Chwilami na twarzy Władysława pojawia się cień, który uświadamia, iż przeszedł coś, czego człowiek nigdy nie powinien doświadczyć. Ta zmora wojny budzi go po nocach, choć – jak przyznaje Władysław Zadorin – coraz rzadziej. Obrazy bledną, ale nie odchodzą. Władysław ożenił się z Olgą, która od dziesięciu lat mieszka w Opolu. Poznali się podczas spotkań charytatywnych, gdy Władysław zbierał pieniądze na rehabilitację jeńców wojennych.
Umierał kilka razy, a przynajmniej takie informacje docierały do jego rodziców. Pierwszy raz jako obrońca Wyspy Wężowej. Historia żołnierza Zadorina nie zaczyna się jednak w lutym 2022 roku, kiedy świat usłyszał o inwazji Rosji na Ukrainę i o niezłomnych żołnierzach ukraińskiej piechoty morskiej, broniących małej wysepki (690 m długości i 560 m szerokości – aut.) na Morzu Czarnym.
– Starszy brat już był w wojsku, więc i ja w 2019 roku zostałem żołnierzem kontraktowym – mówi Władysław Zadorin.
W armii został starszym operatorem artylerii przeciwlotniczej. Służył w piechocie morskiej w Odessie. W 2020 roku dostali zadanie w obwodzie donieckim, w rejonie słowiańskim.
Mieli rozkaz pilnowania czołgów, jako obrona przeciwlotnicza podążali w tym samym szyku. Rozpoczął się atak, a odłamki kasetowego pocisku z rosyjskiego „Goździka” (samobieżna haubica – aut.) oderwały Władysławowi dwa palce prawej dłoni.
– Mnie rjebiata przyszyli – stwierdza.
– Upoili go spirytusem, żeby nic nie czuł, a potem dużą igłą z wyposażenia żołnierskiego zaczęli przyszywać – opowiada Olga, żona Władysława, od dziesięciu lat mieszkanka Opola. – Nie było lekarza, więc palce przyszyli koledzy. Zrobili to tak, iż po ewakuacji udało się je uratować.
Dla nich wojna zaczęła się w 2014 roku, kiedy Rosja zajęła i zaanektowała Półwysep Krymski, włączając go do Federacji Rosyjskiej.
– Już wtedy cywile byli przygotowani, iż będą się bronić tym, co mają pod ręką: łopatami, kilofami – opowiada Władysław Zadorin. – Nie było czym atakować, nie było sprzętu, bo nie byliśmy do tego przygotowani.
Czy świat widział, iż Ukraińcy chcieli walczyć?
– Widział, widział… ale nie w takim stopniu, w jakim było to potrzebne – dodaje Olga.
„Ruskij wojennyj korabl, idi na chuj”
24 lutego 2022 roku, pierwszego dnia rosyjskiej inwazji, starszy matros Władysław Zadorin służył na Wyspie Wężowej. Bohaterstwo jej obrońców stało się jednym z symboli wojny w Ukrainie.
Wiedzieli, iż alarm o 4.00 nad ranem nie był już treningowy. Nadszedł rozkaz, by w pełnym rynsztunku być gotowym do odparcia ataku.
– Wyspa Wężowa jest niewielka, byliśmy przekonani, iż od niej rozpocznie się operacja, a nas było osiemdziesięciu chłopaków gotowych bronić jej ponad wszystko – opowiada Władysław. – Mieliśmy kilka maszyn, ale prawda jest taka, iż sprzętu było za mało. Z jednej strony 25 km do Rumunii, z drugiej 30 km do lądu ukraińskiego, możliwość przerzutu zaopatrzenia była ograniczona.
Około 9.00 rano zobaczyli podpływający statek wywiadowczy. Oddał w ich kierunku niecelny strzał.
– Chcieliśmy ewakuować cywilów, którzy zostali na wyspie. Według konwencji nie powinni brać udziału w walce ani być poszkodowani – mówi Władysław Zadorin. – Dogadaliśmy się z Rosjanami, iż stworzymy „zielony korytarz” dla cywilów. Podpłynęły dwa małe statki.
Gdy statek z cywilami zniknął z horyzontu, zaatakował krążownik „Moskwa” (w kwietniu 2022 zatopiony przez Ukraińców – aut.) oraz okręt patrolowy „Wasilij Bykow”. Ze wsparciem śmigłowców szturmowych ostrzeliwali wyspę z dział pokładowych.
Z krążownika „Moskwa” usłyszeli radiowy rozkaz poddania się.
„Ruskij wojennyj korabl, idi na chuj!” – krzyknął do radiostacji Bogdan Hockij, oficer straży granicznej.
Ta harda odpowiedź obiegła cały świat, stając się symbolem nieugiętości Ukraińców wobec rosyjskiej agresji.
– Broniliśmy się, potem próbowaliśmy się ukryć i wytrzymać ten atak – wspomina Władysław. – Po dwunastu godzinach musieliśmy wyjść z rękami do góry. Ale wykonaliśmy swoje zadanie: dzięki temu, iż utrzymaliśmy się kilkanaście godzin, Odessa mogła się przygotować do obrony. Planowo najpierw miała paść Wyspa Wężowa, a potem Odessa. Dzięki nam Odessa ocalała.
Władysław Zadorin wtedy umierał pierwszy raz
Zanim się poddali, Władysław zdążył nagrać film i wysłać go bliskim.
– Nasi chłopcy nauczyli się, iż nigdy nie mówi się „ostatni dzień”, ale wtedy pogodzili się, iż tak właśnie jest – mówi Olga. – Pogodzili się z tym, iż idą na śmierć.
Przez dwanaście godzin, od 16.30 do 4.30 rano, osiemdziesięciu obrońców leżało na brzuchu na molo, z lufami przy głowach. Nad nimi stało siedemdziesięciu rosyjskich żołnierzy, czekając na rozkaz: rozstrzelać, czy brać do niewoli.
– Tej nocy od morza wiał silny, zimny wiatr. Wielu żołnierzy leżąc nieruchomo na ziemi odmroziło sobie ręce i nogi – wspomina Władysław Zadorin. – Moje dokumenty i telefon leżały obok mnie. W tym czasie dzwonił brat, mama, tata… A ja nie mogłem odebrać.
Czy w takich chwilach żołnierz prosi Boga o cud?
– Nie myślałem wtedy o Bogu – stwierdza. – Myślałem o tym, jak mama będzie rozpaczać, jak tata to przyjmie. Myślałem o bliskich. Czy potrafią przyjąć taką moją ofiarę.
„Na Wyspie Wężowej broniący jej chłopcy bohatersko zginęli, ale nie poddali się” – poinformował w nocy z 24 na 25 lutego 2022 roku Wołodymyr Zełenski.
– Moja rodzina dostała list, iż nie żyję – mówi Władysław.
Obrońców Wyspy Wężowej często porównuje się do Spartan spod Termopil z 480 r. p.n.e. Stoczyli heroiczną walkę, mając przeciwko sobie miażdżącą przewagę sił rosyjskich.
Nie rozstrzelali. Wzięli do niewoli
Przewieziono ich do Sewastopola, gdzie spędzili dwa tygodnie. Sewastopol zapamiętali jako ostatnie miejsce, w którym byli traktowani zgodnie z konwencją międzynarodową.
– Potem przetransportowali nas do Symferopola, niedaleko Sewastopola – opowiada. – Tam nie byliśmy już jedynymi jeńcami, było sześciuset naszych chłopaków.
Stamtąd przewieziono ich samolotem do Kurska, a potem do Szebiekina, niedaleko granicy z Ukrainą, w obwodzie biełgorodzkim.
– Tam traktowali nas już jak przestępców – mówi. – Na terenie Rosji konwencje przestały działać. Wyrzucano nas z auta jak worki, a potem przez pięć godzin klęczeliśmy na lodzie. Mówili, iż czekamy na przyjęcie. I zaczęli bić, znęcać się.
Przez dwa dni nie dostali jedzenia ani wody. Byli rażeni prądem. Potem przewieziono ich kilkadziesiąt kilometrów dalej, gdzie po raz pierwszy dostali coś do jedzenia.
– Ale to były obierki ziemniaków, z całym błotem. Takiego brudu nie dostają choćby świnie – zaznacza Władysław Zadorin. – Najgorsze było poruszanie się korytarzem w pozycji zgiętej w pół, z rękami splecionymi na plecach. jeżeli ktoś podniósł wzrok, dostawał gumowym pejczem po głowie albo po nerkach. Wielu chłopaków po tych uderzeniach już nie dochodziło do siebie.
Zaczęto im przypisywać przestępstwa, których nigdy nie popełnili. Bito tak długo, aż przyznawali się do rzeczy, których nie zrobili: morderstw, zabijania cywilów. W ten sposób Rosjanie zapełniali kartoteki ukraińskich jeńców.
– Mój kolega nie chciał przyznać się, iż w Charkowie strzelał do cywilów, bo tego nie robił. Przecięli mu wzdłuż język – mówi Władysław. – Wypuszczano też na nas psy. Chłopaki mieli otwarte, ropiejące rany, niektórzy z zakażeniami.
Z każdym kolejnym dniem wojny ukraińskich jeńców traktowano coraz gorzej. Nie powiódł się plan Putina, iż w cztery dni zdobędą Ukrainę i to miało wpływ na brutalność wobec jeńców.
Było już coraz gorzej
Władysława i innych żołnierzy przetransportowano dalej, w głąb Rosji – tam, gdzie wyroki odsiadywali kryminaliści i zwyrodnialcy. Strażnikami byli głównie Jakuci i Buriaci. To właśnie oni najgorliwiej znęcali się nad ukraińskimi jeńcami.
– Tam poznaliśmy, czym jest tak zwane „powitanie” – opowiada. – Ledwo wyrzucili nas z auta, kazali iść korytarzem, a po obu stronach stał szpaler strażników bijących nas butelkami, kastetami, metalowymi pałkami.
Podczas takiego „powitania” łatwo było stracić przytomność.
Później przyszła kolej na „szoker” weterynaryjny – urządzenie pod napięciem wkładane do ust albo przypinane do genitaliów. Normalnie służy do poskramiania dużych zwierząt gospodarskich. Jeńców rażono nim regularnie.
– Jedzenie było tam w miarę znośne, ale człowiek miał jedną minutę na zjedzenie posiłku. W tej samej minucie musiał jeszcze umyć i odstawić miskę. To było niewykonalne – mówi Władysław Zadorin. – Więc jedliśmy głównie chleb, na szybko.
– Szyliśmy też ubrania więzienne dla przestępców, ale narzucano nam normy, których nie dało się wykonać – dodaje. – Za niewyrobienie znów były kary: rażenie prądem i szokerem. Niejednokrotnie tego doświadczyłem…
Wydawało im się, iż gorzej już być nie może. Po trzech miesiącach przewieziono ich jednak do kolejnego więzienia – w Alieksiejewce, w obwodzie biełgorodzkim. To był element strategii: nie pozwolić jeńcom przyzwyczaić się do jednego rodzaju tortur. Tam również spędzili trzy miesiące.
– W Alieksiejewce nie bili nas, bo naczelnik pochodził z Odessy, a większość naszych chłopaków też była z Odessy – wspomina Władysław. – Ale nie było dostępu do wody. Szerzył się świerzb, wszy, pluskwy i wszelkie robactwo. Próbowaliśmy z tym walczyć, rozgniatając wszy gołymi rękami.
Przed wyjazdem z Alieksiejewki do kolejnego zakładu karnego przynieśli im maść na świerzb – najpewniej po to, by nie przenosić chorób dalej. Wielu żołnierzy miało już na ciele otwarte rany.
Tam panował największy głód
Władysław Zadorin pamięta dzień 31 grudnia. Z powrotem zabrano go do Kurska, gdzie odbywała się wymiana jeńców. Wymieniono wszystkich, którzy tam trafili – oprócz niego. Trudno wyobrazić sobie, co czuje człowiek skrajnie wyczerpany, gdy widzi, iż wolność przechodzi mu przed oczami.
– W Kursku zostałem jeszcze cały rok. Ale człowiek nie może tracić wiary, iż to nie jest ostatni dzień jego życia – mówi.
To było najgorsze miejsce, do którego trafił.
– Tam panował największy głód. Jadło się wszystko, co wpadło w ręce: myszy, robaki – opowiada. – Nie dostawaliśmy wody, więc piliśmy wszystko, co tylko dało się wypić, żeby przetrwać.
– Władysław opowiadał mi, iż kiedy zobaczyli gołębia, tak bardzo chcieli go złapać i zjeść – mówi Olga ze łzami w oczach. – Ale w tych warunkach nie mieli na to szans.
W Kursku skumulowały się wszystkie możliwe tortury. Dochodziło do kastracji jeńców. Kryminaliści gwałcili żołnierzy.
– Dusili nas, szczuli rozwścieczonymi psami, które gryzły do krwi – mówi Władysław Zadorin. – Wielu miało otwarte, rozszarpane rany, a lekarza nie było.
Olga dodaje, iż bili go tak, iż ma dziś wbite kręgi kręgosłupa.
– Tego lekarze po wyjściu z niewoli nie byli już w stanie naprawić – mówi żona Władysława. – Szklaną butelką uderzali go tyle razy w głowę, iż ma trwałą traumę pourazową. Dali mu specjalnie za małe buty – całe szczęście, iż nie doszło do martwicy palców. A przez picie brudnej wody lekarze musieli mu już na wolności wyciąć woreczek żółciowy, bo groziło jego pęknięcie.
Przez cały ten czas Władysław Zadorin próbował skontaktować się z rodziną. Jak się później okazało, żaden z jego listów nie dotarł do bliskich. Niektórzy jeńcy dostawali pojedyncze listy, ale – jak mówi – to były wyjątki. Najpewniej chodziło o stworzenie pozorów, iż Rosjanie dbają o jeńców.
Władysław Zadorin: Ten ból nie znika
Władysław ma żal do międzynarodowych organizacji pozarządowych, iż żadna się nie pojawiła.
– Jak to możliwe, iż przez 679 dni mojej niewoli nie pojawiła się ani jedna organizacja, która nadzorowałaby traktowanie jeńców wojennych? – pyta. – Konwencje międzynarodowe przestały działać. Nikt się tym nie przejmuje…
Początkowo liczyli dni, ryjąc kreski na ścianie, ale za to groziły brutalne kary. Potem zapisywali je na kawałku mydła. W orientacji pomagała im też rosyjska stacja radiowa, której mogli słuchać.
W styczniu 2024 roku przewieziono go do miejsca, z którego zobaczył ukraińską ziemię. Dopiero po dwóch tygodniach od uwolnienia mógł spotkać się z rodziną – wcześniej żołnierz po takiej niewoli nie jest psychicznie gotowy na takie spotkanie.
Rehabilitację przechodził na Litwie i w ukraińskich Karpatach. Była psychoterapia, ale też zabiegi chirurgiczne – usunięto mu pęcherz.
– Psychika działa tak, iż budzę się w nocy, bo myślę, iż znów jestem na wojnie, iż znów jestem jeńcem – przyznaje. – Tego nie da się niczym zastąpić. Trzeba to przeżyć i nauczyć się żyć z tą przeszłością.
Olga dodaje, iż wcześniej miał wiele snów związanych z torturami i wojną. Często przez sen śpiewał hymn Rosji – to była jedna z tortur. Rosjanie budzili go w nocy i kazali śpiewać.
– To wraca. Te flashbacki. Potrzebuje chwili, żeby zrozumieć, iż tamtej rzeczywistości już nie ma – tłumaczy Olga.
– Nie powiem, iż całkowicie mnie zniszczyli, ale każdy jeniec stracił bardzo dużo – mówi Władysław Zadorin. – Ich zadaniem było nas złamać: psychicznie, fizycznie, na każdy możliwy sposób. Tego, co przeżyłem, nie da się opowiedzieć. Ale kiedyś to wszystko dokładnie opiszę.
Lista ofiar wciąż rośnie
Według oficjalnych ukraińskich danych, od początku wojny z Rosją, w lutym 2022 roku, zginęło ponad 46 tys. żołnierzy (oficerów, podoficerów i poborowych), a około 380 tysięcy zostało rannych. W połowie 2023 roku za zaginionych uznano 7 tysięcy żołnierzy – około 65 procent z nich prawdopodobnie trafiło do rosyjskiej niewoli.
Ilu z nich zostało zamordowanych, zmarło na skutek braku opieki lekarskiej lub popełniło samobójstwo, nie wytrzymując tortur, gwałtów i kastracji? Tego nikt nie wie. Wojna trwa.
Starszy matros Władysław Zadorin został odznaczony za udział w działaniach wojennych – otrzymał wyróżnienie naczelnego dowódcy za niezłomność oraz odznaczenie dowódcy sił morskich za wzorową służbę. Na centralne odznaczenia będzie musiał poczekać do końca wojny.
Co chciałby robić w Opolu?
– Mógłbym szkolić cywilów na wypadek trudnych sytuacji – mówi Władysław Zadorin. – Chciałbym wykorzystać to, co potrafię. Jak przetrwać, jak walczyć z Rosjanami. Ukraina stała się pierwszym państwem na świecie, prowadzącym wojnę dronów i stosującym nową taktykę.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania











