„Nie zrzucimy bomby atomowej na Moskwę z powodu Polski” – były szef sztabu Colina Powella ostrzega Warszawę

goniec.net 6 godzin temu

W momencie, gdy Polska intensywnie zabiega o stałą bazę wojskową Stanów Zjednoczonych, w debacie publicznej pojawiły się słowa, które wielu uzna za niewygodne. Michał Krupa przytoczył na X wypowiedź pułkownika Lawrence’a Wilkersona – emerytowanego oficera US Army i byłego szefa sztabu sekretarza stanu Colina Powella.

„Warszawa też musi być zdesperowana. Kolejna głupia powtórka z 1939 roku. Niech Bóg im pomoże, jeżeli sprowokują Rosjan. Nie zrzucimy bomby atomowej na Moskwę z powodu Polski ani nikogo innego w Europie Wschodniej.”

To nie jest opinia przypadkowego komentatora. Wilkerson przez dekady był blisko amerykańskiego centrum decyzyjnego. Służył 31 lat w armii, walczył w Wietnamie, pracował u boku Powella zarówno w Pentagonie, jak i w Departamencie Stanu. Po odejściu ze służby stał się jednym z najostrzejszych krytyków neokonserwatywnej polityki zagranicznej USA, w tym wojny w Iraku, której przygotowanie sam później określał jako błąd.

Kontekst: Polska chce stałej bazy, Waszyngton jeszcze się waha

Wypowiedź Wilkersona pada w bardzo konkretnym momencie. Polska od miesięcy prowadzi intensywne rozmowy o przekształceniu rotacyjnej obecności amerykańskiej w stałą bazę. Donald Trump mówił o „znaczących postępach” i „historycznym kroku”. Polscy ministrowie sugerują choćby docelową obecność rzędu 15 tysięcy żołnierzy – część na stałe, reszta rotacyjnie. Rozważane lokalizacje to przede wszystkim zachód kraju: okolice Poznania i Wrocławia.

Jednocześnie minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski przypomina, iż decyzja należy wyłącznie do Amerykanów, a trwający w Pentagonie przegląd obecności wojskowej w Europie zmierza raczej do jej redukcji niż zwiększenia.

Dla części polskiej klasy politycznej i opinii publicznej stała baza USA to gwarancja bezpieczeństwa – „amerykański parasol”, który ma odstraszać Rosję. Dla Wilkersona to coś zupełnie innego: akt desperacji i powtórka mechanizmu, który już raz zakończył się katastrofą.

Analogia do 1939 roku

Porównanie z wrześniem 1939 nie jest przypadkowe. Polska miała wtedy gwarancje Wielkiej Brytanii i Francji. Po ataku Niemiec alianci wypowiedzieli wojnę III Rzeszy, ale nie ruszyli z realną pomocą. Kilka tygodni później Związek Sowiecki uderzył ze wschodu. Polska została rozbita, a zachodnie mocarstwa – choć formalnie w stanie wojny – nie były gotowe poświęcić się dla sojusznika na wschodzie.

Wilkerson sugeruje, iż dziś mechanizm jest podobny, tylko stawka wyższa. Stany Zjednoczone mogą deklarować sojusz, prowadzić ćwiczenia, sprzedawać broń i choćby stacjonować żołnierzy. Nie oznacza to jednak, iż amerykański prezydent zaryzykuje wojnę nuklearną z Rosją o Polskę. W logice realistycznej polityki wielkich mocarstw Europa Wschodnia nie jest interesem egzystencjalnym USA.

To stanowisko wpisuje się w szerszy nurt amerykańskiego realizmu, który od lat powtarza: NATO rozszerzone na wschód zwiększyło napięcie z Rosją, a sojusznicy na flance wschodniej nie powinni zakładać, iż Waszyngton automatycznie wejdzie w pełnoskalowy konflikt z mocarstwem jądrowym.

Dwie lekcje z tej wypowiedzi

Pierwsza dotyczy amerykańskich gwarancji. Historia XX wieku pokazuje, iż sojusze na papierze i obecność wojskowa to nie to samo co gotowość do poświęcenia własnych miast. Wilkerson mówi to wprost: amerykańska bomba atomowa nie poleci na Moskwę „z powodu Polski”.

Druga lekcja dotyczy polskiej strategii. Część komentatorów pod wpisem Krupy zwracała uwagę, iż w razie poważnego konfliktu amerykańskie jednostki mogą zostać ewakuowane, a Polska zostanie z konsekwencjami eskalacji. Inni argumentują przeciwnie: właśnie obecność amerykańskich żołnierzy ma sprawić, iż atak na Polskę będzie równoznaczny z atakiem na USA i tym samym odstraszać.

Obie strony mają swoje racje. Stała baza zwiększa koszty ewentualnej rosyjskiej agresji i wzmacnia odstraszanie. Jednocześnie czyni Polskę bardziej widocznym celem i pogłębia zależność od sojusznika, którego priorytety mogą się zmienić – zwłaszcza przy administracji nastawionej na redukcję zaangażowania w Europie.

Wilkerson nie jest prorosyjskim propagandystą. Jest amerykańskim oficerem, który przez lata widział, jak Waszyngton podejmuje decyzje. Jego słowa nie muszą być traktowane jako wyrocznia. Warto jednak potraktować je jako przypomnienie, iż w polityce międzynarodowej sentymenty i deklaracje sojusznicze mają swoje granice. Granicą tą jest zwykle interes własnego państwa – w tym przypadku Stanów Zjednoczonych.

Idź do oryginalnego materiału