Tajne ukraińskie audyty, które trafiły do „New York Timesa”, pokazują, jak w czasie wojny pieniądze na amunicję i broń rozchodzą się przez zawyżone ceny, pośredników i kontrakty z firmami, które już wcześniej zawiodły. W 2024 r. straty z tytułu kradzieży, marnotrawstwa i złego nadzoru oszacowano na około 1,2 mld dolarów.
Śledztwo NYT, opublikowane 6 września 2026 r. przez Andrew E. Kramera, Biancę Pallaro i Evelinę Riabenko, opiera się na poufnych przeglądach Państwowej Służby Audytu oraz wewnętrznego audytu Ministerstwa Obrony z lat 2024–2025. Dokumenty liczą ponad 700 stron tabel i suchych stwierdzeń. Agencja Zamówień Obronnych odmówiła komentarza. Jej dyrektor Arsen Żumadiłow złożył dymisję pod koniec sierpnia i odszedł ze stanowiska na początku września.
Ukraina regularnie przepłacała za broń, kupowała przez pośredników zamiast bezpośrednio od producentów i przedłużała współpracę z dostawcami, którzy już nie wywiązali się z umów albo byli objęci postępowaniami karnymi.
Siedem z dziesięciu największych kontrahentów Ministerstwa Obrony dostało nowe zamówienia mimo otwartych śledztw o oszustwa, niewywiązania się z wcześniejszych dostaw albo aresztowań prezesów. Audytorzy wskazali 18 firm, które podpisywały nowe umowy mimo historii niewykonania kontraktów. Sześć z nich nie zrealizowało wcześniej ani jednej umowy, a mimo to dostawały kolejne.
Jeden z przykładów: spółka nie dostarczyła żadnego z 600 zamówionych specjalistycznych dronów, po czym wygrała kontrakt na kolejne 1950 sztuk. W terminie trafiło ich tylko 50.
Około 126 mln dolarów stracono, pomijając tańsze oferty i kupując drożej, często bez prawnego uzasadnienia. W jednej zerwanej transakcji wciąż toczy się spór o co najmniej 100 mln dolarów zaliczek.
Najbardziej wyrazisty przypadek to Państwowy Zakład Chemiczny w Pawłohradzie i jego wieloletni dyrektor Łeonid Szyman. Fabryka dostarczyła armii ok. 233 tys. bezużytecznych pocisków moździerzowych — z wadliwymi zapalnikami albo ładunkiem miotającym. Na froncie pociski wypadały z lufy albo spadały bez wybuchu.
Szyman był już wtedy objęty wieloma śledztwami o defraudację i oszustwa. Mimo to, gdy wychodził za kaucją w sprawie korupcyjnej, jego zakład dostał kontrakt na moździerze wart ok. 280 mln dolarów. Później sąd skazał go na pięć lat w osobnej sprawie o sprzedaż materiałów wybuchowych po zawyżonych cenach. Audytorzy zauważyli, iż zakład początkowo sam przyznawał, iż nie ma mocy produkcyjnych na zamówienie — potem zmienił ocenę, a nikt tego rzetelnie nie zweryfikował. Mimo wadliwej amunicji Agencja Zamówień Obronnych przez cały czas przyznawała mu nowe kontrakty, w tym na znaczną część pocisków artyleryjskich kalibru 122 mm na 2025 r.
Raport Państwowej Służby Audytu z 2024 r. ostro krytykował handel przez pośredników, którzy zwykle doliczają co najmniej 3 proc. marży. Zdecydowana większość zakupów szła tą drogą. Mimo krytyki audyt z początku 2025 r. znów znalazł lukratywne kontrakty z traderami, choćby gdy broń dało się kupić taniej u producenta.
Sztandarowy przykład: zakup rakiet wart setki milionów dolarów. Agencja pominęła tańsze oferty — w tym bezpośrednią od producenta i najniższą od tureckiego Arca Defense — i wybrała najdroższą, od spółki-córki czeskiego Czechoslovak Group działającej jako pośrednik. Audytorzy nie znaleźli uzasadnienia. NYT szacuje, iż Ukraina mogła przez to zapłacić ok. 130 mln dolarów więcej. Czechoslovak Group nie jest w audycie oskarżany o przestępstwo.
Były doradca Agencji Zamówień Obronnych Tamerłan Wahabow ujął to krótko: armia nie dostaje tego, czego potrzebuje, budżet kurczy się przez niedostawy i przepłacanie, a potem nie ma pieniędzy na kolejne zamówienia. To powtarzający się wzorzec.
Korupcja w ukraińskich zamówieniach obronnych nie jest nowością. Wcześniej głośne były sprawy w rodzaju Lviv Arsenal (ok. 40 mln dolarów przy pociskach moździerzowych) oraz fale dymisji ministrów i szefów agencji. Myehajło Fedorow, były minister obrony, próbował reform — przetargów, weryfikacji, choćby wariografów dla urzędników i kontrahentów — i mówił wprost, iż korupcji jest dużo. Został odwołany. Prezydent Wołodymyr Zełenski od lat obiecuje porządek, ale system zakupów pozostaje słabym punktem także w jego otoczeniu.
Sprawa wraca w momencie, gdy Kijów znów prosi partnerów o miliardy na obronę. Dla sojuszników to argument za twardszą kontrolą wydatków. Dla Ukrainy — test, czy kolejne dymisje i fuzje agencji zakupowych skończą się zmianą praktyki, czy tylko kolejną rundą recyklingu tych samych firm.












