Prof. Jerzy Hausner: Nie ufajcie tym, którzy wciskają wam głupoty

opolska360.pl 3 godzin temu

Prof. Jerzy Hausner – rozmowa

Bogusław Mrukot: Panie profesorze, kiedy rozmawialiśmy jesienią 2022 roku, wychodziliśmy z COVID-u, mieliśmy wojnę w Ukrainie, 17-procentową inflację i bardzo niepewne perspektywy gospodarcze. Dziś wojna w Ukrainie przez cały czas trwa, doszła kolejna – w Zatoce Perskiej – paliwa drożeją, inflacja znów nam zagraża. Jakbyśmy zatoczyli koło…

Jerzy Hausner: – Nie użyłbym takiego określenia. Nie powiedziałbym, iż mamy do czynienia z powrotem do punktu wyjścia. To jednak jest inna sytuacja. Lubię mówić, iż przeżywamy transformację ku nieznanemu.

– Czyli, mówiąc kolokwialnie: idziemy, ale nie wiemy, co czeka za rogiem?

– Właśnie tak. I to zaczęło być widoczne jeszcze zanim pojawił się COVID, a później rosyjska wojna. Przypomnę choćby wielkie fale migracji do Europy z Bliskiego Wschodu. Po drodze mieliśmy całą masę napięć, zakłóceń, turbulencji i kryzysów. W efekcie zaczęliśmy inaczej myśleć o świecie – w tej chwili nie wiemy, na jakie jeszcze szoki mamy się przygotowywać…

– …na przykład na taki szok jak Trump?

– W pewnym uproszczeniu tak. jeżeli ktoś taki został wybrany raz, można było wierzyć, iż drugi raz się nie zdarzy. Ale należało już zakładać, iż prezydenci o podobnej formacji myślowej mogą się pojawiać. Zresztą tendencje do wzrostu znaczenia ruchów ultraprawicowych i radykalnych pojawiały się w wielu krajach. Świat stał się dużo bardziej nieprzewidywalny i niepewny. I jedną z odpowiedzi, jednym ze słów-kluczy, których dziś używamy, jest odporność.

– Odporność na co adekwatnie?

– Na ryzyka nie tylko znane i kalkulowalne, ale przede wszystkim na te nieznane i niekalkulowalne. Rozumiem odporność jako zdolność reagowania na trzech poziomach. Po pierwsze – umiejętność natychmiastowej reakcji na uderzenie, jak w przypadku powodzi. To pierwsza linia obrony.

– A drugi poziom?

– Odtworzenie tego, co zostało zniszczone, ale w taki sposób, by przejść do rozwiązań kolejnej generacji. Czyli: uczymy się na doświadczeniu, wiemy więcej, uwzględniamy zmienne, których wcześniej nie braliśmy pod uwagę.

– Opole jest przykładem miejsca, które po powodzi w 1997 roku wyciągnęło wnioski.

– Opole się obroniło, głównie dzięki wielkim inwestycjom, zwłaszcza suchemu raciborskiemu zbiornikowi. Ale już Kotlina Kłodzka się nie obroniła. I tam żadne wielkie inwestycje retencyjne nie pomogą, co nie znaczy, iż nie są potrzebne. Wiemy, iż nawalne deszcze będą powodowały częstsze powodzie, zwłaszcza w terenach górskich i podgórskich. To nieodwracalne z powodu zmian klimatycznych. To jedna z tych „wiadomych niewiadomych”: wiemy, iż klimat się zmienia, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich konsekwencji.

– Modele matematyczne nam tego nie powiedzą?

– Możemy przewidywać wzrost temperatury, ale nie wiemy, jak zmieni się układ prądów morskich, wiatrów czy zmienność innych zjawisk przyrodniczych. To oznacza, iż musimy budować odporność inaczej – nie tylko przez wielkie inwestycje infrastrukturalne. Powódź z 2024 roku pokazała, iż dzięki ogromnemu wysiłkowi Racibórz uratował Opole i Wrocław, ale południowe części województw opolskiego i dolnośląskiego doznały katastrofy. Pytanie brzmi: czy potrafimy wyciągnąć wnioski nowej generacji i czy można się w pełni zabezpieczyć.

– O tym, iż we wrześniu 2024 roku nadejdzie niż genueński i spowoduje jakąś powódź, wiedzieliśmy wcześniej.

– Lepszy system monitorowania to za mało. Prosty przykład. Podczas powodzi okazało się, iż systemy komunikacji potrzebne do szybkiej reakcji nie działały – nagle wszyscy byli głusi i ślepi. Musimy budować inny typ łączności: być może satelitarną, własną, a może wrócić do prostych, starych systemów analogowych. Oba rozwiązania są potrzebne. To nowa wiedza.

– Ale powodzie to tylko jedno z zagrożeń.

– Oczywiście. Równie dobrze możemy mówić o suszy, braku wody. Te zjawiska się nakładają i kumulują. Co więcej, niektóre mogą być pogłębiane lub wręcz wywoływane przez zewnętrzny atak na infrastrukturę krytyczną. Samo myślenie o odporności jest niewystarczające. Żeby ją budować, trzeba rozwijać zdolność do transformacji ku nieznanemu i wzmacniać aktywne kompetencje na różnych poziomach funkcjonowania państwa i społeczeństwa.

– Tylko iż tutaj najsłabszym elementem wydają się ludzie. Wrócę do Kotliny Kłodzkiej: tak duże zniszczenia wynikały też z tego, iż mieszkańcy nie chcieli małych zbiorników retencyjnych.

– To bardziej złożona sprawa. Ważne jest, jaka była alternatywa i jak dialog prowadzono. Twierdzenie, iż „ludzie nie chcieli się przenosić”, to za proste. Trzeba pokazać, kto miał się przenieść i jakie decyzje planistyczne podejmowano. Czy nasz system planowania przestrzennego został wystarczająco zmieniony, by zapobiegać zabudowie na terenach zagrożonych powodziami? To najważniejsze pytanie.

Pan mówi, iż zawiedli ludzie, ale kiedy trzeba było ratować dobytek, kto pomagał? Ludzie. Tylko pytanie: Czy ci ludzie są wystarczająco wyposażeni? Kim oni są? jeżeli to organizacje pozarządowe, to jak są usytuowane względem służb państwowych? Czy potrafimy współdziałać? Czy są dostępne pod ręką rezerwowe środki, żeby nie trzeba było mobilizować wszystkiego z Warszawy?

– Taką organizacją jest dzisiaj tylko OSP.

– OSP jest niezwykle ważnym elementem naszego systemu bezpieczeństwa. Zarówno straż zawodowa, jak i ochotnicza mają ogromne znaczenie i dobrze się w Polsce sprawdzają. Tylko pytanie, czy to wystarcza. Nie mamy analogicznych służb medycznych, remontowych i innych. jeżeli wierzymy, iż tylko scentralizowane, hierarchiczne systemy są adekwatną odpowiedzią, to powiem jasno: koszty takiego bezpieczeństwa będą bardzo wysokie a jego skuteczność niska. Możemy zabezpieczyć wielkie miasta, ale nie zabezpieczymy mniejszych miejscowości i dużej części ludności. Czyli co? Tych ludzi skazujemy na bycie obywatelami drugiej kategorii lub na to, iż mają się wynosić?

Uważam, iż sama kategoria odporności jest zbyt wąska. A jeżeli ktoś chce używać kategorii bezpieczeństwa, to powiem wyraźnie: nie ma bezpieczeństwa bez rozwoju. jeżeli nie potrafisz zachować samodzielności rozwojowej, nigdy nie będziesz miał wystarczającego bezpieczeństwa wobec zagrożeń, które na pewno nie będą maleć.

– Ale czy Polska, przy jej populacji, zasobach naturalnych i skali gospodarki, jest w stanie wypracować samodzielność ekonomiczną?

– Nie mówię o samodzielności ekonomicznej jako samowystarczalności. Chcę wyraźnie powiedzieć: samowystarczalność jest filozofią pasywną i prowadzącą do zastoju. Mówię o samodzielności rozwojowej, czyli umiejętności określania ścieżki własnego rozwoju i znajdowania odpowiedzi również na tę część zagrożeń, którą możemy osłabiać, a nie możemy im zapobiegać w sensie, iż nie wystąpią. To oznacza: jeżeli relatywnie mało od nas zależy, to szczególnie zadbajmy o to, co od nas zależy.

– Co zatem konkretnie od nas zależy?

– Samodzielność rozwojowa wymaga myślenia strategicznego i dostosowania naszych struktur działania – instytucjonalnych, administracyjnych, ale też edukacyjnych i akademickich. Chodzi o to, by te instytucje nie działały tylko w sytuacjach kryzysowych, „na syrenie”, ale były elementem porządku, który służy rozwojowi, podnoszeniu kompetencji i wiedzy, także tej lokalnej, dotyczącej zasobów, które można wykorzystać, oraz wiedzy potrzebnej do współdziałania.

Nie możemy działać w logice: „każdy musi mieć wszystko”. Pojawia się więc pytanie: czy najdroższe urządzenia muszą być w każdym szpitalu? A może potrzebujemy lepszej koordynacji, tak, by każdy szpital nie musiał wszystkiego robić samodzielnie? Jak powinna wyglądać relacja między istniejącymi placówkami? Jak podzielić obowiązki? Czy możliwe są wspólne, choć lokalne centra diagnostyczne.

I dalej: jaka powinna być relacja między działaniami jednostki, która musi dbać o swoje zdrowie, miasta, które ma wpływać na zdrowie mieszkańców, a działaniami stowarzyszeń czy grup ludzi, którzy mogą sobie wzajemnie pomagać – nie tylko wtedy, gdy zbiera się pieniądze. Weźmy choroby cywilizacyjne. Cukrzyca jest jedną z nich. Wiedza, którą ludzie zdobywają przez własne doświadczenia, ma ogromne znaczenie – pozwala im lepiej dostosowywać się do warunków egzystencji. A takich chorób przewlekłych jest znacznie więcej. I to nie są choroby, które można „zaleczyć farmakologicznie”, bo wymagają zmiany stylu życia, diety, codziennych nawyków.

– Czyli znowu dochodzimy do ludzi?

– No właśnie. I szkoda, iż tak często o tym zapominamy. Uważam, iż kompetencje ludzi są fundamentem tego, co nazywamy odpornością. A ich rozwijanie i dostosowywanie do zmieniającej się rzeczywistości to ogromne wyzwanie. W tym wszystkim kluczową rolę powinny odgrywać uniwersytety. Z jednej strony są zakorzenione w świecie wielkiej nauki, uniwersalnej wiedzy…

– W tej słynnej „wieży z kości słoniowej”?

– Nie używam tego określenia i nie tak o tym myślę. Muszą być „światowe”, ale jednocześnie zakorzenione w swojej lokalności. Z jednej strony uczestniczą w uniwersum nauki, są repozytorium wiedzy i udostępniają ją w nowoczesny sposób. Z drugiej – powinny rozwijać to, co nazywa się wiedzą obywatelską, czy nauką obywatelską. To wiedza, którą posiadają różni ludzie, a która po połączeniu daje zdolność obserwowania tego, co dzieje się w najbliższym otoczeniu – w tym zagrożeń środowiskowych – i umiejętność dostosowywania się do nich.

Zmiany klimatu sprawią, iż w miastach pojawią się gatunki inwazyjne. Będzie potrzebna wiedza nie tylko ogólna, ale bardzo lokalna: jak radzić sobie z np. komarami roznoszącymi różne patogeny w mieście o określonej wielkości, położeniu, układzie wiatrów, hydrologii. Pytanie brzmi: Czy potrafimy wytworzyć taką wiedzę, która pomoże ludziom adekwatnie reagować i zachowywać się w obliczu tych zmian?

– A potrafimy? Na jakim etapie jako państwo jesteśmy wobec tego wszystkiego, o czym pan mówi?

– Państwo nie jest układem, który można „zatrzymać” w pewnym miejscu i powiedzieć: „OK, to teraz mamy przełom i zaczynamy od nowa, odkrywamy wszystko jeszcze raz i działamy inaczej”. Państwo ma swoją ciągłość i magmowatość. Oczywiście, czasami ta ciągłość jest zrywana…

– …przy każdej zmianie ekipy rządzącej.

– No właśnie. I to jest ta nieciągłość, która bardzo dużo nas kosztuje. Bo to jest sytuacja, w której następcy nie przyjmują tego, co robili poprzednicy. Brakuje kontynuacji w wielu dziedzinach. Edukacja jest tu klasycznym przykładem niszczenia tego, co zrobili poprzednicy – nieustannego reformowania zreformowanego, czyli braku jakiejkolwiek stabilizacji.

– Casus Zalewskiej?

– To jest jeden z przykładów – likwidacja gimnazjów. Można dyskutować, czy gimnazja były nam potrzebne, czy nie, ale w końcu przeszliśmy przez trudny etap ich tworzenia. Po co więc to niszczyć. Mądrzej było poprawić i rozwinąć. Tak samo można było dyskutować, czy potrzebowaliśmy kas chorych, ale w końcu zorganizowaliśmy ten system. A potem go rozwiązano i stworzono NFZ – co akurat robił rząd, którego byłem członkiem, choć byłem temu przeciwny. Ale wcześniej byłem też przeciwny wprowadzaniu kas chorych, żeby było jasne. Odradzałem cały ten model ubezpieczenia zdrowotnego. Uważałem, iż inna droga byłaby dla nas lepsza, bardziej efektywna.

– Ale skoro już coś zrobiliśmy, to…?

– …to poprawiajmy, korygujmy błędy, ale starajmy się podtrzymywać to, co zostało zrobione i już działa. Nie róbmy kolejnych systemowych rewolucji. Nie potrzebujemy kolejnych reformatorów, tych wszystkich, którzy wiedzą lepiej. Potrzebujemy masy ludzi, którzy przyjmują odpowiedzialność za to, żeby systemy, w których uczestniczymy, były modernizowane i działały. Nie na zasadzie rozkazów z góry, tylko poczucia współodpowiedzialności obywatelskiej.

– Kto ma to wszystko wprowadzać w życie?

– Ci, którzy mają kompetencje i zdolność do działania. A te kompetencje i zdolności są rozproszone. To nie jest tak, iż ktoś jeden ma decydować o wszystkim. Wiara w to, iż na przykład na uczelni o wszystkim ma decydować rektor, bo to jedyny „słuszny” sposób kierowania takim organizmem jak uczelnia – to oczekiwanie na coś, co nie może przynieść efektów. A im dłużej trwa, tym skutki są gorsze.

– Czyli problemem jest brak delegowania obowiązków?

– Nie wiem, czy delegowanie to najlepsze słowo. Może raczej partnerstwo, dialog, współpraca. To mogą być różne słowa. Pytanie brzmi: Jakie role w tej wspólnocie wzmacniają poczucie wspólnotowości, a jakie mają być rolami decyzyjno-zarządczymi?

– Podobnie jak w samorządzie.

– Dokładnie. Do jakiego stopnia samorząd terytorialny ma być wspólnotą mieszkańców, a do jakiego – administracją państwową? Bo on pełni podwójną funkcję. jeżeli przechył jest zbyt duży w jedną stronę, to albo państwo źle funkcjonuje, albo samorząd przestaje być samorządem, wspólnotą mieszkańców, którzy przestają być współodpowiedzialni za miasto. I moim zdaniem dziś mamy przechył, który nie służy.

– W którą stronę?

– Bardzo wyraźnie w stronę podporządkowywania administracji samorządowej administracji centralnej. To jest stała tendencja: centralizacja, przerzucanie jak największej liczby zadań publicznych na samorząd, a jednocześnie pozbawianie go umiejętności samodzielnego finansowania lokalnego rozwoju. Mamy przechył w kierunku traktowania jednostek samorządu terytorialnego jako terenowych jednostek administracji państwowej. I ja nie mówię, iż tak w ogóle nie powinno być, ale jeżeli brakuje tej drugiej strony, to całość biurokratyzuje się, rutynizuje, przestaje reagować na zmieniające się wyzwania.

– Na przykład?

– Choćby wyzwania związane ze zmianami klimatycznymi, napływem imigrantów czy uchodźców.

– W przypadku uchodźców z Ukrainy wielu ma prostą receptę: nie wpuszczać.

– To nie jest problem, który da się rozwiązać dyskusją o tym, czy mamy Ukraińców wpuszczać, czy odbierać im świadczenia. Bo oni już tu są. Po drugie: są potrzebni. Bez nich wiele funkcji publicznych i usług prywatnych zwyczajnie by nie działało. Proszę sobie wyobrazić polskie koleje bez Ukraińców, polską gastronomię, szpitale… To półtora miliona ludzi, co najmniej. De facto nasi obywatele – w tym sensie, iż tu mieszkają i pracują.

– To znaczy, iż problem jest bardziej praktyczny niż ideologiczny?

– Trzeba sobie zadać pytanie: Jaka jest szansa, iż ci ludzie zostaną i staną się częścią naszego organizmu społecznego? Że ich dynamika, młodość, ambicje – tak jak kiedyś ambicje młodych Polaków – pomogą nam pójść gospodarczo w górę. To są konkretne pytania.

– Panie profesorze, pan ciągle pyta, choć to niby ja powinienem…

– Bo tych pytań jest mnóstwo. I trzeba na nie szukać odpowiedzi nie tylko w skali kraju czy świata. One dotyczą Opola, dotyczą Głuchołaz. Coś się tam wydarzyło i pytanie brzmi: Jak reagujemy? Jakie wyciągamy wnioski, jak odrabiamy swoją lekcję? Nie można tego sprowadzić do: „Poczekajmy na wybory, zmienimy władzę”.

– Czego pan oczekiwałby od władz?

– Żeby miały zdolność myślenia wyprzedzającego. Żeby miały strategiczną wyobraźnię. Bez niej nie da się zbudować wyobraźni obywateli, ich poczucia odpowiedzialności, przekonania, iż od nas coś zależy. Że możemy mieć wpływ. Żebyśmy nie byli bezradni i nie czekali, aż ktoś za nas wszystko załatwi. Pytanie brzmi: czy ci, którzy stawiają na samodzielność, odpowiedzialność, autonomię i współdziałanie, mają w państwie warunki, by ich wysiłek miał sens?

– Czyli chodzi o to, by aktywni mieli większe szanse niż pasywni?

– Tak. Oczywiście, jest część ludzi kompletnie bezradnych, zależnych od pomocy innych. Ale ktoś musi im tej pomocy udzielać. I pytanie brzmi: Czy ci, którzy pomagają, są do tego odpowiednio wyposażeni? To jest proces nieustannego diagnozowania zmieniających się problemów i podejmowania wyzwań. Tu nie ma prostych recept.

– Co decyduje o tym, gdzie będziemy jako społeczeństwo za kilka czy kilkanaście lat?

– To, czy w danym miejscu i czasie pula ludzi biorących współodpowiedzialność jest większa niż pula tych, którzy tylko oczekują, iż dostaną, a nic nie dadzą. choćby jeżeli nasze działania nie są idealne, ważne, by popychały sprawy do przodu.

– Jak w tym wszystkim ma się odnaleźć gospodarka? Mam wrażenie, iż po latach globalizacji i totalnej otwartości coś jednak pękło.

– Trzeba rozróżnić dwie rzeczy: globalizację i nasz udział w gospodarce globalnej oraz to, co daje siłę naszej własnej gospodarce. jeżeli spojrzymy na długi okres transformacji, Polska jest jedną z dwóch–trzech gospodarek o największym skumulowanym wzroście. To nie mówi wszystkiego, ale pokazuje, iż mamy ciągle dynamikę wzrostową.

– Skąd ona się bierze?

– Z ludzi. Przede wszystkim z aktywności przedsiębiorców i kompetencji pracowników. Fundamentem naszej gospodarki jest przedsiębiorczość, zaradność, zapobiegliwość Polaków. Czasem narzekamy, iż „Polak potrafi”, ale to jest nasza przewaga. W porównaniu z Niemcami – społeczeństwem starszym i coraz bardziej pasywnym – my wciąż jesteśmy dynamiczni, otwarci, z aspiracjami. Nie jesteśmy łatwym społeczeństwem, ale jesteśmy społeczeństwem na dorobku i zaradnym. I to jest siła. Nie chodzi o to, by hołubić przedsiębiorców, tylko im nie przeszkadzać.

– A jak ocenia pan odporność naszej gospodarki?

– Przeszliśmy COVID całkiem dobrze. Globalny kryzys finansowy – też. Radzimy sobie, pomimo wojny w Ukrainie. Ale wzrost kosztów energii to ogromny problem. jeżeli nie zrobimy nic z transformacją energetyczną, to pójdziemy w dół.

– Czy mamy w ogóle strategię transformacji energetycznej?

– Słyszałem, iż jakaś jest.

– A jednocześnie kandydat PiS na premiera mówi, iż będzie demontował OZE.

– Ma prawo. Niech robi u siebie, co chce. Ale niech nie opowiada ludziom, którzy już zainwestowali w OZE i wzmacniają naszą odporność energetyczną, żeby się z tego wycofywali. Bo żadnej taniej i czystej energii z węgla nie będzie. To jest zawracanie kijem Wisły.

– Ale jednak znajduje posłuch.

– Chce pan tego słuchać? To proszę słuchać. Chce się pan do tego dostosować? Proszę bardzo. Ale wystarczająco wielu niezależnych ekspertów musi mówić ludziom: „Nie przyjmujcie tego, nie ufajcie tym, którzy wciskają wam głupoty”. Patrzcie na swoje rachunki. Powinniśmy pokazywać konkretne przykłady. Spółdzielnie energetyczne, które obniżyły koszty energii na osiedlu czy w kamienicy. Ludzie tacy jak my zaczęli płacić mniej, uniezależnili się. Ta wiedza jest dostępna – wystarczy ją zastosować. Państwo powinno takim inicjatywom sprzyjać, a nie je karać, bo to właśnie one pomagają Polsce.

Oczywiste, iż ta formuła globalizacji, którą mieliśmy przez ostatnie dekady, nie jest do utrzymania. Ale to wcale nie znaczy, iż globalizacja zniknie raz na zawsze. Jesteśmy krajem, którego udział w globalnej wymianie handlowej rośnie. Globalizacja jest więc w naszym interesie. To oznacza, iż ciągle zyskujemy na konkurencyjności. Myślenie, iż wszystko mamy załatwiać w swoim polskim grajdole, jest absurdem.

– Czyli musimy grać w tej globalnej lidze, ale na własnych zasadach?

– Musimy być konkurencyjni i w skali Europy, i globalnie. Natomiast nie wszystkie wzorce globalizacji nam odpowiadają. Globalizacja, w której wielkie amerykańskie firmy technologiczne mają mieć warunki cieplarniane, a my mamy blokować rozwiązania, które opodatkowują ich działalność w Europie — to jest globalizacja, która nas uzależnia. Ona nie daje nam samodzielności. W takim układzie nigdy nie powstanie przestrzeń dla naszych własnych rozwiązań.

– I tu pojawia się kolejny casus, program SAFE…

– Zagrożenia, o których mówimy, to nie tylko Rosja. To rodzący się na naszych oczach „koncert wielkich mocarstw”, które chcą zapewniać pokój na swoich zasadach, czyli siłą. „Chcecie bezpieczeństwa? To się podporządkujcie”. A to oznacza: „Kupujcie naszą broń, za ceny, które my wam dyktujemy, na warunkach, które my wam dyktujemy. Koniec, szlus”. Kupicie za miliardy sprzętu, to dostaniecie 10 tysięcy żołnierzy, którzy będą u was stacjonować. I możecie się tym pochwalić. Tylko iż to nie jest myślenie o suwerenności. To jest bezkrytyczne uzależnianie się.

– Czyli nie decydujemy o regułach globalizacji, ale możemy decydować, w jakiej globalizacji chcemy uczestniczyć?

– Dokładnie. Nie ustalamy zasad gry, ale możemy wybierać, z kim rozwiązujemy konkretne problemy. Sprawy żywnościowe – w jednym układzie. Przemysł zbrojeniowy – w innym. Technologie – jeszcze gdzie indziej. Musimy mieć różnych partnerów. Ale za każdym razem musimy sobie zadać pytanie: Czy wejście w daną współzależność jest dla nas korzystne? jeżeli będziemy przyjmować warunki, które nie pozwalają nam rozwijać własnego potencjału, to zawsze będziemy zależni.

Jeśli ktoś nam mówi: „Kupujcie nasze uzbrojenie, to będziecie bezpieczni”, to odpowiedź powinna brzmieć: „Dobrze, ale czy dzięki temu będziemy w stanie rozwijać własną produkcję?”. Bo jeżeli nie — to będziemy stale uzależnieni. Nie da się wszystkiego sprowadzić do eksportu, importu i relacji płatniczych. Istotą rzeczy jest to, czy współpracując, handlując, rywalizując, podnosimy swój potencjał i zdolność do samodzielnego określania ścieżki rozwoju. I to pytanie musi się pojawiać na każdym poziomie: uniwersytetu, gospodarstwa domowego, miasta, regionu, kraju, Europy.

Jerzy Hausner w latach 2001– 2005 był posłem na Sejm oraz ministrem w rządach Leszka Millera i Marka Belki, w latach 2003–2005 wiceprezesem Rady Ministrów, oraz członkiem Rady Polityki Pieniężnej w kadencji 2010–2016.
Jest autorem i współautorem ponad 600 publikacji naukowych.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału