(Nie)potrzebni

bezkamuflazu.pl 2 godzin temu

„Nigdy ich nie potrzebowaliśmy” – powiedział Donald Trump o sojusznikach w Afganistanie. To zdanie nie jest kontrowersyjne, ono jest fałszywe. I obraźliwe. Byłem w Afganistanie, wielokrotnie. Pamiętam wszystkie nazwiska tych, którzy wrócili do Polski w trumnach owiniętych biało-czerwoną flagą. I już choćby dlatego nie mogę przejść obok słów pomarańczowego pajaca obojętnie.

Afganistan był wojną Ameryki. Zaczęła się ona po 11 września 2001 roku, w odpowiedzi na atak wymierzony w Stany Zjednoczone. To na wniosek USA, po raz pierwszy w historii, NATO uruchomiło artykuł 5. To po pierwsze.

Po drugie, skala ma znaczenie. Stany Zjednoczone nie wzięły na siebie największego ciężaru dlatego, iż inni nie chcieli walczyć, ale dlatego, iż mogły go wziąć. Dysponowały największą armią w NATO, największym budżetem obronnym, największą logistyką i zdolnościami, których sojusznicy po prostu nie posiadali.

Przez Afganistan przewinęło się około 775 tysięcy amerykańskich żołnierzy. Zginęło 2461, ponad 20 tysięcy zostało rannych. To liczby, które robią wrażenie i które trzeba powtarzać, bo bez nich każda rozmowa o „obciążeniach” jest jałowa. Amerykanie walczyli najdłużej, najintensywniej i w najtrudniejszych rejonach. Prowadzili operacje ofensywne na skalę, o jakiej mniejsze armie mogły tylko czytać w raportach.

Ale z tych liczb nie wynika wniosek, iż reszta była zbędna.

Operacja ISAF nie była fasadowym dodatkiem do amerykańskiej kampanii. W szczytowym momencie uczestniczyło w niej ponad 130 tysięcy żołnierzy z 51 państw. Nie jako statyści, ale jako kontyngenty odpowiedzialne za konkretne prowincje, konkretne bazy i konkretne odcinki odpowiedzialności. Każdy z nich działał w ramach własnych ograniczeń politycznych, prawnych i militarnych – co samo w sobie było koszmarem dla planistów – ale nikt nie był tam „turystycznie”.

To prawda, iż nie wszystkie prowincje były takie same. To prawda, iż nie wszędzie intensywność walk była porównywalna z Helmandem czy Kandaharem, gdzie prym wiedli Amerykanie Ale sojusznicy nie jechali do Afganistanu po to, by zastąpić USA w prowadzeniu wojny. Pojechali tam, by udźwignąć jej wspólny ciężar na tyle, na ile byli w stanie – wiedząc, iż zapłacą za to cenę polityczną w kraju i realną cenę na miejscu. Dla mniejszych państw wysłanie kilkuset czy kilku tysięcy żołnierzy było wysiłkiem proporcjonalnie znacznie większym niż dla globalnego mocarstwa.

Dlatego porównywanie liczb wprost – „oni tylu, my tylu” – jest intelektualnie nieuczciwe. Afganistan nie był konkursem na straty ani rankingiem zaangażowania. Był testem, czy NATO potrafi działać jako realny sojusz militarny, a nie zbiór państw chowających się za amerykańską flagą. I Sojusz ten test zdał.

—–

Jeśli ktoś chce znaleźć istotę kłamstwa zawartego w słowach „pozostawali z dala od linii frontu” (kolejny cytat z Trumpa), powinien pojechać palcem po mapie Afganistanu i zatrzymać się na jednej nazwie: Helmand Province.

To była jedna z najtrudniejszych prowincji. Rolnicze zaplecze talibów, centrum produkcji opium, teren płaski jak stół, pozbawiony naturalnych osłon, idealny dla improwizowanych ładunków wybuchowych i zasadzek. Miejsce, w którym linia frontu nie była linią, ale stanem wszechogarniającym i permanentnym.

W Helmandzie walczyli Amerykanie. I nikt tego nie kwestionuje. Ale walczyli tam również Brytyjczycy – i zapłacili za to krwawą cenę. Setki zabitych, tysiące rannych, operacje prowadzone w koszmarnych warunkach, o których w Londynie długo nie chciano mówić głośno.

A obok nich byli Duńczycy.

Państwo liczące niespełna sześć milionów mieszkańców wysłało do Helmandu kontyngent, który proporcjonalnie do swoich możliwości poniósł jedne z najwyższych strat w całej koalicji. Czterdziestu czterech poległych, kolejne setki rannych. Liczba, która w amerykańskiej statystyce może zniknąć w tabeli, ale dla Danii była narodowym wstrząsem. To nie była armia „od delegowania stabilizacji”. To byli żołnierze, którzy regularnie wychodzili w patrole i wchodzili w kontakt bojowy z przeciwnikiem.

Duńczycy nie mieli w Afganistanie żadnego interesu narodowego. Nie bronili Kopenhagi, nie zabezpieczali własnych granic, nie odpowiadali na bezpośrednie zagrożenie. Byli tam, bo tak działa sojusz. I właśnie dlatego dzisiejsze lekceważenie ich wysiłku jest tak głęboko niesprawiedliwe.

—–

Polski Afganistan nie był Helmandem. To zdanie warto postawić na początku – właśnie po to, żeby nikt nie mógł zarzucić zamiatania różnic pod dywan. Polscy żołnierze nie operowali w najkrwawszych prowincjach, nie prowadzili działań o intensywności porównywalnej z tym, czego doświadczali Amerykanie, Brytyjczycy czy Duńczycy na południu kraju. I nikt rozsądny nigdy tego nie twierdził.

Ale z faktu, iż to nie był Helmand, nie wynika, iż była to misja bezpieczna, symboliczna czy „z tyłów”.

Polska odpowiadała przede wszystkim za prowincję Ghazni – region niestabilny, z aktywną obecnością talibów, leżący na ważnych szlakach komunikacyjnych, regularnie doświadczający ataków rakietowych, ostrzału baz i eksplozji improwizowanych ładunków wybuchowych. To nie był obszar „rekonstrukcyjnej sielanki”, ale przestrzeń, w której wojna miała swój codzienny, monotonnie brutalny rytm.

Przez Afganistan przewinęło się około 33 tysięcy polskich żołnierzy, zginęło 44, ponad 200 zostało rannych, a kolejnych kilkuset kontuzjowanych.

Polacy – tak jak Duńczycy – nie jechali do Afganistanu dlatego, iż Taliban zagrażał naszym miastom. Jechali, bo Polska – świeżo po wejściu do Sojuszu – traktowała zobowiązania sojusznicze poważnie. Bo wiedziała, iż wiarygodności nie buduje się deklaracjami, ale obecnością tam, gdzie ryzyko jest realne.

Polacy, Duńczycy, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi, Włosi i inni pojechali do Afganistanu nie dlatego, iż wierzyli w jego transformację w liberalną demokrację. Pojechali, bo rozumieli, iż jeżeli dziś odmówią, jutro ktoś odmówi im. To jest niewygodna prawda o sojuszach: solidarność kosztuje, czasem ceną są życia wielu osób.

—–

Słowa Donalda Trumpa nie są tylko publicystycznym skandalem ani kolejną prowokacją polityka, który od lat testuje granice odpowiedzialności. One są czymś znacznie groźniejszym: aktem amnezji, który – jeżeli stanie się normą – podkopuje fundamenty sojuszy szybciej niż jakikolwiek przeciwnik z zewnątrz.

Bo sojusz to nie tylko zdolności wojskowe, bazy i interoperacyjność. Sojusz to także wspólna pamięć. Pamięć o tym, kto był, gdy było trudno. Kto wysłał swoich ludzi, choć nie musiał. Kto zapłacił cenę za cudzą wojnę, wierząc, iż w razie potrzeby ta solidarność zadziała w drugą stronę.

—–

Amerykanie poradziliby sobie w Afganistanie sami – militarnie. Dysponowali siłą, logistyką i determinacją wystarczającą, by prowadzić tę wojnę bez wsparcia sojuszników. Ale Afganistan nie był tylko kampanią wojskową. Był także przedsięwzięciem politycznym, wymagającym międzynarodowej legitymizacji, bez której gwałtownie stałby się w oczach świata kolejną imperialną wyprawą Stanów Zjednoczonych, samotną interwencją supermocarstwa narzucającego swoją wolę słabszemu państwu. Obecność sojuszników nadawała tej wojnie charakter wspólnej odpowiedzi Zachodu. Waszyngton doskonale to rozumiał i błagał sojuszników o wsparcie, choćby symboliczne. Także w tym kontekście owo „niepotrzebni” jest obrzydliwym kłamstwem.

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Sojuszniczy patch z afgańsko-misyjnych czasów, kiedy wszystko wydawało się znacznie prostsze/fot. własne

Idź do oryginalnego materiału