5 września 1939 roku był dla mieszkańców gminy Gdów dniem, w którym wojenna rzeczywistość brutalnie i ostatecznie zweryfikowała wszelkie nadzieje. Podczas gdy jeszcze kilkanaście godzin wcześniej w sołectwie panował optymizm wywołany wiadomościami o przystąpieniu do wojny Francji i Wielkiej Brytanii, ten wtorkowy dzień przyniósł paraliżujący strach, ryk wycofujących się wojsk i dramatyczne decyzje taktyczne, które na zawsze zmieniły oblicze regionu. To właśnie wtedy, w cieniu nadciągającej katastrofy, ważyły się losy obrony linii Raby.
Najbardziej dramatycznym i symbolicznym momentem 5 września było wysadzenie głównego, betonowego mostu na Rabie w samym Gdowie. Polskie dowództwo, świadome, iż niemiecka 2 Dywizja Pancerna przełamała obronę pod Myślenicami i pędzi w kierunku Bochni, wydało saperom bezwzględny rozkaz zniszczenia przeprawy.
Lokalna historia zapisała w tym miejscu ponurą ironię. Zaledwie dwa lata wcześniej – w sierpniu 1937 roku – potężna powódź doszczętnie zniszczyła ówczesną konstrukcję, zalewając gdowski rynek. Mieszkańcy ogromnym wysiłkiem odbudowali nowoczesny, betonowy most, który stał się dumą okolicy. 5 września 1939 roku ta sama, nowa przeprawa została obrócona w ruinę przez polskie ładunki wybuchowe. Wszystko po to, by choć na chwilę zatrzymać kolumny Wehrmachtu.
Zniszczenie głównego mostu automatycznie przeniosło ciężar obrony na wschód i południe gminy. W tym samym czasie, w pobliskich Książnicach, polscy żołnierze w pośpiechu minowali drugi, mniejszy, drewniany most. Saperzy z zapalnikami trwali w śmiertelnym napięciu, czekając na sygnał o nadejściu wroga. Pod osłoną zapadającego zmierzchu przez Gdów i okoliczne wioski zaczął przetaczać się logistyczny koszmar. Wycofujące się w chaosie oddziały Armii „Kraków” – w tym rozbite, ale wciąż zdolne do walki pododdziały 21 Dywizji Piechoty Górskiej (głównie 12 Pułk Piechoty) oraz zmęczeni żołnierze 1 Brygady Górskiej KOP – próbowały uporządkować szyki. Trwała dramatyczna próba obsadzenia linii Raby. Wszyscy wiedzieli, iż każda minuta zwłoki przybliża niemieckie czołgi do odcięcia polskich dróg odwrotu.
Dla cywilnych mieszkańców gminy 5 września był dniem paniki. Huk artylerii niosący się od strony Myślenic i Dobczyc nie pozostawiał złudzeń. Drogi na wschód, w kierunku Bochni i Tarnowa, zostały całkowicie sparaliżowane. Tysiące uchodźców z Krakowa mieszały się z mieszkańcami Gdowa, którzy w pośpiechu pakowali najpotrzebniejszy dobytek.
Wielu z nich, nie widząc szans na ucieczkę zatkanymi traktami, szukało schronienia w okolicznych lasach i zagrodach, zostawiając za sobą opustoszałe domy. W powietrzu wisiało nieuniknione starcie.
Kiedy 5 września dobiegał końca, gmina Gdów była już zmilitaryzowaną strefą śmierci. Mosty zostały zniszczone lub zaminowane, pozycje obronne w Podolanach obsadzone, a ludność cywilna ukryta w trwodze. Dzień ten przeszedł do historii jako moment najwyższej próby logistycznej i psychologicznej – bezpośrednie preludium do krwawych bitew, które wybuchły na ziemi gdowskiej kolejnego poranka, 6 września.