Powstanie Warszawskie: bohaterstwo, które stało się katastrofą. Nie zamieniajmy klęski w mit

goniec.net 2 godzin temu

Czy z tragedii, w której zginęło 150–200 tysięcy cywilów i około 16–18 tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, a stolica została systematycznie zrównana z ziemią, da się wydobyć jakikolwiek pozytywny bilans? Czy 63 dni heroicznej walki miały jakikolwiek realny efekt militarny? Czy likwidacja polskiego ośrodka władzy i elity nie ułatwiła Stalinowi narzucenia komunistycznego porządku? I czy dzisiejsza narracja o „zwycięstwie duchowym” nie jest czasem próbą osłodzenia goryczy klęski, którą Piotr Zychowicz nazwał wprost „obłędem ’44”?

Odpowiedź, po osiemdziesięciu latach, nie jest wygodna.

Decyzja: nie samowolka, ale kalkulacja pod presją

Decyzja o wybuchu powstania zapadła 31 lipca 1944 roku. Podjął ją gen. Tadeusz Bór-Komorowski w porozumieniu z Delegatem Rządu na Kraj Janem Stanisławem Jankowskim. Formalnie mieściła się w ramach planu „Burza”, który zakładał ujawnianie się struktur polskiego państwa podziemnego przed nadejściem Armii Czerwonej. Rząd RP na uchodźstwie w Londynie upoważnił Delegata do podjęcia ostatecznej decyzji w sprawie Warszawy. Prezydent Władysław Raczkiewicz i premier Stanisław Mikołajczyk wiedzieli o przygotowaniach i w zasadzie je akceptowali jako element polityki faktów dokonanych wobec Sowietów.

Nie była to więc czysta samowola lokalnych dowódców. Była to decyzja podjęta w warunkach ogromnej presji czasu, niepełnych meldunków (czołgi sowieckie „widziane na Pradze”), niemieckiej paniki w mieście i wiary, iż Zachód i – w jakimś stopniu – Sowieci będą musieli się liczyć z polskim faktem dokonanym. Wiara ta okazała się iluzją.

Generał Kazimierz Sosnkowski, Naczelny Wódz, był przeciwny wybuchowi powstania w Warszawie. Uważał je za przedwczesne, nieprzygotowane i pozbawione realnych szans powodzenia bez gwarantowanego wsparcia aliantów zachodnich. Ostrzegał zarówno przed iluzją pomocy sowieckiej, jak i przed tym, iż Zachód nie będzie w stanie (ani nie będzie chciał) skutecznie interweniować. Jego oceny były chłodne i pesymistyczne — w przeciwieństwie do bardziej politycznie zorientowanego premiera Mikołajczyka.

Sosnkowski nie zdążył (i nie mógł) wydać kategorycznego, wiążącego zakazu, bo decyzja zapadła w kraju w warunkach bardzo ograniczonej łączności, a formalna autonomia Komendy Głównej AK i Delegata Rządu była duża. Niemniej jego stanowisko było jednoznaczne: był przeciwnikiem.

Warszawa a plan „Burza”

Pierwotna koncepcja akcji „Burza” wyłączała Warszawę (oraz inne duże miasta) z terenu otwartych, dłuższych walk. Chodziło właśnie o ochronę ludności cywilnej i dóbr kultury. Zakładano działania na tyłach wycofujących się Niemców, głównie poza wielkimi ośrodkami miejskimi.

Zmiana nastąpiła w lipcu 1944 roku. Gen. Bór-Komorowski i kierownictwo w kraju uznali, iż w obliczu szybkiego zbliżania się Armii Czerwonej oraz tworzenia się komunistycznego ośrodka władzy (PKWN) konieczne jest zajęcie także dużych miast, w tym stolicy, aby wystąpić wobec Sowietów w roli gospodarza. To właśnie ta decyzja — lokalna, podjęta pod presją czasu i meldunków o sowieckich czołgach — otworzyła drogę do wybuchu powstania 1 sierpnia.

Powstanie nie było prostym, konsekwentnym wykonaniem uzgodnionego wcześniej planu rządu emigracyjnego i Naczelnego Wodza. Było raczej decyzją podjętą w kraju wbrew ostrożniejszemu stanowisku Sosnkowskiego i wbrew pierwotnej logice „Burzy”. Owszem, mieściło się w ogólnej filozofii „Burzy” (ujawnienie się przed Sowietami), ale konkretna decyzja o Warszawie była już inną jakością — bardziej ryzykowną, bardziej polityczną i mniej opartą na chłodnej kalkulacji wojskowej.

To wzmacnia krytyczną ocenę. Nie tylko brakowało realnego wsparcia zewnętrznego. Brakowało też pełnej zgody najwyższego dowództwa wojskowego na emigracji. Decyzja zapadła w atmosferze pośpiechu, niedostatecznych informacji i silnego nacisku politycznego (obawa, iż Sowieci wejdą do „pustego” miasta i przekażą władzę komunistom).

Bohaterstwo powstańców pozostaje poza dyskusją. Ale sama decyzja o wybuchu — zwłaszcza w kontekście sprzeciwu Sosnkowskiego i pierwotnego wyłączenia Warszawy z „Burzy” — wygląda jeszcze bardziej jak akt desperacji i nadmiernego ryzyka niż jak dobrze przemyślana operacja.

To właśnie jeden z argumentów, które sprawiają, iż określenie „obłęd” nie jest wyłącznie retoryczną przesadą.

Efekt militarny: prawie żaden

Z punktu widzenia frontu wschodniego powstanie nie zmieniło niemal niczego. Niemcy zaangażowali do walk w Warszawie jednostki SS, policji i część Wehrmachtu, ponosząc straty rzędu kilku–kilkunastu tysięcy zabitych i rannych (szacunki różnią się mocno). Dla skali operacji bagrationowskich i późniejszych było to jednak obciążenie marginalne. Armia Czerwona świadomie wstrzymała ofensywę na przedmościu warszawskim. Stalin nie zamierzał pomagać. Ograniczone próby pomocy ze strony 1. Armii WP gen. Berlinga były krwawe i bez znaczenia strategicznego.

Powstańcy związali pewne siły niemieckie na dwa miesiące. To wszystko. Nie otworzyli drogi na Berlin, nie osłabili istotnie niemieckiego potencjału, nie wymusili zmiany planów sowieckich. Cel militarny – samodzielne wyzwolenie stolicy – nie został osiągnięty choćby w minimalnym stopniu.

Zniszczenie miasta i prezent dla Sowietów

Po kapitulacji 2 października 1944 roku Niemcy przystąpili do systematycznego, planowego burzenia lewobrzeżnej Warszawy. Specjalne oddziały niszczycielskie numerowały budynki i metodycznie je wysadzały lub palili. Zamek Królewski, biblioteki, archiwa, kościoły, pałace – wszystko, co pozostało po walkach, miało przestać istnieć. To nie była już zwykła wojna miejska. To była zemsta i polityka. Powstanie dostarczyło Hitlerowi i Himmlerowi pretekstu oraz możliwości, by dokończyć dzieła.

Czy to ułatwiło Sowietom? Tak. W stolicy zniszczono najsilniejsze skupisko Armii Krajowej, jej kadry, struktury administracyjne i symboliczne centrum niepodległego państwa. Gdy w styczniu 1945 roku weszli Sowieci, znaleźli miasto-ruinę i społeczeństwo porażone stratami. Polskie Państwo Podziemne wyszło z tej próby śmiertelnie osłabione. Komitet Lubelski mógł przedstawiać się jako jedyna realna siła. Rząd londyński, który nie zdołał zapewnić pomocy, stracił wiarygodność w oczach własnego społeczeństwa i aliantów.

Powstanie nie stworzyło komunistycznej Polski. Ale znacznie ułatwiło jej narzucenie.

Zwycięstwo duchowe?

Narracja o „zwycięstwie duchowym” ma głęboki sens emocjonalny i tożsamościowy. Pokolenie, które w 1944 roku wolało zginąć z bronią w ręku niż czekać na kolejnego okupanta, stało się jednym z filarów polskiej pamięci narodowej. Po 1989 roku mit powstańczy pomógł odbudować ciągłość z niepodległą Rzecząpospolitą i legitymizować opór wobec komunizmu. Bohaterstwo żołnierzy AK i cywilów Warszawy jest bezdyskusyjne.

Pytanie brzmi, czy z tego bohaterstwa wolno robić wzorzec racjonalnej polityki. Czy naród, który traci elitę, stolicę i setki tysięcy ludzi w akcji z góry skazanej na niepowodzenie przy ówczesnym układzie sił, może nazywać to zwycięstwem? Zychowicz w „Obłędzie ’44” odpowiada ostro: to było zbiorowe samobójstwo popełnione w interesie Stalina. Norman Davies w „Rising ’44” kładzie większy nacisk na zdradę aliantów i tragedię, ale też nie ukrywa skali klęski.

Obie perspektywy mają swoje racje. Jedna podkreśla honor i wolę trwania. Druga – rachunek zysków i strat. Po 1945 roku Polska straciła niepodległość na prawie pół wieku. Część tej ceny zapłacono w sierpniu i wrześniu 1944 roku na ulicach Warszawy.

Wnioski

Powstanie Warszawskie było aktem najwyższego heroizmu i jednocześnie jedną z największych katastrof w historii Polski XX wieku. Miało znikomy efekt militarny, przyczyniło się do systematycznego wyburzenia stolicy i osłabiło polskie struktury niepodległościowe w momencie, gdy najbardziej były potrzebne. Nie było czystą samowolą – mieściło się w logice polityki rządu emigracyjnego i podziemia – ale opierało się na fatalnych założeniach co do zachowania Sowietów i możliwości Zachodu.

Dziś można i należy czcić pamięć powstańców. Nie wolno jednak zamieniać klęski w mit, który uniemożliwia chłodną ocenę. Narody, które nie potrafią oddzielić kultu ofiary od analizy błędów, skazują się na ich powtarzanie. Powstanie Warszawskie było tragedią. Próba uczynienia z niej zwycięstwa duchowego ma sens tylko wtedy, gdy jednocześnie potrafi się powiedzieć głośno: był to także obłęd.

Idź do oryginalnego materiału