Pod koniec listopada w Muzeum Historii Polski została otwarta wystawa Gero Hellmutha „Przeciw zapomnieniu” – trzecia jego indywidualna wystawa w Polsce. Podczas wernisażu dyrektor muzeum, Marcin Napiórkowski, powiedział, iż inauguruje ona jednocześnie obecność sztuki współczesnej w placówce, którą kieruje. W jej wielkich przestrzeniach powstaje stała ekspozycja. Ma być otwarta w 2027 roku. W holu organizowane są wystawy czasowe. Poprzednia, miała tytuł „Rzeczpospolita powstańcza. Insurekcja kościuszkowska i jej tradycje”.
Oglądając wystawę Gero Hellmutha trzeba uważnie odczytywać znaczenia każdej z prac, jak też wszystkich razem. Tylko wtedy porusza, stając się niezapomnianym przeżyciem. Jej kuratorką jest Anna Ziębińska-Witek.
Otwiera ją praca „Kołatka” – symboliczna pozostałość opuszczonego, zrujnowanego domu. Ktoś, kto dawniej przychodził do niego, pukał kołatką w drzwi i czekał, iż ktoś z wewnątrz mu otworzy. Gero Hellmuth puka do naszych drzwi. Jego prace chcą rozmawiać. Mówią i chcą być wysłuchane.
W czasie wernisażu na prośbę artysty przedstawiłem jego życie i drogę twórczą. Swą wypowiedź prezentuję teraz Czytelnikom „Przeglądu Dziennikarskiego”.
***
Prawie trzydzieści lat jako dziennikarz i publicysta regionalnego dziennika „Kurier Szczeciński” opisywałem polsko-niemieckie życie artystyczne i społeczne. Kontakty Gero Hellmutha z Polską obserwuję od dziesięciu lat obserwuję.
Urodził się w 1940 roku w miasteczku Neustrelitz we wschodniej Meklemburgii, przed laty stolicy księstwa Mecklenburg-Strelitz, 100 kilometrów od Szczecina. Mieszka w Singen przy granicy ze Szwajcarią – 1200 kilometrów od Szczecina i Polski, 1500 od Warszawy. Gdy miał pięć lat, kończyła się wojna. Uciekał z mamą i bratem z rodzinnego domu. Widział śmierć. Nic wówczas nie wiedząc o przyczynach i przebiegu wojny, nagle doświadczał najtragiczniejszych jej skutków. Dobroci i czułości matki zawdzięcza, iż tamten czas nie zniszczył mu przyszłości.
Jest z pokolenia dzieci wojny, które od końca lat sześćdziesiątych zaczęło zmieniać społeczeństwo zwłaszcza Niemiec zachodnich, stawiając dziadkom i rodzicom trudne pytania, dotyczące ich roli w czasach nazizmu, domagając się wyjaśnień, dążąc do uregulowania stosunków z krajami, które od Niemiec ucierpiały, do pojednania z Polską. Tamto pokolenie mówiło wówczas i potem, iż pamięć o nazizmie i wojnie musi trwać. Że choć nie jest winne zła, wyrządzonego innym narodom, to ponosi odpowiedzialność za jego skutki – taką wypowiedź Romana Herzoga, prezydenta już zjednoczonej Republiki Federalnej z 1996 roku, Gero Hellmuth uznał za swoją i umieścił w katalogu jednej z swoich wystaw.
W Akademii Sztuki w Karlsruhe, a studiował w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, miał wybitnych profesorów, kontynuatorów ekspresjonizmu, współtwórców powojennej awangardy, mistrzów informelu, kierunku, kreującego wolność sztuki, jej uniwersalny język, przerzucającego mosty nad różnorakimi granicami. W tym duchu kontynuował studia we Freiburgu oraz Stuttgarcie i zaczynał kreować swój artystyczny świat, przeżywając niepokoje i nadzieje Niemiec, coraz wyraziściej uosabiane przez pokolenie dzieci wojny. Kończył też filozofię, był nauczycielem, jest muzykiem.
Jako artysta realizuje się na wielu polach, pozornie sprzecznych, w przestrzeniach sacrum i profanum, sztuki plebejskiej i wysokiej. Współpracuje ze stowarzyszeniem karnawałowym w Singen, poetami, aktorami, parafią luterańską, grupami ekumenicznymi, obrońcami bezrobotnych, kompozytorami z Izraela, Niemiec, Polski, np. ze znacznie odeń młodszym Michałem Dobrzyńskim. Jest autorem reliefów na pięciu dzwonach kościoła Marii Królowej w Singen, obrazów i rysunków inspirowanych Biblią, karykatur, karnawałowych kompozycji ściennych, jakie malował też na suficie sali zabaw, leżąc – niczym renesansowy mistrz – plecami na rusztowaniach, do tego groteskowych rzeźb na rynku jego miasta, przedstawiających postacie z regionalnej tradycji karnawałowej, rzeźb w przestrzeniach innych miast, wędrującego Krzyża Bezrobotnych, dowcipnych miniatur rzeźbiarskich.
Trzydzieści lat temu ukończył najważniejsze – myślę – swoje dzieło, tryptyk „Auschwitz-Befreiung” („Auschwitz-Wyzwolenie”). Kierowało nim przekonanie, iż jak najwięcej ludzi powinno pamiętać, czym był nazizm, obozy zagłady, Holocaust, Auschwitz, getta, zmagać się z tą wiedzą i przekazywać ją – jak przestrogę – w przyszłość. Kilka lat później w kościele św. Mateusza w centrum Berlina zaprezentował wystawę o symbolicznym tytule „… dass sie leben” („…że oni żyją”), ożywiającą pamięć o ofiarach nazistowskich zbrodni. Zapowiadała jego artystyczną i ludzką pielgrzymkę do Polski. Zawierała m.in. cykl „gegen das Vergessen” („przeciw zapomnieniu”). Tryptyk „Auschwitz-Befreiung” stał wtedy na ołtarzu, co wzmacniało jego wymowę.
Początkiem owej pielgrzymki w roku 70-lecia zakończenia II wojny światowej stała się wystawa „…dass man mit ihnen redet” – również poświęcona pamięci o wojnie i dialogowi z Polską, co obrazowała praca „Kołatka”, symbolizująca trwałą gotowość do dialogu. Prezentował ją w Niemieckim Stowarzyszeniu Parlamentarnym w gmachu Bundestagu.
Kolejny wielki temat jego prac to los i cierpienia dzieci wojny. Poświęcił mu wystawę „Kinder. Opfer zwischen den Grenzen” (2017). Była reakcją na masowy napływ uchodźców wojennych z Syrii w 2015 roku, a wśród nich bardzo wielu dzieci.
Następne dwie wystawy, zatytułowane „Hiob. Skarga i przezwyciężenie”, miał już w Polsce, w Szczecinie (2018) i Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku (2022). Otwierała je „Kołatka”, na obu prezentował cykl obrazów i asamblaży „Hiob” oraz wybór prac z cyklu „Dzieci wojny”, dopełniony w Gdańsku obrazami, które powstały po rosyjskiej napaści na Ukrainę. Podczas wernisaży były wykonywane utwory Michała Dobrzyńskiego. Improwizacje, inspirowane obrazami, grała Ewa Gruszka-Dobrzyńska. Tryptyk „Auschwitz-Uwolnienie” Gero Hellmuth przekazał muzeum w Gdańsku.
Teraz Warszawa, Muzeum Historii Polski, wystawa „Przeciw zapomnieniu”, kolejna zwrócona w stronę Polski, kolejna, którą otwiera „Kołatka” – apel o dialog. Nawiązuje do najbardziej tragicznych wydarzeń w naszych relacjach z Niemcami i do procesu powojennego pojednania, które stało się przykładem dla zwaśnionych narodów. Bez niego nie byłoby i nie może być zjednoczonej Europy. prawdopodobnie rozpadłaby się wpół, gdybyśmy od niego odeszli. Los chciał, iż w tym roku mamy 80-lecie zakończenia II wojny i 60-lecie faktycznych kluczy do pojednania, a są to: Memorandum Wschodnie Kościoła Ewangelickiego Niemiec, przełomowe orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich i odpowiedź na nie. W takim kontekście mocniej brzmi właśnie dziś zawarty w dokonaniach Gero Hellmutha apel o dialog Polaków i Niemców, o pamięć, trwałość procesu pojednania. Sztuka odgrywała w nim i przez cały czas powinna odgrywać szczególną rolę, bo jest ponad granicami i podziałami. Dziś, gdy – jak pokazuje nowy raport – społeczeństwa obu państw oddalają się od siebie, jest to wyjątkowo ważne.
W Muzeum Historii Polski Gero Hellmuth prezentuje po raz pierwszy tryptyk „Warszawa 1939-1945”. Chce go przekazać Warszawie. W tym muzeum jego prace nabrały nowych, wyrazistszych znaczeń. Dzień przed wernisażem, gdy kończyła się ich instalacja i dołączono do nich tytuły, przetłumaczone na język polski, zauważył, iż tylko jeden nie ma odpowiednika po polsku i został w niemieckim: „Umschlagplatz”.
Był tym głęboko poruszony, można powiedzieć, iż wstrząśnięty.
***
Może to, co teraz napiszę, będzie trywialne. Trudno. Poznając wystawę „Przeciw zapomnieniu” trzeba zwracać uwagę na jej kompozycję, układ prac, np. na drogę, wyznaczaną przez „Kołatkę”, wstrząsający „Umschlagplatz”, tryptyk „Warszawa 1939-1945” i obraz „Nadzieja”.
Równie istotna jest kompozycja prac, tworzących przestrzeń, przez którą droga prowadzi. Współtworzą ją konteksty, związane z biblijnym braćmi, Ablem i Kainem, z Hiobem, pytającym o przyczyny i sens cierpienia, o cierpienie dzieci.
Bardzo ważne są powtarzające się liczby 19 – nawiązanie do numerów więźniów Auschwitz i innych obozów zagłady, gdzie ludzi odzierano z imion i nazwisk. Jest to jednocześnie przywołanie kainowych, a to znaczy braterskich zbrodni (wszyscy przecież jesteśmy braćmi!), których kulminacją był XX wiek, gdy daty zaczynały się od liczby 19…
Wpatrywać się i wmyślać trzeba w znaczenia metalu i drewna w pracach Gero Hellmuta, istotę surowości drewna, grubych sznurów, wiążących obrazy, wierszy i strzępów Biblii w nie wtopionych, kolorów, jak biel, czerń, czerwień, zieleń, w spływające strużki farby, lustra, jakie są w instalacji „Umschlagplatz”, w które trzeba spojrzeć i zobaczyć w nich siebie. Dopiero wtedy bliżej poczuje się grozę tamtych wydarzeń i przerażenie, jakie w swoim dziele zamknął artysta….
Wystawa jest wstrząsająca, a przecież prowadzi do nadziei. Myślę, iż wynika to w jakiejś mierze z faktu, iż jej autorem jest artysta z Niemiec, przerażony wojną, której jest dzieckiem, a którą wywołał jego naród, zbrodniami, jakich ten naród dokonał. Artysta, który apeluje, by o tym nie zapominać, by pamięć ożywiać, bo to rodzi nadzieję, iż w końcu zło powtarzać się nie będzie. Że będzie odnawiać się braterstwo ludzi, jakie było u zarania świata. Naiwne? Po 1945 roku za naiwnych byli uważani ci, którzy ufali, iż kiedyś nastąpi pojednanie polsko-niemieckie. W latach 1965-1966 biskupi polscy i niemieccy dowiedli, iż nie było to naiwne. Musi być trwałe, kontynuowane.
Ku nadziei trzeba zmierzać, mimo iż wciąż jest niszczona. Przez tych, którzy wywołali wojny w Syrii, Ukrainie, innych miejscach świata. O ofiarach dzisiejszych wojen, które oby skończyły się szybko, nie wolno będzie zapomnieć. Zawsze też trzeba będzie pamiętać o sprawcach.
Bogdan Twardochleb
Fot. Muzeum Histoii Polski, Maciej Cioch












