Do wczoraj „Odyseja” była dla mnie opowieścią przygodowo-awanturniczą. Element baśniowo-transcendentny – wszyscy ci bogowie, cyklopy, syreny i inne dziwadła – nie przydawał jej powagi. Do tego stopnia, iż w oryginalnej wersji miałem ją za głupiutką. przez cały czas mam, dystansując się od wszystkiego, co nierzeczywiste i nieracjonalne.
Poszedłem więc do kina dla grzesznej przyjemności obejrzenia czegoś, co nie wymaga ode mnie emocjonalnego i intelektualnego zaangażowania. No i wziął mnie reżyser najnowszej adaptacji homeryckiej historii rozsmarował po ścianie. W ciemno założyłem, iż sceny będą epickie, scenografia dopieszczona, a poziom realizacyjny najwyższy; w końcu to Nolan. Ale takiej interpretacji mitu tom się nie spodziewał.
Jest bowiem najnowsza „Odyseja” opowieścią o stresie pourazowym. O wyparciu. O poczuciu winy. O skutkach wojennej brutalności i bestialstwa. Historia Odysa ma widzowi pokazać, iż z wojny nie wraca się czystym. Z wojny wraca się zadręczonym – dlatego najchętniej by się o niej zapomniało. Dlatego powrót jest tak długi, czasem nigdy się nie kończy, choćby jeżeli fizycznie dobijemy do brzegu. Oto przesłanie Nolana. Niepokojąco aktualne w czasach, gdy obleganych jest tyle Troi…
Zdecydowanie polecam!
Nz. Kadr z filmu/fot. materiały dystrybutora






![Wkrótce wodowanie Wichra, czyli jak powstają Mieczniki [FOTO]](https://cdn.defence24.pl/2026/07/22/1200xpx/gItz9Oa9h7RLeXQL6eNNn36dK9fXs86h3yh7xjKm.ltcs.jpg)







