O wojnie nie da się zapomnieć. Tułacze losy mieszkanki Straconki

beskidzka24.pl 1 godzina temu

Jako trzyletnia dziewczynka została zesłana w głąb ZSRR, potem wojenna tułaczka zawiodła ją do Iranu i Nowej Zelandii. Wróciła do ojczyzny i od niemal sześciu dekad mieszka w bielskiej Straconce. – Przez długi czas wierzyłam, iż w Europie nie będzie już wojny – mówi 89-letnia Aleksandra Kulak. Ogromnym żalem napełnia ją zarówno konflikt w Ukrainie, jak i napaść na Iran, w którym niegdyś znalazła ratunek.

Pani Aleksandra, mimo sędziwego wieku, ma doskonałą pamięć i przenikliwość w patrzeniu na świat. Opowieści ze swojego życia potrafi umieścić w kontekście historycznym i politycznym, ma ogromną wiedzę na temat stosunków międzynarodowych w czasie i po drugiej wojnie światowej. Ze smutkiem obserwuje współczesne konflikty zbrojne, zarówno w Ukrainie, jak i na Bliskim Wschodzie. – W 1942 roku jako uchodźcy z ZSRR otrzymaliśmy od Irańczyków dużą pomoc – podkreśla. – To państwo przyjęło wówczas około 120 tysięcy ludzi. A panowały tam wówczas głód i hiperinflacja, były protesty i rozruchy, ale nie przeciwko nam, tylko tamtejszej władzy. Irańczycy nie dawali nam odczuć, iż ich objadamy, nie zobaczyłam tam nigdy ani jednej niechętnej twarzy.

Aleksandra Kulak przyznaje, iż dziś nie pojmuje świata. – Przez długi okres czasu wierzyłam, iż temat wojny już nas nie dotyczy, przynajmniej w Europie. Tymczasem to się nie sprawdziło. Temat wrócił, a państwa znów się zbroją – mówi z goryczą. – Przejmuję się losem wszystkich ludzi dotkniętych wojną, ale szczególnie dzieci, bo sama doświadczyłam tych okropności jako dziewczynka i wiem, jak przeżywa to wszystko dziecko. Do dziś traumatyczne wspomnienia do mnie wracają, nieraz śnią mi się sceny z dawnych lat.

Aleksandra Kulak przez długie lata stroniła od opowieści o swoich wojennych losach. Jednak w ostatnich miesiącach, zachęcona przez znajomą ze Straconki, zdecydowała się podzielić swoimi wspomnieniami i przemyśleniami publicznie. W listopadzie, styczniu i lutym Miejski Dom Kultury w Straconce zorganizował z nią trzy spotkania, pod hasłem „Dzieci nie chcą wojny”, poświęcone jej pobytom w ZSRR, Iranie i Nowej Zelandii.

Ojciec na froncie

Pani Aleksandra urodziła się w 1937 roku. Przez pierwsze trzy lata mieszkała z rodzicami w Horyńcu (dziś Horyniec-Zdrój, miejscowość uzdrowiskowa w województwie podkarpackim). Czasami jeździła do babci do Rawy. Jej mama była absolwentką seminarium nauczycielskiego w Żółkwi i uczyła w horynieckiej szkole. Ojciec był kapitanem Wojska Polskiego w stanie spoczynku. – W sierpniu 1939 roku został ponownie powołany do wojska z rozkazem udania się do Rzeszowa – opowiada Aleksandra Kulak. – W pierwszych dniach września przekazał mamie wiadomość, iż opuszcza Rzeszów i skontaktuje się z nią, kiedy tylko będzie to możliwe. Od tej pory nie było od niego żadnych wieści. Dopiero po powrocie do kraju w 1946 roku mama dowiedziała się, iż został rozstrzelany przez żandarmerię niemiecką w czerwcu 1943 roku w Gogołowie na Podkarpaciu, wraz z dwoma innymi ludźmi. Razem z nimi został pochowany przez mieszkańców Gogołowa we wspólnej mogile.

Z rodzicami rok przed wojną. Fot. z archiwum Aleksandry Kulak

Wywózka z Horyńca

Jakiś czas po rozpoczęciu wojny część rodzinnego domu w Horyńcu – w którym mała Aleksandra mieszkała z mamą i babcią – została zarekwirowana przez władze okupacyjne z przeznaczeniem na kwatery dla trzech lejtnantów, czyli oficerów rosyjskich. W sobotę, 13 kwietnia 1940 roku rano wyjechali oni i zapowiedzieli, iż przez kilka dni ich nie będzie. – Z kolei wieczorem przyjechali do nas w odwiedziny siostra i brat mamy – wspomina mieszkanka Straconki. – Nagle przed północą rozległ się łomot do drzwi. Było to trzech żołnierzy sowieckich. Ja już spałam. Moja mama myślała, iż przyszli po wujka i wepchnęła go do części domu zarekwirowanej dla lejtnantów. Okazało się jednak, iż przyszli po nas wszystkich, by wywieźć nas w głąb ZSRR. Mama błagała ich, by zostawili mnie i babcię, żądała jakiegoś wyroku, iż mamy zostać wywiezieni. Oczywiście żadnych takich dokumentów nie było. Mama wręcz histeryzowała, nie umiała się opanować. Natomiast przytomność umysłu zachowała babcia, która przeżyła już wiele koszmarów podczas I wojny światowej. Jeden z żołnierzy pokazał jej, jak zrobić tobołki z koców i spakować do nich garnki, buty czy kołdry. I babcia pakowała bagaż w te węzełki. Dzięki temu miałyśmy potem dużo przydatnych rzeczy.

Aleksandrę mama obudziła około 1.00 w nocy i powiedziała, iż muszą jechać do Rawy, do domu babci. – Żołnierze zawieźli nas na dworzec w Horyńcu, skąd miałyśmy odjechać pociągiem. I wrzucili nas do ohydnego, mokrego, śmierdzącego brudem i lizolem wagonu. Dopiero wtedy zaczęłam płakać i protestować, iż nie chcę jechać do Rawy i chcę wrócić do mojego łóżeczka– wspomina Bielszczanka.

Życie w lepiance

Jazda pociągiem trwała około dwóch tygodni. W wagonie stały dwie piętrowe prycze, a tobołki były złożone obok dziury, która służyła za toaletę, i obok metalowego piecyka, nieużytecznego ze względu na brak opału. W wagonie jechało około 50 osób. – W czasie podróży na wschód pociąg zatrzymywał się i odczepiano wagony, z których wysadzano ludzi przeznaczonych do pracy w pobliskich kołchozach – opowiada Aleksandra Kulak. – Po dwóch tygodniach pociąg zatrzymał się w okolicy Aktiubińska i zaczęło się przekazywanie ludzi przedstawicielom okolicznych kołchozów. Wybierali oni takich, którzy nadawali się do pracy. Wreszcie została nas garstka, między innymi żołnierz I wojny światowej bez nogi, z dzieckiem i żoną, chory na gruźlicę leśniczy z 9–letnią córką, matki z dziećmi czy kobieta z niepełnosprawną umysłowo córką. No i ja z moją mamą, babcią i ciocią. Wtedy przyszedł spóźniony właściciel kołchozu „Komuna Paryska” we wsi Ilinskoje. Był bardzo niezadowolony z tego, kogo mu przywieziono do pracy. Zaczął ostro protestować. Po długiej awanturze zmuszono go do zabrania naszej grupy.

Ulubiona sukienka i czapeczka góralska, które Aleksandra zabrała ze sobą z ZSRR i przewiozła przez Iran i Nową Zelandię do Polski. Fot. Magdalena Nycz

Kołchoz był bardzo biedny, zabudowany jurtami. Jego właściciel nie był zainteresowany robotnikami, których mu pozostawiono. – Musieliśmy radzić sobie sami – mówi Bielszczanka. – Ostatecznie trafiliśmy do ruin lepianki na obrzeżach kołchozu. Za łóżka służyły nam sienniki. Mieliśmy duży problem z dostępem do wody, więc warunki sanitarne były fatalne. Niedaleko płynęła rzeczka, z której braliśmy wodę. W kołchozie szerzyły się epidemie. Śmiertelne żniwo zbierały grypa, tyfus, szkarlatyna i szkorbut. Lepiankę dało się dostosować tak, aby można w niej było funkcjonować latem, ale nie przetrwalibyśmy w niej zimy.

W Akemirze

Mama Aleksandry zgłosiła się więc do pracy, bo wiedziała, iż musi zapewnić byt czterem osobom. Ciocia poważnie się bowiem rozchorowała. – Mama w pewien sposób nauczyła się żyć i rozmawiać z Rosjanami. Dzięki temu otrzymała pracę salowej w szpitalu w Akemirze. I dostała zezwolenie na wyjazd na zimę do tej miejscowości. Tam udało nam się wynająć kąt mieszkalny, wydzielony w holu piętrowej willi – opowiada mieszkanka Straconki.

Jej mama pracowała w szpitalu nocami. – Ciocia wychodziła o 1.00 w nocy ustawić się w kolejce po chleb, a o 6.00 zmieniała ją mama, która kończyła wtedy pracę – opowiada. – Oprócz chleba można było czasami kupić cukier, na który ja jako dziecko bardzo czekałam. Wybawieniem były dla nas paczki od drugiej siostry mamy. Dostawałyśmy od niej co jakiś czas kaszę, groch czy mydło, a ja czapkę, rękawiczki albo cukierki. Do czerwca 1941 roku można było bowiem wysyłać pod jeden adres paczki o wadze do 8 kilogramów.

Chleb, cukier i paczki

Ponieważ przetrwanie zimy w lepiance na obrzeżach kołchozu byłoby niemożliwe, mama Aleksandry zgłosiła się do pracy. Wiedziała, iż musi zapewnić byt czterem osobom. Ciocia poważnie się bowiem rozchorowała. – Mama w pewien sposób nauczyła się żyć i rozmawiać z Rosjanami. Dzięki temu otrzymała pracę salowej w szpitalu w Akemirze. I dostała zezwolenie na wyjazd na zimę do tej miejscowości. Tam udało nam się wynająć kąt mieszkalny, wydzielony w holu piętrowej willi – opowiada mieszkanka Straconki.

Jej mama pracowała w szpitalu nocami. – Ciocia wychodziła o 1.00 w nocy ustawić się w kolejce po chleb, a o 6.00 zmieniała ją mama, która kończyła wtedy pracę – opowiada. – Oprócz chleba można było czasami kupić cukier, na który ja jako dziecko bardzo czekałam. Wybawieniem były dla nas paczki od drugiej siostry mamy. Dostawałyśmy od niej co jakiś czas kaszę, groch czy mydło, a ja czapkę, rękawiczki albo cukierki. Do czerwca 1941 roku można było bowiem wysyłać pod jeden adres paczki o wadze do 8 kilogramów.

Dom dla sierot

W sierpniu 1941 roku, na mocy układu Sikorski–Majski, podpisano amnestię dla obywateli polskich w ZSRR. – Od tej pory mogliśmy się przemieszczać, a moja mama dostała zgodę na opuszczenie kołchozu. Kontynuowała pracę w szpitalu w Akemirze jako salowa, ale w większości w dzień – opowiada Aleksandra Kulak. – Wkrótce, w związku z potrzebą pomocy dwóm osieroconym dziewczynkom, których brat zmarł na tyfus, pojechała do delegatury z prośbą o wsparcie dla tych sierot. W tym czasie ze strony organizacji charytatywnych napływała już pomoc. Można było tworzyć punkty opieki nad dziećmi, ale nie było chętnych do zajmowania się nimi. Delegatury poszukiwały więc takich osób i zaproponowały mamie utworzenie domu dla sierot i pracę w nim. Mama przyjęła tę propozycję, bo wiedziała, iż będzie w stanie porozumieć się z władzami w tej kwestii. Zaczęła szukać miejsca na sierociniec i znalazła pustą cerkiew.

Gdy mamie pani Aleksandry udało się zorganizować ośrodek, zdobywała od lokalnych władz wiadomości o dzieciach, które były przetrzymywane w izbach zatrzymań czy przebywały na dworcach, po czym odbierała je. Zgromadziła w ośrodku około pięćdziesięciorga dzieci. – Państwo było zobligowane, by dostarczać do takich miejsc chleb, a zagraniczne organizacje charytatywne zapewniały dostawy innej żywności – mówi mieszkanka Straconki. – Każde z dzieci wymagało na początku doprowadzenia do dobrego stanu higienicznego, bo były brudne i zawszone. Trzeba je było od razu wykąpać, ogolić i dać im nową odzież. W trakcie opieki nad sierotami mama zaraziła się tyfusem. Chorowała ona i kilkoro dzieci. Na szczęście wszyscy wyzdrowieli i epidemia wygasła.

Trudna podróż do Aszchabadu

Mama Aleksandry cały czas czyniła starania o ewakuację dzieci, bo nadchodziła zima, a w cerkwi było zimno. Wreszcie w listopadzie 1942 roku otrzymała wiadomość, iż jest możliwość wyjazdu grupy do Iranu. Przesłano jej zezwolenie i bilety oraz poinformowano, iż 6 stycznia 1943 roku będzie zapewniony transport, najpierw do Aszchabadu. – Gdy dzieci wsiadały do wagonu, od razu z niego wyskoczyły, bo był jak lodówka, cały wewnątrz oszroniony – wspomina pani Aleksandra. – Mama, aby zapewnić dzieciom lepsze warunki, dała konwojentowi jako łapówkę buty i dzięki temu przydzielił im cztery przedziały w pociągu. Wyczerpująca podróż trwała około tygodnia.

Pasażerowie mieli zapewniony tylko wrzątek, więc mama dawała dzieciom w tytkach z papieru mleko w proszku, kakao i cukier, które popijały gorącą wodą. Udało jej się też załatwić dwie wizyty w tak zwanej „sanobrobotce”. Była to kąpiel w łaźni z dezynfekcją parową odzieży. Dzieci przyjechały do Aszchabadu zdrowe, ale wynędzniałe.

W Aszchabadzie funkcjonował polski ośrodek ewakuacyjny, do którego trafiali wysiedleńcy z całego Związku Radzieckiego. Dużą rolę w jego utworzeniu odegrali piosenkarka Hanka Ordonówna i jej mąż Michał Tyszkiewicz. Dzieci z tego ośrodka ewakuowano później do Iranu, Indii, Pakistanu i Afryki Wschodniej.

Personel ośrodka ewakuacyjnego w Aszchabadzie

Mama w więzieniu

W marcu 1943 roku władze rosyjskie zaczęły ograniczać i utrudniać pomoc Polakom, a ewakuacja została zatrzymana. Z niewiadomego powodu aresztowano cały personel ośrodka w Aszchabadzie. Pretekstem było poruszanie się bez dokumentów. Do więzienia trafiły również mama, ciocia i babcia małej Aleksandry. – Babcię zwolniono po dwóch dniach, ale mama i ciocia zostały za kratami – wspomina Bielszczanka.

W lipcu 1943 roku konsul Polski wraz z żoną i pracownicy ambasady opuszczali ZSRR. – Podczas uroczystego pożegnania ustawiono nas w dwuszeregu – wspomina Aleksandra Kulak. – W czasie uroczystości podeszłam do żony konsula i poprosiłam, by wypuszczono z więzienia moją mamę. Powiedziała mi, iż mama wyjdzie z aresztu, po czym podarowała mi dwie laleczki. To była pani w kapeluszu i pięknej sukience. Ale potem, gdy część ludzi opuszczała więzienie, a ja czekałam w holu na mamę, ona się nie pojawiła. Ze złości zaczęłam tupać i płakać. Pamiętam ogromne uczucie rozgoryczenia, iż taka dobra i piękna pani konsulowa nie dotrzymała słowa. Drugi mój dziecięcy dramat nastąpił, gdy odwiedziłam mamę w więzieniu i powiedziałam jej, iż chcę tam z nią zostać, ale ona odmówiła. I znów był wielki płacz i tupanie nogami. Po tych wydarzeniach nastąpił we mnie kryzys wiary w dobroć dorosłych i zrobiłam się krnąbrna dla mojej babci, która się mną opiekowała.

Samotne dziecko

We wrześniu 1943 roku 6-letnia Aleksandra opuściła wreszcie ZSRR. Wyjechała wraz z grupą ewakuacyjną do Meszhedu w Iranie. Jej mama wciąż przebywała w więzieniu. – Babcia spakowała mi walizeczkę, zawiesiła na szyję medalik i zapewniła, iż mama na pewno mnie znajdzie – opowiada Bielszczanka. – Babcia została w Aszchabadzie, gdzie znalazła schronienie w stróżówce obok ośrodka dla sierot. Przetrwała tam, dostając kubek zupy za pilnowanie suszących się ścierek oraz chleb od mamy z więzienia, przekazywany przez pracowników czyszczących rowy.

Podczas podróży do Iranu pani Aleksandra po raz pierwszy doświadczyła, co to znaczy być samotnym dzieckiem. – Na miejscu, w Meszhedzie, zostałam skierowana do Zakładu numer 3. Przechodziliśmy tam kwarantannę – wspomina.

Uśmiechnięte twarze w hidżabach

Z Meszhedu polskie dzieci zostały przewiezione do obozu dla uchodźców w Isfahanie. – Pierwsze tygodnie spędziłam tam w szpitalu, bo miałam szkarlatynę i zapalenie ucha. Był to dla mnie bardzo trudny okres. Po pierwsze nie rozumiałam języka, więc nie wiedziałam, co ci ludzie mówią, a po drugie czułam się jak marionetka, bo wciąż coś mi kazano robić: a to zażywać lekarstwa, a to brać kąpiel – opowiada. – Do dzieci w obozie dołączyłam dopiero po dwóch, trzech miesiącach. Gdy poszłam do szkoły, one uczyły się już różnic między literami „h” i „ch”, a ja nie znałam choćby alfabetu. Dzieci zdążyły się już ze sobą zaznajomić i zaprzyjaźnić, więc czułam się wewnętrznie samotna i cały czas funkcjonowałam trochę na uboczu.

Aleksandra Kulak opowiada w Miejskim Domu Kultury w Straconce o pobycie w Iranie. Fot. Magdalena Nycz

Pani Aleksandra zapamiętała Isfahan jako miasto piękne i zielone. – Ulice były różnorodne, przewijało się przez nie wielu ludzi, ale nie było zabiegania i jazgotu jak w ZSRR. Dzieciom organizowano czas, chodziliśmy do parku, na basen czy pod rezydencję szacha, czyli irańskiego króla. Nie pamiętam poszczególnych zdarzeń z tego okresu, ale pamiętam kobiety w hidżabach i dobre, uśmiechnięte twarze tamtejszych ludzi.

Aleksandra Kulak do dziś przechowuje małą drewnianą kasetkę, w której otrzymała swoje zdjęcie, zrobione przez irańskiego fotografa. – Ta skrzyneczka towarzyszyła mi później w dalszej wojennej tułaczce i wróciła ze mną do ojczyzny – mówi.

Rok 1944 – w Iranie. Fot. z archiwum Aleksandry Kulak

Gehenna na statkach

Pod koniec 1943 roku polskie dzieci zostały zaproszone do Nowej Zelandii. – Jesienią 1944 roku najpierw przepłynęliśmy statkiem „Sontay” do Bombaju w Indiach. Podróż trwała dwa tygodnie i była makabrą. Spaliśmy w duchocie na materacach pod pokładem – wspomina Bielszczanka. – Potem kolejne dwa tygodnie płynęliśmy ogromnym wojskowym transportowcem „USS General George M. Randall” do Nowej Zelandii. Wewnątrz mieściła się ogromna hala z czteropiętrowymi łóżkami. Dostawaliśmy dwa posiłki dziennie. Na obiad podawano wędzoną podgrzewaną rybę i sok ananasowy. Zapach tej ryby w połączeniu z tym sokiem był obrzydliwy. Na domiar złego, w czasie podróży zrobił mi się duży, ropny, bolący wrzód na plecach. Musiałam więc spać na brzuchu. Raz ktoś popchnął mnie w łaźni na ścianę i wrzód pękł. Do dziś mam po nim bliznę. Ta podróż była dla mnie gehenną. Bardzo odczuwałam też wtedy samotność, bo nie było tam moich koleżanek z Iranu. A pewnego razu statkiem potężnie szarpnęło. Była to rakieta, która przemknęła tuż obok transportowca.

Aleksandra Kulak i Alex Jebson, Zastępca Szefa Misji Ambasady Nowej Zelandii w Warszawie, podczas spotkania w Miejskim Domu Kultury w Straconce poświęconego pobytowi Bielszczanki w tym właśnie kraju. Fot. MDK w Straconce

Inny świat w Wellington

Do wybrzeży Nowej Zelandii mali uchodźcy dotarli 1 listopada. – Portowe miasto Wellington zrobiło na mnie ogromne wrażenie – opowiada Aleksandra Kulak. – Atmosfera była tam niezwykle radosna. Zaskoczyły nas dźwięki orkiestry, która grała na cześć wracających żołnierzy, a my czuliśmy się, jakby to nas witano. Na poboczach stali ludzie machający chorągiewkami, a tamtejsze dzieci obdarowywały nas słodyczami i zabawkami. W pamięci zapadł mi też widok żołnierza podrzucającego dziewczynkę, która się do niego przytuliła. Potem powitał nas konsul i od razu się nami zaopiekowano. Podzielono nas na grupy w podobnym wieku. Zajęli się nami bardzo serdeczni ludzie: to nas ktoś pogłaskał, to podał rękę. Dotychczas tego nie znaliśmy.

1 listopada 1944 r. Premier Nowej Zelandii Peter Fraser i żona polskiego konsula hr. Maria Wodzicka (po lewej) witają polskie dzieci przybyłe do Wellingtonu. Fot. Alexander Turnbull Library, Wellington

Z portu w Wellingtonie było już niedaleko do Pahiatua, gdzie utworzono obóz, a adekwatnie małe miasteczko dla polskich dzieci, o nazwie Polish Children’s Camp in Pahiatua. Pani Aleksandrze mocno utkwił w pamięci jeden traumatyczny dla niej widok. – Gdy wjeżdżaliśmy do obozu, wychyliłam się zza plandeki samochodu i zobaczyłam przy bramie wieżę, łudząco podobną do tej przy więzieniu w Aszchabadzie, w którym przebywała moja mama – wspomina. – Nie dawało mi to spokoju. Po dwóch dniach poszłam tam, ale wieży już nie było. Najwidoczniej, ze względu na traumę dzieci, rozebrano ją.

1 listopada 1944 r. Wellington. Polskie dzieci odprowadzane na pociąg do Pahiatua przez nowozelandzkie pielęgniarki. Fot. Alexander Turnbull Library, Wellington

Własne łóżko

Z wyjątkiem tego jednego bolesnego akcentu, ośrodek w Pahiatua zachwycił jego podopiecznych, odzwyczajonych od normalnych warunków życia. – Każdy z nas miał własne łóżko, a przy nim własną szafkę z zamykanymi szufladami, dywanik i ręczniczki. Pamiętam każdy szczegół, bo to było dla nas niezwykle cenne – przyznaje pani Aleksandra. – W obozie oprócz baraków z sypialniami i sanitariatami znajdowały się dwa duże budynki z kuchnią i jadalnią, szpital, szkoła, swego rodzaju dom kultury, kaplica i małe domki dla personelu.

15 czerwca 1947 roku. Z koleżankami w Pahiatua (Aleksandra druga z lewej). Fot. z archiwum Aleksandry Kulak

Do Pahiatua przyjechało 733 polskich dzieci oraz 105 osób personelu. – W miasteczku panowała atmosfera spokoju, mieliśmy swobodę, mogliśmy wychodzić na spacery. Pamiętam, iż nadawaliśmy tamtejszym uliczkom polskie nazwy – wspomina.

Zajęcia szkolne w nowoczesnej sali lekcyjnej na terenie obozu w Pahiatua. Fot. internet

Na wakacje i ferie dzieci wyjeżdżały do tamtejszych rodzin. – W rodzinie, która zaprosiła mnie na pierwsze wakacje, była trochę młodsza ode mnie dziewczynka, Sara. Niestety, nie umiałam się z nią porozumieć po angielsku – opowiada. W jedne wakacje wszystkie dzieci wyjechały do rodzin, a ona musiała zostać w pustym obozie, bo chorowała na szkorbut. W kolejne ferie i wakacje, a także uroczystości rodzinne, jeździła do państwa McAloon, których wspomina bardzo ciepło.

W stroju Maoryski. Fot. z archiwum Aleksandry Kulak

Powrót do Polski

Aleksandra przebywała w Nowej Zelandii do 1948 roku, do 11. roku życia. Jej mama zwróciła się wówczas do władz ośrodka w Pahiatua o umożliwienie córce powrotu do Polski. Nowa Zelandia zobowiązała się bowiem do organizacji podróży do ojczyzny dzieciom, które będą tego chciały. – Mama z babcią i ciocią od 1946 roku mieszkały w Jarosławiu, u najstarszej siostry mamy – opowiada Aleksandra Kulak. – Ja dotarłam najpierw okrętem „Rengetata” do Londynu, a potem do Gdyni polskim okrętem „Batory”. W porcie czekała już na mnie mama.

Przed wypłynięciem do Polski. Fot. z archiwum Aleksandry Kulak

Po ukończeniu liceum, Aleksandra podjęła studia w Łodzi. Tam też poznała przyszłego męża. – Studiowałam technologię ziół i aromatów i w ramach tak zwanego stypendium fundowanego zostałam zatrudniona przez owego fundatora – Śląską Wytwórnię Wódek Gatunkowych w Bielsku-Białej. Zdecydowaliśmy z mężem, iż zamieszkamy w Straconce, bo było tu blisko do lasu, w góry i na nasze ulubione maliny. Osiedliliśmy się tu w 1967 roku – mówi. Przyznaje, iż dom z ogrodem, w którym panują cisza i spokój, był dla niej marzeniem. Dotychczas przez całe życie funkcjonowała bowiem w gromadzie, ciasnocie i chaosie.

Dziś pani Aleksandra bierze czasami udział w konferencjach dotyczących II wojny światowej i losów polskich dzieci oraz zjazdach osób wysiedlonych. Zawsze podkreśla, iż wojna to dla dziecka trauma, która zostaje w pamięci na całe życie. I zwraca uwagę, iż – również w kontekście współczesnych konfliktów – ważne jest nie tylko ocalanie dzieciom życia, ale także ratowanie ich cierpiących dusz.

Idź do oryginalnego materiału