Chyba każdy kojarzy sceny z filmów wojennych, na których bohater strzela i eliminuje tych złych jednego po drugim. Wyrzucają ręce w górę, coś krzykną, padają jak dłudzy i już więcej się nie ruszają. W tle coś wybucha i ciała niczym kukiełki lecą w powietrze. Na pierwszym planie jest jednak zwykle broń ręczna i strzelanie.
REKLAMA
Współcześnie to już mocno nieaktualne. Zwłaszcza w Ukrainie. Prawdopodobnie sytuacja nie różniłaby się znacząco w przypadku wojny NATO z Rosją. Strzelanie do wroga to ostateczność, a jeszcze go trafić, to już duża rzadkość. Relacje i statystyki z obu stron jasno wskazują, iż za zdecydowaną większość zabitych i rannych odpowiadają wybuchy oraz odłamki. Najczęściej zatrzymują one przeciwnika, zanim dojdzie do bezpośredniej konfrontacji.
Zobacz wideo
W ataku niemal wszyscy ranni od wybuchów
Obrazują to opublikowane niedawno oficjalne statystyki rosyjskiego wojska. W marcowym wydaniu specjalistycznego miesięcznika "Przegląd Wojskowo-Medyczny" opisano problem ran odnoszonych przez żołnierzy w trakcie walk w Ukrainie. Na próbie liczącej sześć tysięcy rannych stwierdzono, iż nieco ponad 75 procent odniosło je w wyniku ataków dronów. 20 procent w wyniku ostrzału artyleryjskiego. Pozostałe ponad cztery procent w wyniku postrzału. Przy czym istotne zastrzeżenie jest takie, iż dotyczyły to tylko biernego udziału w walkach, czyli nie w szturmach na ukraińskie pozycje, ale na przykład obrony swoich okopów albo po prostu w ramach walk pozycyjnych i wzajemnego ostrzeliwania się bez prób zajęcia pozycji przeciwnika. Ta statystyka pokazuje ogromne znaczenie bezzałogowców w realiach bardzo statycznego frontu w Ukrainie. Większość ran przez nie zadawanych jest klasyfikowanych jako lekkie i oznaczające możliwość leczenia w rejonie frontu, a potem powrotu do służby.
Nie opublikowano teraz analogicznych danych na temat działań aktywnych, czyli ataków na ukraińskie pozycje. Poprzedni raz "Przegląd Wojskowo-Medyczny" uczynił to jeszcze latem 2024 roku. Wówczas stwierdzono, iż w ataku około 94,4 procent rannych ma obrażenia od wybuchów i odłamków. Bez wyszczególnienia ich źródła, czyli na przykład dronów, artylerii i min. Czyli tylko 5,6 procent rannych w ataku otrzymuje postrzał lub odnosi jakieś inne, jeszcze rzadsze obrażenia. Pokrywa się to z anegdotycznymi frontowymi opowieściami Ukraińców i Rosjan. Według obu stron zostać postrzelonym to duża rzadkość. jeżeli już, to dzieje się to podczas walk na minimalnych dystansach w okopach albo w ruinach miast.
Obie strony przede wszystkim starają się zatrzymać przeciwnika na dystansie. Zanim zbliży się na tyle, iż strzelanie staje się skutecznym rozwiązaniem. Miny są istotnym elementem układanki. Brakuje jednak danych statystycznych na ten temat. Są jedynie anegdotyczne. Na przykład podczas jesiennych walk obronnych w obwodzie kurskim jeden z ukraińskich operatorów dronów twierdził, iż miny są kluczowe, zaraz obok artylerii i rakiet przeciwpancernych. Dużo opowieści na temat skuteczności min dostarczyła też nieudana ukraińska ofensywa na Zaporożu latem 2023 roku. Ukraińcy narzekali wówczas, iż Rosjanie wyjątkowo gęsto zaminowali przedpole swoich linii obronnych. Miny przeciwpancerne i przeciwpiechotne miały być wszędzie w ogromnych ilościach i znacząco utrudniać posuwanie się naprzód. Powodowały duże straty w sprzęcie i ludziach. Miała to być jedna z istotniejszych przyczyn niepowodzenia ofensywy.
Rozrzucanie min z powietrza
Co do zasady wojskowi nigdy nie mieli wątpliwości, iż miny, w tym te przeciwpiechotne, są skutecznym narzędziem. Przede wszystkim w obronie, czyli w działaniu, które my zakładamy jako najbardziej prawdopodobne w scenariuszu konfliktu Rosja-NATO. Nie tylko ze względu na skuteczność w niszczeniu pojazdów i zabijaniu żołnierzy. Ogromną wartością min jest to, iż kiedy już atakujący się na nie nadzieje, to musi się zatrzymać i użyć specjalistycznych narzędzi do ich unieszkodliwiania. Samo pole minowe nie jest barierą nie do przejścia, ale jako element systemu w połączeniu z umocnieniami, rozpoznaniem i na przykład artylerią tworzy duże wyzwanie dla atakującego.
Przy czym współczesne miny to niekoniecznie takie, jakie znamy z filmów wojennych. Zakopane i zostawione na nie wiadomo jak długo. Choć takie też jak najbardziej są używane. Powszechnym rozwiązaniem w bardziej zaawansowanych wojskach jest po pierwsze minowanie zdalne (narzutowe), czyli rozrzucanie min z powietrza dzięki różnych zasobników. Od takich zrzucanych z samolotów i śmigłowców po wystrzeliwane przez artylerię lub specjalistyczne pojazdy. Po drugie bardzo często są to miny z samolikwidatorem, niszczącym minę po jakimś okresie. Na przykład kilkudziesięciu godzin. Ich koncepcja zastosowania polega bowiem na tym, iż wiedząc o nadchodzącym ataku przeciwnika, rozsiewamy na jego trasie mnóstwo min, aby zadać mu straty, spowolnić i pomóc zatrzymać. Po spełnieniu tego zadania można je poddać samoczynnej utylizacji, aby nie stanowiły zagrożenia dla wojsk własnych albo cywili po wojnie.
Istnieje też cała gama bardziej skomplikowanych min przeciwpiechotnych zdalnie sterowanych. Rozwinęły się głównie w dekadach po zimnej wojnie, w odpowiedzi na traktat Ottawski, który takich nie zakazuje. Są one zdalnie kontrolowane przez operatora, który może włączyć pole minowe w reakcji na zbliżającego się przeciwnika i wyłączyć, kiedy zagrożenie minie. Stworzono je też w Polsce w postaci systemu min Jarzębina (przeciwpiechotne oznaczono literą "s", przeciwpancerne - "k"), których MON jednak nigdy nie zamówił w istotnych ilościach. Główny problem z nimi taki, iż są znacząco droższe od "głupich" alternatyw i trudniejsze w użyciu. Były jednak rozwijane, ponieważ nie widziano alternatyw wobec traktatu, a miny pozostały wartościowym narzędziem z punktu widzenia wojska.
Kwestia do wyważenia
Działo się tak jednak tylko w specyficznych realiach pozimnowojennego odprężenia, kiedy duże konflikty zbrojne wydawały się czymś bardzo odległym. Wówczas kwestie humanitarne górowały nad tymi militarnymi. Nie ulega bowiem wątpliwości, iż miny, zwłaszcza te przeciwpiechotne, są bardzo groźne nie tylko dla wrogich żołnierzy. Największy problem z nimi taki, iż jeżeli nie mają samolikwidatora albo ten zawiedzie (co w najlepszym wypadku dotyczy kilku procent użytych), to pozostają zagrożeniem na lata, a choćby dekady. Uruchomić je może potem choćby dziecko albo niewielkie zwierzę. Dodatkowo większość jest na tyle mała, iż nie zabija, ale poważnie rani. Na wojnie to "zaleta", bo zmusza wroga do zaopiekowania się rannym. W czasach pokoju to tragedia okaleczonych cywilów. Teoretycznie można to zagrożenie istotnie ograniczyć poprzez dokładne notowanie, gdzie położono pola minowe, i po wojnie je oznaczać oraz eliminować. W praktyce wojennego chaosu bardzo często nikt o to nie dba dostatecznie albo w ogóle się tym nie przejmuje. Efekt jest taki, iż rokrocznie na świecie choćby kilka tysięcy cywilów zostaje poszkodowanych w wyniku eksplozji min i innych wojennych pozostałości.
jeżeli polskie wojsko zacznie minować wschodnią granicę, to taki problem będzie też dotyczyć polskich obywateli za kilka, a choćby kilkadziesiąt lat. Trudno jednak odmówić zasadności argumentów zwolenników odrzucenia traktatu ottawskiego i powrotu do min przeciwpiechotnych. Rosja nigdy do niego nie przystąpiła i nie pozbyła się swojego zapasu. Chcemy czy nie, na wypadek wojny obronnej na wschodzie Polski taka broń trafiłaby tam do ziemi. Co więcej, stoimy przed ryzykiem wojny obronnej ze znacznie silniejszym przeciwnikiem, a miny są narzędziem bardzo dobrze skrojonym pod taką sytuację.
Z drugiej strony ani rządy Polski i państw bałtyckich, które zapowiedziały wycofanie się z traktatu w marcu, ani Finlandii, która zrobiła to 1 kwietnia, nie ogłosiły żadnego gwałtownego programu rozwoju i zakupu min przeciwpiechotnych. Biorąc pod uwagę to, jak nikłą wagę do min systemu Jarzębina MON przywiązywał od ponad dekady, to przeciwnicy tego rodzaju systemów uzbrojenia mogą na razie spać spokojnie. Priorytetem pozostaną raczej miny przeciwpancerne, które nie stanowią już takiego zagrożenia dla cywili (do detonacji potrzeba znacznie większego nacisku, niż jest w stanie wygenerować człowiek) i nie były nigdy zakazane. Odgrywają natomiast ogromną rolę w Ukrainie w zatrzymywaniu ataków zmechanizowanych obu stron. Znacznie większą niż te przeciwpiechotne, które są mniej widoczne na relacjach z wojny. Standardowa praktyka jest taka, iż po zniszczeniu lub uszkodzeniu pojazdów atakującego przez kombinację min, rakiet, artylerii i dronów pozbawiona osłony i transportu piechota jest eliminowana dronami i artylerią. Miny przeciwpiechotne nie są więc absolutnie konieczne do obrony, ale jak najbardziej przydatne.