Afganistan to była dla mnie wspaniała przygoda, „turbomęska”, jak mówił o tej misji jeden z moich mundurowych kolegów. Adrenalina, egzotyka, przyjaźń – to słowa-klucze, które dobrze oddają istotę tego doświadczenia.
Zawodowo spełniłem się po całości, budując wyjątkowy warsztat i pozycję.
To dzięki Afganowi wszedłem w świat twórców literackich.
Ale Afganistan to także wspomnienie bólu po urazie ciśnieniowym i długa relacja ze stresem pourazowym. Poczucie wyplucia, gdy wojna się skończyła, a redakcja stanęła na stanowisku „kij ci w oko, radź sobie teraz sam”. Wyrzuty sumienia wobec najbliższych, których przez lata dręczyłem swoją nieobecnością i ryzykiem, iż nie wrócę. Sporo mógłbym tu jeszcze dodać, ale nie w tym rzecz. Chcę tylko napisać, iż gdybym rachunek sumienia oparł wyłącznie o osobiste zyski i straty, uznałbym, iż nie warto było. Że cała ta wojenna reporterka na chuj mi była potrzebna, iż lepiej, bym niektórych rzeczy nigdy nie zobaczył i nie usłyszał.
Ale ja tak nie myślałem. Sądziłem, iż widzę i w jakiejś mierze współtworzę historię, iż jestem częścią czegoś większego. Brałem udział w odkłamywaniu fatalnej narracji o misji stabilizacyjnej, która tak naprawdę była wojną. Pisząc o tym, jak ta wojna wygląda, dawałem świadectwo wysiłków podejmowanych przez chłopców i dziewczęta w mundurach Wojska Polskiego. Oni nie stali z tyłu, jak mówi dziś Trump. Bywałem srogim recenzentem, zwłaszcza dla tych na górze, ale zawsze towarzyszyło mi przekonanie, iż misja naszych żołnierzy ma sens. Bo „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”; byliśmy w Afganistanie z sojusznikami i dla sojuszników. Przekonywałem do tego swoich Czytelników, wprost pisząc, iż jutro to my możemy poprosić o pomoc – i iż ją dostaniemy, skoro jej udzieliliśmy, jadąc na amerykańską wojnę.
W tym upatrywałem sens Afganu, osobiste wysiłki, by ludzie w ten sposób myśleli, nadawały „większy” sens mojej pracy.
I Trump, serią wyplutych z siebie zdań, zadał temu wszystkiemu kłam. Mówiąc, iż my, Polacy, nie byliśmy im, Amerykanom, potrzebni, dotknął mnie do żywego. I choćby nie chodzi o to, iż bredził. Rzecz w tym, iż jego „niepotrzebni” oznacza również, iż w jego mniemaniu Ameryka nie ma wobec nas żadnych zobowiązań.
A przecież o te zobowiązania chodziło. Po to to wszystko było, cały ten pierdolony Afganistan.
Czuję się oszukany i czuję się źle, iż oszukiwałem innych – stąd mój piątkowy wpis, i ten dzisiejszy też.
Ps. Wiem, iż Trump nie jest depozytariuszem opinii większości Amerykanów. Wierzę, iż nie doczeka końca kadencji i odejdzie w niesławie. Ale bardzo się boję tego, co może się wydarzyć, nim ów koniec nadejdzie…

Zdjęcie z czasów, gdy „staliśmy w tyle”/fot. Krzysiek Żuczkowski








