Jeszcze do niedawna ukraińskie ataki w głębi Rosji były wymierzone przede wszystkim w rafinerie, bazy lotnicze i zakłady zbrojeniowe. Od kilku tygodni na liście celów coraz częściej pojawiają się magazyny Wildberries – największej rosyjskiej platformy handlu internetowego. Ukraińskie drony pokonują setki kilometrów, by niszczyć hale wypełnione elektroniką, ubraniami czy sprzętem AGD. Dlaczego Kijów uznał, iż warto zużywać na nie cenne środki dalekiego zasięgu?
Kampania rozpoczęła się 18 lipca, a na początku sierpnia Reuters doliczył się co najmniej 20 zaatakowanych magazynów Wildberries. W połowie tego miesiąca Instytut Studiów nad Wojną oceniał już, iż ukraińskie uderzenia dosięgły siedmiu z dziesięciu największych centrów logistycznych firmy. W nocy z 15 na 16 sierpnia drony dotarły ponownie pod Moskwę. Płonął m.in. magazyn w Koledino koło Podolska, około 45 km na południe od rosyjskiej stolicy.
Lista celów jest przy tym bardzo konkretna. Ukraińcy nie polują na sklepy czy punkty odbioru przesyłek, ale na wielkie centra logistyczne – węzły, przez które przepływają ogromne ilości towarów. To pierwsza wskazówka pozwalająca zrozumieć sens tej kampanii.
System podwójnego zastosowania
Kijów uzasadnia ataki wojskowym znaczeniem infrastruktury Wildberries. Według strony ukraińskiej za pośrednictwem platformy do rosyjskich żołnierzy trafia wyposażenie oraz towary podwójnego zastosowania, w tym komponenty wykorzystywane do produkcji dronów. Kreml temu zaprzecza i przekonuje, iż Ukraińcy świadomie atakują obiekty cywilne. Tego sporu nie sposób dziś jednoznacznie rozstrzygnąć, a twierdzeń o bezpośrednim udziale Wildberries w zaopatrywaniu armii nie należy traktować jako bezspornie potwierdzonych.
Nie oznacza to jednak, iż argument o wojskowym znaczeniu platformy można łatwo odrzucić. Wojna w Ukrainie już dawno zatarła tradycyjną granicę między logistyką wojskową a cywilną. Rosyjscy żołnierze, ich rodziny, wolontariusze oraz organizacje wspierające jednostki kupują na zwykłym rynku elektronikę, narzędzia, odzież, wyposażenie osobiste i tysiące innych produktów przydatnych na froncie. Część z nich to klasyczne towary podwójnego zastosowania – całkowicie cywilne w jednym miejscu, niezwykle użyteczne dla wojska w innym.
W takim modelu wojny platforma handlowa nie musi mieć podpisanej umowy z ministerstwem obrony, by stać się częścią zaplecza sił zbrojnych. Wystarczy, iż jej sieć magazynów, transportu i dystrybucji umożliwia szybkie dostarczenie sprzętu tam, gdzie jest na niego zapotrzebowanie. Wildberries nie jest więc wojskową hurtownią. Ale ogromny system logistyczny stworzony przez firmę może służyć także ludziom prowadzącym i wspierającym wojnę.
Wojna ma kosztować więcej
Na tym wojskowy sens ukraińskich ataków się nie kończy. Wildberries to gigant rosyjskiej gospodarki, nazywany często rosyjskim Amazonem. Firma obsługuje ponad 20 mln zamówień dziennie, współpracuje z ponad milionem sprzedawców, a bezpośrednio lub pośrednio związane są z nią ponad 4 mln miejsc pracy. W 2025 roku przez platformę przeszły towary o wartości około 75 mld dolarów.
Uderzenie w taki system daje efekty wykraczające poza wartość spalonego magazynu. Dron nie musi bowiem zniszczyć towarów wartych więcej niż on sam, aby jego użycie miało ekonomiczny sens. Pożar wielkiego centrum logistycznego oznacza przerwanie sortowania przesyłek, konieczność przekierowania transportu do innych magazynów, opóźnienia dostaw i przeciążenie pozostałych elementów sieci. Sprzedawcy tracą towary, klienci nie dostają zamówień, przewoźnicy muszą zmieniać trasy. Do tego dochodzą koszty odbudowy, ochrony kolejnych obiektów oraz organizowania zastępczej infrastruktury.
Według analizy Reuters Breakingviews ukraińskie ataki zniszczyły już niemal 30% powierzchni magazynowej Wildberries, a straty ekonomiczne związane z kampanią mogą sięgać 2–4 mld dolarów. Sprzedaż platformy miała spaść o około jednej czwartej. Co więcej, firma nie była ubezpieczona od skutków ataków określanych jako akty terrorystyczne, więc część kosztów spada również na przedsiębiorców korzystających z jej infrastruktury.
Skutki zaczynają docierać choćby do rosyjskiego systemu finansowego. Bank centralny zwrócił się do banków o łagodniejsze traktowanie przedsiębiorców poszkodowanych w wyniku ataków. Innymi słowy, zniszczenie magazynu przestaje być problemem właściciela hali. Staje się problemem sprzedawcy, który stracił towar, banku, któremu może przestać spłacać kredyt, i ostatecznie państwa próbującego ograniczyć gospodarcze konsekwencje całej operacji.
Kijów nie musi więc doprowadzić Wildberries do bankructwa. Wystarczy, iż sprawi, iż utrzymywanie sprawności tej sieci stanie się dla rosyjskiej gospodarki coraz droższe.
Jakby wojny nie było…
Jest jednak jeszcze jeden wymiar ukraińskiej kampanii, być może najważniejszy. Przez ponad cztery lata Kreml usiłował prowadzić wojnę w taki sposób, aby większość Rosjan odczuwała ją możliwie słabo. Owszem, setki tysięcy ludzi trafiły do armii, wzrosły wydatki wojskowe, pojawiły się sankcje i ograniczenia. Ale zwłaszcza mieszkańcy wielkich miast mieli przez cały czas pracować, konsumować i żyć w poczuciu względnej normalności.
Wildberries stało się jednym z symboli tej normalności.
Można prowadzić największą wojnę w Europie od 1945 roku, a jednocześnie wieczorem zamówić telefon, buty, zabawkę dla dziecka czy ekspres do kawy i następnego dnia odebrać paczkę kilkaset metrów od domu. Wojna toczy się gdzieś daleko. Giną ludzie, płoną miasta, ale codzienny rytuał konsumpcji działa dokładnie tak jak wcześniej.
Ukraińcy dzięki dronów próbują tę granicę przesunąć. Wojna ma pojawić się nie tylko w telewizyjnych wiadomościach czy w rodzinie zmobilizowanego żołnierza, ale także w najbardziej banalnych elementach codzienności: zamówienie jest opóźnione, towar przepadł w magazynie, sprzedawca zniknął z platformy, cena wzrosła.
To strategia niepozbawiona ryzyka. Magazyny Wildberries są obiektami cywilnymi i pracują w nich cywile. Już pierwsze duże uderzenia na centra logistyczne firmy przyniosły ofiary śmiertelne. Kolejni ludzie ginęli podczas następnych nalotów, także w sierpniu.
Im szerzej Ukraina definiuje infrastrukturę wspierającą rosyjski wysiłek wojenny, tym trudniejsze staje się pytanie o granicę między zapleczem militarnym a cywilnym. jeżeli magazyn internetowego sklepu staje się elementem machiny wojennej dlatego, iż przepływają przez niego towary wykorzystywane także przez żołnierzy, gdzie kończy się gospodarcze zaplecze wojny? Podobny problem dotyczy również kolei, telekomunikacji, zakładów przemysłowych czy firm transportowych.
I nie jest to wyłącznie kwestia natury humanitarno-prawnej. Ukraińcy dają bowiem Rosjanom argument do dalszej brutalizacji wojny. Moskwa również atakuje ukraińskie centra logistyczne, przekonując, iż przechowywane i dystrybuowane są w nich komponenty dronów oraz inne towary podwójnego zastosowania. 11 sierpnia rosyjskie ministerstwo obrony informowało m.in. o uderzeniach na obiekty Nowej Poczty w Kijowie, przedstawiając je właśnie jako element wojskowego systemu logistycznego Ukrainy.
Nie zmienia to zasadniczej odpowiedzialności za to, co dzieje się na Wschodzie. To Rosja rozpoczęła wojnę i to ona narzuciła jej reguły, od początku atakując także cywilne zaplecze Ukrainy. Dziś jednak również Kijów coraz szerzej definiuje to, co stanowi zaplecze wojenne przeciwnika. Konflikt stopniowo przesuwa się więc w stronę modelu, w którym coraz trudniej oddzielić front od gospodarki i wojsko od cywilnego zaplecza.
Ukraińskie drony nie latają jednak nad Rosję po to, by palić paczki z butami czy telewizorami. Najcenniejszym „towarem”, który Kijów próbuje usunąć z magazynów Wildberries, jest rosyjskie przekonanie, iż można przez lata prowadzić wielką wojnę i jednocześnie żyć tak, jakby jej nie było.