„Obcy z Alfa Centauri” (fragment 2)

bialyorzel24.com 1 godzina temu
Fot. Krimhild. pixabay.com

Błękit ciemniał, a ptaki latały niżej, trzymając się wierzchołków drzew. Rysujące się bliżej horyzontu strzelające w górę kominami obłoki różowiły się od zachodzącego słońca. Nadchodził cichy i ciepły wieczór, nie zapowiadający żadnych niespodzianek. Lekki wiatr pieścił drobne gałązki i liście. Nie tak odległe Alpy o tej porze dnia wyglądały jak wycięte z obrazka i wprost zachęcały, by wybrać się na ośnieżone zbocza lub nad kryjące się w kotlinach urokliwe jeziora. Świst był prawie niesłyszalny. Coś dziwnego wystrzeliło w górę od strony ryżowych mokradeł, poleciało po pijanym łuku i opadając wyrżnęło z impetem o ziemię między bukami i świerkami. Trafiło na niewielką leśną polanę i tu się zatrzymało, ryjąc murawę. Nikt nie zwrócił uwagi na to zwariowane lądowanie, bo nikogo w pobliżu nie było. Jedynie buszująca między konarami osamotniona wiewiórka ostrzegawczo fuknęła, a zawtórował jej ze strachem ukryty w gęstwinie ptak.

Lekko wbity w rozdarty grunt kulisty obiekt zdawał się przypominać piłeczkę golfową, odbitą z dala przez gigantycznego gracza. Jednakże ów się po nią nie pojawił, jakby spisując ją na straty. Kiedy na niebie zabłysły pierwsze gwiazdy, nieziemski twór poruszył się, dając niejakie oznaki życia, a ulegając płynącym z wnętrza impulsom, zaczął się przekształcać, rosnąc i pęczniejąc jak na drożdżach, a ostatecznie przyjmując formę pryzmatu, mającego około jednego metra wysokości i dwóch długości. Jarzył się przy tym słabiutkim bladym światłem, które niedługo przygasło. W jakiś czas później niby w baśni wyrosły wokół niego w piorunującym tempie dzikie krzewy oraz młode świerki i paprocie. Tak otoczony, stał się niewidoczny. Maskowanie było całkiem udane i nie zwróciła uwagi na kosmicznego gościa para zakochanych, szukająca zakątka zieleni, oświetlonego jedynie przez blady księżyc. Chłopak i dziewczyna z pobliskiej wioski, zamieszkałej przez grupę naturystów z radykalnego odłamu Fratellanza, przeszli cicho, niemal ocierając się o osłaniające obcego niby to odrosty. Kilka metrów dalej znaleźli miękką gęstą trawę i tam się zatrzymali. Nieświadomi tego, co im grozi, zapomnieli się w gorących pieszczotach i uściskach. Później w milczeniu odeszli, trzymając się za ręce i rozkoszując się własnym szczęściem.

Około północy twór ożył, a wraz z nim poruszyły się krzewy i paprocie. Niczym nocny drapieżnik ruszył w pierwszą ziemską podróż. Śladem pary zakochanych powolutku przemieszczał się w stronę wioski, płynnie dostosowując maskowanie do zmieniającego się otoczenia, ale potem znienacka zmienił kurs i przyspieszył, przestając się ślimaczyć. Bez trudności pokonał kanał wodny i ciągnące się za nim podmokłe grunty z uprawami ryżu, by wyrwać się wreszcie na suchszy i wyższy teren. Świtało, gdy znalazł się daleko od miejsca upadku – na szosie, na którą przypadkiem natrafił. Tu przycupnął i zamarł w bezruchu, dokładnie na środku jezdni, jakby dotarł do mety. Wydawało się, iż się zdrzemnął, zmęczony nocną marszrutą, nie zareagował bowiem na nagły dźwięk klaksonu. A może nie miał pojęcia, co on znaczy.

Rozłożysty mustang sunął z dużą prędkością, zaś zaspany weterynarz za kierownicą intuicyjnie zasygnalizował swą obecność, jednakże nie wiedząc, po co to czyni. Gdyby miał sprawny autokomputer, prawdopodobnie by się uratował – asfalt był bowiem wyposażony w równomiernie rozstawione po obu stronach elektroniczne pachołki, a radar wykrywał takie przeszkody. Wóz z nagła wyrżnął w coś twardego, niczym w mur z cegły, odbił się i zgrzytając znieruchomiał, strasząc zmiażdżoną karoserią. Potem przez chwilę nic się nie działo.

Kosmiczny włóczykij tchórzliwie rozpłaszczył się na szosie, tracąc barwy ochronne. Na kilka sekund stał się prawie przeźroczysty, a wynurzające się właśnie zza horyzontu słońce prześwietliło zagadkowe wnętrze. Z głębi wyzierały dwie odpychające obce twarze o dziwacznej mało ludzkiej fizjonomii. Zaraz jednak twór zmatowiał, uniósł się i usiłował sprostać rzuconemu mu niespodziewanemu wyzwaniu. Zmierzył się z przeszkodą i zaczął cierpliwie pochłaniać wrak. Połykał go jak wygłodniały wąż boa upolowanego kozła. Przepuszczał go przez siebie, z niezwykłą precyzją odtwarzając jego pierwotne kształty. Dość gwałtownie się z tym uporał. Po minutach nieśpiesznej pozaziemskiej kosmetyki na szosie pozostał jedynie sprawny, gotowy do jazdy wóz, a horrendalny wagabunda rozmył się i znikł, całkowicie wtapiając się w jego opalizującą karoserię.

Cichy terkot zakłócał ranną ciszę. Powietrze nie zdążyło się jeszcze nagrzać, jednak zapowiadał się już upalny dzień. Trzy masywne śmigłowce bez znaków rozpoznawczych od jakiegoś czasu unosiły się nad szosą. Czwarty, największy, spoczywał na murawie z szeroko otwartą ładownią. Obok czekała wydobyta z niej ciężarówka z przypiętym białym kontenerem. Na asfalcie pozostały kawałki czerwonego szkła z rozbitych reflektorów, fragmenty wycieraczki, pogięta pokrywa koła i trochę szklanego śniegu po stłuczonych szybach. Kamery i czujniki o dziwnych kształtach miały włączone zasilanie, laserowy szperacz przeczesywał centymetr po centymetrze każdy skrawek szosy, a na monitorach, które ustawiono na przenośnych statywach, rysowały się mgliście kształty obu wehikułów – samochodu osobowego i garbatego niby-pojazdu pozaziemskiego pochodzenia. Pochylony nad pulpitem mężczyzna zdjął z głowy niewygodny kask, wyposażony w nasuwaną na oczy przesłonę ze specjalnymi filtrami. Czoło pokrywały mu kropelki potu. Tu znalazła go młodziutka kobieta, która wysiadła z czerwonego sportowego wozu, zupełnie nie pasującego do zarzuconego kosmicznym sprzętem otoczenia. Postronny obserwator miałby kłopoty, gdyby go zapytano, do czego może służyć zgromadzona tu aparatura. Nie znalazłby jej w żadnym folderze, reklamującym najnowsze cuda techniki, gdyż jej produkcja była unikalna i zastrzeżona. Sama Alice również nie pasowała do tego miejsca. Bez kombinezonu i kasku, a w eleganckich getrach i obcisłej podkreślającej jej kształtne piersi bluzce przypominała znudzoną modelkę, która ma właśnie zamiar wybrać się na prywatkę i rozgląda się za akuratnym chłopakiem do towarzystwa. Czuła się pewnie i swobodnie. Odpowiadała z lekkim uśmiechem na życzliwe gesty, którymi ją pozdrawiano.

– Johnie? – zwróciła się do mężczyzny przy pulpicie. – Jak widzisz, udało mi się tu dotrzeć, chociaż nie bez pewnych trudności. To jednak kawałek drogi, ponad 6 tysięcy kilometrów, a mówili mi, iż mam się spieszyć – trzepała językiem, tłumacząc się przed tamtym. – Dali czadu! Przerzucili mnie przez Atlantyk w czymś, co wyglądało raczej na bojowy myśliwiec niż na samolot pasażerski. A w Milano załapałam się na ten wóz, podobno służbowy szefa tutejszych służb, na szczęście z autokierowcą – słodko paplała. – Chyba mnie docenili, bo to nowiutka i bardzo zgrabna maszyna, udany model. Widocznie mieli taką dyrektywę z Waszyngtonu. Utrzymywali, iż kobietom niczego innego nie dają, żadnych wojskowych dżipów i iż w środku nocy nie będą budzić pilotów. Ci byli podobno po forsownej akcji w okolicach Korsyki i Sardynii na Morzu Śródziemnym. Coś tam im nie wyszło i odsypiali biedacy cztery doby… – urwała wreszcie, nie widząc żadnej reakcji.

Niemrawo mruknął coś pod nosem, co miało być powitaniem i przytaknął, nie odrywając oczu od ekranu. Jej bliskość paraliżowała go jak młokosa i stawał się przy niej sztywny i oschły, niezdolny do spontanicznych odruchów. Gdy ktoś głośniej zakrzyknął przy kontenerze, odwróciła się na moment i wtedy ukradkiem zlustrował ją wzrokiem. Musiała stanąć na głowie, by pomimo podróży z drugiej półkuli wyglądać ponętnie i świeżo, tym niemniej wcale go to nie uradowało. Przysunęła się z powrotem do niego, niemal dotykając go ramieniem i wbiła wzrok w monitory. Owiała go upajającym zapachem perfum. Przyszło mu do głowy, iż taki sposób ubierania się powinien być w ich służbach zabroniony. Modny ostatnio i ponoć stymulujący aktywność niektórych enzymów elastyczny obcisły materiał niesłychanie silnie działał na męską wyobraźnię, pobudzając i drażniąc zmysły.

– Co to takiego?! – ciekawie zapytała, pokazując palcem dwie ledwo się znaczące kule, wykonujące na ekranie powolne symulowane ruchy. Umiała przy nim zachowywać się dziecinnie, jeżeli nie głupiutko, jednak technik dobrze wiedział, iż tylko ktoś niezorientowany mógłby posądzić ją o infantylizm. Alice świetnie radziła sobie tam, gdzie inni się poddawali, wątpiąc w swoje siły. Wszyscy w sekcji o tym pamiętali. Młodziutka agentka miała za sobą kilka fakultetów.

Edward Guziakiewicz

Edward Guziakiewicz – polski autor fantastyki. Urodził się w 1952 r. w Mielcu. Jest absolwentem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, członkiem Związku Literatów Polskich, dziennikarzem i publicystą. Jako autor prozy fantastyczno-naukowej dał się poznać w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Spod jego pióra wyszło siedem powieści SF i szereg mikropowieści SF. Jest mistrzem powieściowego reportażu. Jego bajecznie kolorowe prozatorskie światy są pełne budzących sympatię postaci, z których losami czytelnik gwałtownie się utożsamia. Relacjonuje zdarzenia z przyszłości tak, jakby one miały naprawdę miejsce, oferując fantastykę na wysokim poziomie. Wielowątkową, katastroficzną powieść „Obcy z Alfa Centauri” wydało drukiem Wydawnictwo „Dreams” w Rzeszowie w 2011 r. Jej akcja toczy się w drugiej połowie XXI wieku.

Idź do oryginalnego materiału