Rok 2025 żegna nas zmęczony, trochę obolały, ale wciąż na nogach – jak stary górnik, co po szychcie jeszcze zapali szluga i powie: „da się przeżyć”. Wojna za miedzą trwa w najlepsze, Kijów znów liczy drony zamiast prezentów pod choinką, a my tu w Polsce mamy prezydenta, który zamiast Chanuki w Pałacu wolałby chyba odpalić grill na placu Piłsudskiego i nazwać to „tradycją”. Klasyka gatunku.
A jednak, mimo wszystko, serce bije mocniej, kiedy patrzę na zdjęcia z Kijowa albo Lwowa. Tam ludzie nie udają, iż jest pięknie. Tam po prostu są – w piwnicach, w okopach, przy generatorach, z psem i termosem herbaty. I wciąż wierzą, iż świat nie jest aż tak zepsuty, żeby ich zostawić. No to my też nie zostawimy. Całym sercem, bez „ale”, bez „z drugiej strony”, bez tych wszystkich mądrych min polityków, co najpierw liczą głosy, a potem dopiero sumienie.
W polityce u nas z kolei festiwal absurdu level expert. Prezydent Nawrocki pewnie już szykuje przemówienie noworoczne, w którym powie, iż Polska jest silna, suwerenna i… iż najlepiej, żeby nikt mu nie przeszkadzał w oglądaniu serialu o husarii, która wciąż powinna bić Niemców. Braun pewnie zaraz dorzuci, iż prawdziwy Polak nie pije szampana tylko bimber z kartoflanych obierków, bo tak robił Piłsudski. A Kaczyński? Cóż… pewnie dalej będzie przekonany, iż to wszystko przez Tuska, gender i cyklistów. No i przez Wałęsę – choć to nazwisko może mu przez usta nie przejść.
Tymczasem Tusk i Sikorski próbują nie udawać, iż wojna to reality show, które da się wyłączyć pilotem. Sikorski rzuca kąśliwe teksty na X, Tusk czasem wygląda, jakby miał dość wszystkiego, ale jednak wstaje i robi – i to jak robi!. A Żurek? Waldemar Żurek to taki nasz polski kapitan Ameryka w todze – spokojny, uparty, z tym swoim uśmiechem „ja i tak wiem swoje”. Jak on jeszcze raz powie w telewizji „państwo prawa”, to chyba wszyscy zaczniemy klaskać jak na weselu.
Trump? No cóż… wrócił, tweetuje wielkimi literami, obiecuje złoty wiek, a świat patrzy i się zastanawia, czy to będzie złoto, czy pozłotka z AliExpress. Na razie Europa zaciska pasa, Ukraina zaciska zęby, a my w Polsce patrzymy na to wszystko i myślimy: „kurde, oby nie poszło tak, jak boimy się, iż pójdzie”.
Więc może w tę jedną noc – tę między starym a nowym rokiem – nie palmy fajerwerków ( bo ceny jak za diamenty, a efekt marny). Zamiast tego zapalmy po prostu światło w oknie. Takie zwykłe, żeby było widać z ulicy. Dla tych, co wracają z pracy o 23:00. Dla tych, co w Donbasie sprawdzają, czy dron już przyleciał. Dla tych, co w Warszawie, Krakowie czy Przemyślu wciąż wierzą, iż da się być po prostu porządnym człowiekiem, choćby jak politycy grają w swoje klocki.
Niech ten 2026 będzie taki… no, nie za ckliwy, ale z odrobiną nadziei. Żebyśmy się nie musieli wstydzić, iż kibicowaliśmy komuś, kto chciał sprzedać Ukrainę za promocję na ropie. Żebyśmy mogli kiedyś powiedzieć dzieciom: „wiesz, były czasy, iż naprawdę się baliśmy – ale nie spieprzyliśmy tego do końca”.
A jak już będziecie walić w stół o północy łyżką od zupy grzybowej – to walcie mocno. Żeby usłyszeli w Kijowie.
Do siego roku. I trzymajcie kciuki za Żurka, Tuska, Sikorskiego i – przede wszystkim – za naszych wschodnich sąsiadów.
Bo oni nie mają luksusu wyboru, czy kibicować, czy nie.
Grafika UA. News









![Ostrołęka powitała Nowy Rok 2026 [WIDEO, ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/dsc02002.jpg)


