazłem się dosłownie na styku dwóch rywalizujących ze sobą stref, na które był wtedy podzielony świat – opowiada kmdr Pius Kacprzak, były tzw. oficer analityczno-łącznikowy polskiej misji.

Wspólna strefa bezpieczeństwa w Panmundżom – widok na stronę Północy, 1965. Archiwum kmdr. Piusa Kacprzaka

Panie Komandorze, na początek zapytam, skąd to rzadkie, „papieskie” imię u Pana – Pius?

Kmdr Pius Kacprzak: Ja się urodziłem 5 maja 1934 roku, czyli w rocznicę pontyfikatu papieża Piusa X. Rodzice nie mogli zdecydować się, jakie mi nadać imię. W końcu ojciec powiedział: „Jakie sobie przyniósł, takie niech nosi”. I tak zostałem Piusem.

REKLAMA

A czy Pańskie powołanie wojskowe wynikało z tradycji rodzinnych?

Można tak powiedzieć, gdyż ojciec był peowiakiem i żołnierzem Józefa Piłsudskiego w 1920 roku. Wprawdzie początkowo chciał, abym objął po nim gospodarstwo rolne, ale jednocześnie zaszczepił mi pasję do munduru swymi wojennymi wspomnieniami, i to tak skutecznie, iż właśnie wojsko wybrałem na swą drogę życiową. Przede wszystkim jednak ojciec pragnął, bym zdobył wykształcenie. Już po ukończeniu szkoły podstawowej chciałem iść do korpusu kadetów, ale ojciec powiedział wtedy: „Synu, poczekaj, zdobądź maturę i zobaczymy”. Posłuchałem ojca, zdałem maturę, a wtedy on: „Dobrze, a teraz skończ wyższe studia i zobaczymy. Na oficera zawsze zdążysz awansować”. Faktycznie, zdążyłem. Tym bardziej iż skończyłem interesujący dla wojska kierunek, mianowicie studiowałem na Wydziale Dyplomatyczno-Konsularnym Szkoły Głównej Służby Zagranicznej. Akurat zaraz po odwilży politycznej w 1956 roku, pod koniec studiów otrzymałem z armii propozycję służby. Powiedziano mi wprost, iż potrzeba teraz w wojsku młodych, wykształconych ludzi, którzy zastąpią oficerów sowieckich odsyłanych do swego kraju. Wtedy modne było hasło z „drugim dnem”: „Niech przyjaciele radzieccy nam pomogą kroczyć w Polsce polską drogą”. I tak – od 1958 roku – zaczęła się moja przygoda z wojskiem, a dokładnie z marynarką wojenną, ponieważ marynarka w tym czasie była jedynym rodzajem sił zbrojnych, który utrzymywał oficjalne kontakty z Zachodem. Wszak z oficjalnymi wizytami zawijały do naszych portów zachodnie okręty wojenne; podobnie też nasze jednostki gościły w portach Europy Zachodniej. Ktoś więc musiał być odpowiedzialny za przyjmowanie tych zagranicznych delegacji, a ja dobrze znałem zarówno język angielski, jak i rosyjski, co wtedy nie było powszechne.

Zapamiętał Pan jakieś szczególne wydarzenie z owych oficjalnych wizyt okrętów flotylli zachodnich? Po epoce stalinizmu w Polsce to musiało mieć szczególny wydźwięk.

Pierwsza wizyta okrętu brytyjskiego miała miejsce jeszcze przed odwilżą – w lipcu 1955 roku do portu w Gdyni zawinął krążownik HMS „Glasgow”, a następnie rewizytę w Wielkiej Brytanii przeprowadził nasz, dobrze tam pamiętany z czasów wojny, niszczyciel ORP „Błyskawica” i po tym pierwszym kroku, mówiąc kolokwialnie, lody zostały przełamane. jeżeli chodzi o moje osobiste doświadczenia, to szczególnie utkwiła mi w pamięci wizyta brytyjskiej delegacji w Szczecinie na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, która zbiegła się w czasie z wydaleniem z Wielkiej Brytanii licznego grona sowieckich dyplomatów i pracowników ambasady oskarżonych o szpiegostwo. Notabene była to wtedy jedyna sojusznicza flotylla z okresu II wojny światowej, która zawinęła do Szczecina. Proszę sobie wyobrazić tę sytuację: jest konflikt na linii Związek Sowiecki – Wielka Brytania, a do jednego z sowieckich satelitów, jakim wtedy niestety była Polska, z kurtuazyjną wizytą przybywa brytyjski okręt, i to ja mam się nim zająć. Pamiętam, jak brzmiały wytyczne dla mnie: „Przyjąć, ale niezbyt przejawiać zainteresowanie i życzliwość”. Pan sobie wyobraża absurd tego rozkazu?

Oczywiście, przede wszystkim był sprzeczny z przysłowiową polską gościnnością!

Dokładnie. Zgodnie z planem specjalnie wyczarterowanym samolotem poleciałem z grupą oficerów brytyjskich do Warszawy. W stolicy, w Hotelu Mazowieckim, naszą delegację przyjął wiceminister obrony narodowej. Warto dodać, iż szefem brytyjskiej delegacji był komandor Michael Parker. Po uroczystości wracamy na lotnisko, a tam okazuje się, iż samolot, którym przylecieliśmy, się popsuł. Dzwonię do Sztabu Generalnego z pytaniem, co robić, i słyszę odpowiedź: „Drugiego samolotu nie mamy, szukajcie sami rozwiązania”. Odpowiadam: „Jak to, ja mam szukać rozwiązania? Jestem osobą towarzyszącą z ramienia Marynarki Wojennej. Komandor Parker prosi o możliwość spotkania się z dowódcą Polskiej Marynarki Wojennej i oświadcza, iż ma możliwość udania się do niego własnym śmigłowcem, którym dysponuje na pokładzie swego HMS »Ashanti«”… Czy panu się ta nazwa z czymś kojarzy?

„Ashanti” wespół z naszym „Piorunem” w nocy z 13 na 14 czerwca 1943 roku niedaleko wyspy Jersey stoczyły zwycięską bitwę z niemieckimi trałowcami.

Zgadza się! Nieprzypadkowo więc „Ashanti” [to była korweta, która w 1959 roku po zezłomowanym niszczycielu „Ashanti” przejęła jego nazwę i tradycje – P.K.] zawinął do Szczecina, można powiedzieć, iż był bratnim okrętem, naprawdę bratnim… I proszę się postawić w mojej sytuacji, między „młotem” własnej zwierzchności a brytyjskim „kowadłem”. Oczywiście o przelocie brytyjskiego śmigłowca ze Szczecina do Warszawy i z powrotem nie mogło być mowy, ale w żaden sposób nie chciałem obrazić Brytyjczyków. Stoję na Okęciu z coraz bardziej zniecierpliwionymi oficerami, opowiadam im dyrdymały o złej pogodzie, która powoduje opóźnienie w lotach, kiedy jednocześnie słychać co chwilę zapowiedzi odlotów samolotów cywilnych… Dzwonię więc znowu do Sztabu Generalnego, a w odpowiedzi od jednego z pułkowników słyszę: „Spowodujcie, by nie zapowiadali odlotów w języku angielskim”… No kpina po prostu!

Stanisław Bareja by tego nie wymyślił…

W końcu po czterech godzinach przyznałem się, iż popsuł się samolot i uruchomiłem własne znajomości. Dzięki temu dostaliśmy pięć samochodów marki Wołga, którymi nasza delegacja dotarła z Warszawy do Szczecina. W ten oto sposób wizyta, która miała mieć sztywny przebieg, zmieniła się w wycieczkę krajoznawczą. Ależ to dla tych Brytyjczyków była frajda! Mieliśmy m.in. nocleg w Poznaniu, w Hotelu Merkury – oczywiście dancing, alkohole, piękne kobiety… Marynarzom, jak pan wie, tylko w to graj! Tak więc cała historia skończyła się w kontrze do instrukcji zalecających daleko posunięty dystans, co osobiście wcale mnie nie martwiło, wręcz przeciwnie.

Udowodnił Pan tym zdarzeniem talent do improwizacji i zimną krew w nieprzewidywalnych sytuacjach – aspekty bardzo istotne na misjach wojskowych.

Z pewnością, ale przede wszystkim zadecydowała tutaj wspomniana znajomość języka angielskiego i rosyjskiego. W 1965 roku przybyłem na Półwysep Koreański, gdzie spędziłem półtora roku. Miałem wtedy 31 lat i byłem tzw. oficerem analityczno-łącznikowym misji polskiej w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych – NNSC [Neutral Nations Supervisory Commission – P.K.]. Znalazłem się w dość specyficznej rzeczywistości, dosłownie na styku dwóch rywalizujących z sobą stref, na które był wtedy podzielony świat. I pomimo tylu zmian geopolitycznych linia demarkacyjna na 38 równoleżniku, czyli strefa zdemilitaryzowana między Koreą Południową a Północną, do dziś jest jednym z najbardziej zapalnych miejsc.

Dodajmy, iż NNSC prowadzi swą misję od 1 sierpnia 1953 roku do dziś.

Tak. Prócz NNSC istniała też Wojskowa Komisja Rozejmowa, w której obowiązywał język angielski, ale tylko gdy rozmawiano w sprawach służbowych. Na sali obrad owej komisji więc debaty trwały w tym języku. Natomiast w kuluarach, zwłaszcza z przedstawicielami Korei Północnej, rozmawialiśmy po rosyjsku. Dwujęzyczność była więc nieodzowna, zwłaszcza na stanowisku oficera analityczno-łącznikowego. Tutaj należy powiedzieć, iż komisję rozjemczą reprezentowały dwie strony: koreańsko-chińska, czyli Północ, i oenzetowska, czyli przede wszystkim Stany Zjednoczone i 18 państw zachodnich. I nad tą komisją pieczę sprawowała właśnie NNSC. Do niej wpływały skargi na niezgodne z układem rozejmowym postępowanie jednej ze stron. W skład NNSC dla strony koreańsko- -chińskiej prócz Polski wchodziła Czechosłowacja, natomiast oenzetowską reprezentowały Szwecja i Szwajcaria. Kiedy wpływała skarga, czterostronna NNSC zbierała się i rozważała rozwiązanie problemu. Przeważnie było tak, iż my i Czechosłowacy przyznawaliśmy rację Północy, a Szwedzi i Szwajcarzy – Południu.

I jak znajdowaliście konsensus?

Po prawdzie do niego rzadko dochodziło i kończyło się przesłaniem przez strony odrębnych stanowisk do Zgromadzenia Ogólnego ONZ. I właśnie do moich obowiązków jako oficera analityczno-łącznikowego należało przygotowanie takiego stanowiska od tzw. strony technicznej. Prócz mnie w NNSC było jeszcze trzech oficerów analityczno-łącznikowych – z każdego państwa neutralnego po jednym. Pełniliśmy dyżury we wspólnej strefie bezpieczeństwa w Panmundżom. Ta strefa obejmowała koło o średnicy 800 m, w którym strony mogły spotkać się bez obawy wszczęcia jakiejkolwiek walki.

Czyli odpowiednik tzw. świętej ziemi, na której nie wolno było się pojedynkować.

Tak. Z tym iż ta strefa leżała na 38 równoleżniku, była więc przepołowiona. Tak więc żołnierze północnokoreańscy nie mieli prawa przechodzenia przez tę linię na stronę południową i identycznie żołnierze Południa nie mogli postawić stopy na ziemi Północy. Stół konferencyjny w sali obrad również podzielony był sznurem na pół. Strony, wchodząc na obrady, nie witały się i nie pozdrawiały. Delegacji Południa przewodniczyli Amerykanie, a północnej przeważnie Chińczycy. Ja i moi trzej koledzy mieliśmy obowiązek służby w strefie przez jeden tydzień w miesiącu, czyli jak łatwo obliczyć zmienialiśmy się rotacyjnie przez cztery tygodnie. Taka funkcja nazywała się: „wspólny oficer służbowy”. Na tym stanowisku do moich obowiązków należało głównie przyjmowanie raportów o wprowadzaniu i wyprowadzaniu sprzętu wojskowego i żołnierzy ze strefy zmilitaryzowanej, bo prócz strefy bezpieczeństwa istniała jeszcze tzw. strefa wolna – czterokilometrowy pas ziemi, na który nie można było wprowadzać nowych sił militarnych. To była oczywiście teoria, bo w praktyce ciągle dochodziły z tamtej strony odgłosy silników wozów pancernych. Każdego ranka o godz. 8.00 przedstawiciele Północy i Południa meldowali się u wspólnego oficera służbowego i składali mu raporty na piśmie: ile sprzętu wprowadzono, ile wyprowadzono, jakie zmiany nastąpiły w stacjonujących na granicy jednostkach itp. Oficer służbowy, czyli m.in. ja, musiał to zebrać, powielić w siedmiu egzemplarzach i rozesłać do: Zgromadzenia Ogólnego ONZ, do dwóch stron komisji rozejmowej i po jednej kopii do każdej z misji NNSC, razem wychodziło siedem. jeżeli w czasie tygodniowego dyżuru wypadało jakieś nadzwyczajne posiedzenie stron, to oficer służbowy był o tym informowany i to on odpowiadał za przygotowanie tzw. porządku dnia. Obserwowaliśmy także obrady NNSC, a po zakończeniu posiedzenia – wypowiedzeniu się wszystkich czterech stron – musieliśmy zebrać ich komunikaty, znowuż powielić w siedmiu egzemplarzach i rozesłać pod wspomniane adresy. Taki tygodniowy dyżur w strefie bezpieczeństwa każdego dnia trwał od 7.30 do 13.30. Od tej godziny była przerwa obiadowa, po której wracałem na służbę o 14.00 i pełniłem ją do 18.00.

Oficer analityczno-łącznikowy kpt. Pius Kacprzak wraz ze swym odpowiednikiem z Czechosłowacji Emilem Zaoralem. Archiwum kmdr. Piusa Kacprzaka

Wbrew pozorom to musiała być dość stresująca służba, zważywszy na ciągłe napięcie między oboma państwami koreańskimi, a do tego dochodziła ta specyficzna „etykieta”, by iskra nie sięgnęła beczki prochu…

Nam osobiście nic nie groziło, poza dość licznymi żmijami, które upodobały sobie tę okolicę. Jednak zgodzę się z pańskim stwierdzeniem, iż w powietrzu cały czas wyczuwalne było wojenne napięcie. Także od czasu do czasu Koreańczycy z Północy uprzedzali nas, byśmy nie wychodzili wieczorem, „bo Amerykanie będą zrzucać stonkę”… A w nocy owa „stonka” grzmiała niczym stado żubrów… Rano Koreańczycy, wskazując na zrytą gąsienicami czołgów ziemię, bez mrugnięcia oka robili z nas wariatów, twierdząc, iż to ślady przerzucania owej „stonki” w strefie wolnej. Myśmy to przyjmowali, bo tak naprawdę nic nie mogliśmy więcej zrobić. Ta „etykieta” – jak pan to określił – czasem powodowała absurdalne sytuacje. Dla przykładu wróćmy tutaj do owego stołu obrad przedzielonego sznurem na pół. Każda z połówek owego stołu oznaczona była proporcem: połówka Północy miała barwy północnokoreańskie; oenzetowska – amerykańskie. Któregoś dnia doszło z tymi proporcami do incydentu. Mianowicie sprzątacz czyszczący stronę oenzetowską stołu albo zmienił drążek proporca z flagą amerykańską, albo go przedłużył. Tak czy inaczej następnego dnia okazało się, iż proporzec amerykański jest wyższy od północnokoreańskiego… Jak zobaczyła to delegacja z Północy, to natychmiast też zmieniła drążek swego proporca, aby był wyższy od amerykańskiego. Wobec tego Amerykanie znowu podnieśli poprzeczkę swego proporca. By zapobiec „wojnie na proporce”, musiało się odbyć specjalne posiedzenie Wojskowej Komisji Rozejmowej, która ustaliła wysokość tychże proporców. Wydarzenie pozornie banalne, ale czasem taki pretekst wystarczał, by rozpocząć na nowo krwawą wojnę… Jak wspominałem, strony przed rozpoczęciem obrad nie pozdrawiały się w żaden sposób, ale to nie koniec. jeżeli w trakcie obrad Wojskowej Komisji Rozejmowej przewodniczącemu którejś ze stron zachciało się wyjść do toalety, to nie mógł prosić o przerwę w obradach. I w tej sferze także dochodziło do rywalizacji. W prasie amerykańskiej choćby ukazał się na ten temat artykuł pod znamiennym tytułem „Walka na pęcherze”… Dla przewodniczących obu stron byłoby ujmą poproszenie o przerwę choćby w tak „dramatycznej” sytuacji.

Czyli Stanisław Bareja także miałby tutaj sporo inspirujących tematów… A jak Pan wspomina współpracę z przedstawicielami Czechosłowacji, a także ze Szwedami i Szwajcarami?

Paradoksalnie Czesi byli najbardziej problemowi, bo trochę nam zazdrościli, iż jesteśmy faworyzowani przez Amerykanów. Mimo iż byliśmy po różnych stronach żelaznej kurtyny, ta nić polsko-amerykańskiej sympatii była wyczuwalna. Zresztą jeden z przedstawicieli Stanów Zjednoczonych, Philip Bars, był również w mundurze marynarskim… Poza tym w amerykańskiej misji służyło sporo Amerykanów polskiego pochodzenia. Abstrahując od tych wszystkich powyższych historii, należy podkreślić, iż ta najdłuższa misja wojskowa spełniła i przez cały czas spełnia swą funkcję – mimo napięć, na szczęście żadna ze stron po krwawej wojnie koreańskiej w latach pięćdziesiątych nie wznowiła działań zbrojnych. O tym należy pamiętać. I to jest najważniejsze!


Komandor Pius Kacprzak – ur. 5 maja 1934 w Żychlinie, oficer Polskiej Marynarki Wojennej. W latach 1965– 1966 jako oficer analityczno-łącznikowy służył w Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych w Korei. Następnie służył w IV zmianie (1975– 1976) Wydzielonej Grupy Polskiej Wojskowej Jednostki Specjalnej w Syrii, w ramach Sił Narodów Zjednoczonych do spraw Nadzoru Rozdzielenia Wojsk (UNDOF). Po powrocie z misji był m.in. wykładowcą międzynarodowego prawa konfliktów zbrojnych w Wyższej Szkole Marynarki Wojennej. Autor wielu artykułów i książek o udziale WP w misjach pokojowych ONZ. Jeden ze współzałożycieli gdyńskiego koła Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ.

Rozmawiał: Piotr Korczyński
Idź do oryginalnego materiału