Najpierw pod miasto, potem do dużego miasta, by skończyć na przedmieściach

kartografiaekstremalna.substack.com 1 dzień temu

Na X mignął mi ciekawy raport profesora Piotra Szukalskiego z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Demograf zdecydował się zbadać migracje wewnątrz kraju dzięki prostej miary — porównał po prostu liczbę osób z roczników 1990-1994 w danym powiecie w 2004 roku z liczbą osób w z tych samych roczników w powiecie dwadzieścia lat później.

Jak wiadomo, w Polsce statystyka migracji wewnętrznych i zagranicznych jest ułomna, gdyż wiele osób nie dopełnia obowiązku migracyjnego. Jednak w tym przypadku możemy przyjąć, iż jednak dane te dość dobrze obrazują poziom migracji — z jednej strony bowiem naturalny cykl życia (kupno mieszkania, wysłanie dzieci do przedszkola itd.) mniej lub bardziej wymusza zameldowanie się w faktycznym miejscu zamieszkania, a z drugiej przez te 20 lat GUS przeprowadził dwa spisy powszechne, które przynajmniej do pewnego stopnia wychwyciły faktyczne migracje.

Profesor Szukalski rozważał tylko roczniki 1990-94 — my pójdźmy o krok dalej i spójrzmy na nieco młodsze i nieco starsze, żeby zobaczyć, jak wygląda cykl życia młodego Polaka w XXI wieku.

Zacznijmy więc od tych, którzy dopiero co wchodzą w dorosłość, czyli roczniki 2000-2004. W 2004 roku byli malutkimi dziećmi i dwadzieścia lat później większość z nich dalej mieszka (lub przynajmniej jest zameldowana) z rodzicami. Sporo z nich wprawdzie zmieniło miejsce zamieszkania, ale głównie w relacji miasto—>jego przedmieścia, a więc raczej została do tego zmuszona przez rodziców niż samodzielnie podjęła taką decyzję. Jest jednak pięć miast, gdzie wzrosła liczba mieszkańców z tych roczników — bez zaskoczenia, to największe ośrodki akademickie kraju (Warszawa, Kraków, Wrocław i Gdańsk) lub regionu (Rzeszów).

Sytuacja diametralnie zmienia się w kolejnej grupie wiekowej. Ci urodzeni w latach 1995-1999, czyli w tej chwili już kilka lat po studiach, zaczynają meldować się w dużych miastach. Na plus wychodzą tu wszystkie miasta województwie poza Kielcami i Gorzowem Wielkopolskim, a szczególnie mocno przyciągają oczywiście miasta wielkiej piątki. Rekordzistą jest Wrocław, który dzięki napływowi młodych ludzi z całego Śląska i południowej Wielkopolski jest w stanie podwoić liczbę młodych mieszkańców. W tej grupie wiekowej zaczynamy też już zauważać pierwsze powiaty, które dotyka dramatyczna depopulacja — to przede wszystkim obszary najbardziej peryferyjne, przy granicach z Rosją, Ukrainą i Białorusią.

Ale prawdziwe kontrasty widzimy dopiero w kolejnej grupie wiekowej — tej badanej przez prof. Szukalskiego. 30-34 lata to w Polsce typowy wiek kupna mieszkania czy budowy domu, a także (co pewnie mocno powiązane) wiek urodzenia pierwszego czy drugiego dziecka. To też czas pierwszych większych awansów w pracy.

Wszystko to oczywiście sprzyja zakotwiczeniu się w jakimś miejscu i tym miejscem są przede wszystkim aglomeracje wielkiej piątki. W Warszawie, Krakowie i Wrocławiu liczba młodych ludzi wręcz więcej niż się podwoiła. Poza nimi oraz stolicami województw są dosłownie pojedyncze wyspy względnej stabilizacji demograficznej: Bielsko-Biała, Leszno i Koszalin. Wszędzie indziej widzimy odpływ młodych ludzi, który w niektórych powiatach przybiera postać wręcz exodusu. W podlaskim poza aglomeracją Białegostoku i Suwałkami w każdym powiecie obywa 25% lub więcej dorastających tam ludzi. kilka lepiej jest w warmińsko-mazurskim czy lubelskim. W każdym województwie poza małopolskim jest co najmniej jeden powiat, z którego zniknęła co najmniej 1/4 młodych.

Co ciekawe, w nieco starszej grupie wiekowej — tych, którzy urodzili się pod koniec lat 80. — migracje do dużych miast były mniej silne. Owszem, powiaty Polski Wschodniej wyludniały się niemal równie mocno co teraz, ale już na zachodzie kraju odpływ nie był aż tak dotkliwy. Pokolenie końcówki wyżu demograficznego częściej widziało dla siebie szansę w rodzinnych stronach — ich nieco młodsi koledzy i koleżanki już nie.

Te migracje widać jednak nie tylko w skali kraju. Możemy też je do pewnego stopnia prześledzić w ramach samych miast. Główny Urząd Statystyczny udostępnia bowiem dane o liczbie mieszkańców ze spisu powszechnego w rejonach statystycznych. Rejon statystyczny to, według definicji, jednostka mająca nie więcej niż 2700 mieszkańców (średnio ok. 1100) i nie więcej niż 999 mieszkań. Jest więc to dość mały obszar, który pozwala nam zobaczyć zmiany w ramach dzielnic miast.

Niestety, dane ze spisu podawane są tylko w 10-letnich grupach wieku (a więc np. 20-29 lat, 30-39 lat itd.), a nie w pięcioletnich jak mapy powyżej. Mimo wszystko, możemy na mapach zobaczyć zmieniające się z wiekiem preferencje Polaków co do miejsca zamieszkania.

Zacznijmy od dwudziestolatków. Jak wiemy, koncentrują się oni w największych miastach — szczególnie tych z wielkiej piątki, ale nie tylko. Na mapach poniżej możemy zauważyć, iż młodzi Polacy nie tylko wybierają miasta, ale dodatkowo wybierają centralne dzielnice tych miast. Widać to szczególnie dobrze w aglomeracji śląskiej i Łodzi, gdzie ceny mieszkań są bardziej przystępne, więc młodzi ludzie nie są spychani do dzielnic peryferyjnych wbrew swoim preferencjom.

W grupie wiekowej trzydziestolatków sytuacja jest już jednak wręcz odwrotna — ludzie zakładający rodziny i szukający większych mieszkań czy domów są zmuszeni osiedlać się dalej od centrum, gdzie ceny za metr są niższe. Warto jednak zauważyć, iż te rozlewanie się populacji nie zachodzi w takim samym nasileniu w różnych miastach. Mocno rozlewają się Wrocław i Poznań (uwaga: w przypadku przedmieść Poznania nie można bezpośrednio porównać niektórych rejonów, bo zostały podzielone w okresie międzyspisowym — zaznaczam je kreskami, ale warto uzmysłowić sobie, iż jeżeli rejon musiał być podzielony, to znaczy, iż jego populacja wzrosła), nieco słabiej Warszawa, Trójmiasto i Łódź, a najsłabiej Kraków.

Wreszcie, wśród czterdziestolatków parcie na przedmieścia nie słabnie — a co więcej, o ile trzydziestolatkowie zwykle przeprowadzają się tuż za miasto, to ich nieco starsi koledzy i koleżanki budują lub kupują domy na coraz dalszych przedmieściach.

Niestety, o ile dla przeciętnej rodziny dom z ogrodem faktycznie może często być lepszą opcją od mieszkania w mieście (szczególnie, iż w Polsce mieszkania to klitki, a pod miastem za tę samą cenę można mieć 2x większą powierzchnię), to dla społeczeństwa, jednostek samorządu terytorialnego i państwa (ale także dla dzieci takich par, które kiedyś wejdą w wiek nastoletni), bilans suburbanizacji jest jednoznacznie negatywny. Szczególnie w kraju takim jak Polska, gdzie z jednej strony rozwój przedmieść jest kompletnie chaotyczny, a z drugiej mierzymy się z wielkim wymieraniem, prędzej czy później skończy się to bankructwem gmin, obniżeniem poziomu życia i niszczejącymi, pustymi domami i mieszkaniami.

Ten wpis powstał dzięki Patronom i subskrybentom Kartografii Ekstremalnej. Zostając jednym z nich, otrzymasz dostęp do wartościowych artykułów ukrytych za paywallem.

Tylko w ostatnich tygodniach pisaliśmy m. in. o tym, jak polskie mieszkania odstają powierzchnią od tych na Zachodzie, skąd i dokąd przeprowadzali się Polacy w 2024 oraz o małych gminach, które istnieją tylko po to, żeby dawać pracę lokalnym urzędnikom. Z kolei w tej chwili pracujemy m. in. nad materiałem opisującym, co konkretnie dla przeciętnego człowieka oznacza wyludnianie się Polski w najbliższych dekadach oraz o tym, czy kluczem do większej liczby dzieci jest budowa domów jednorodzinnych.

Jeśli chcesz zostać subskrybentem KE, z okazji Black Friday do 1 grudnia możesz kupić roczną prenumeratę z 50-procentową bonifikatą korzystając z linku poniżej: https://www.kartografia-ekstremalna.pl/BF2025

PS. jeżeli wolisz zapłacić BLIKiem lub przelewem, rozważ zostanie naszym patronem na Patronite.

Idź do oryginalnego materiału