Scenariusze

bezkamuflazu.pl 3 godzin temu

Napięcie między USA, Izraelem a Iranem weszło w fazę otwartej konfrontacji. Dziś pytanie nie brzmi już, czy Iran odpowie, ale jak daleko ta wojna może się posunąć. Czy będzie to szybka zmiana władzy w Teheranie, długotrwała wojna wyniszczająca, czy początek chaosu porównywalnego z Irakiem po 2003 roku?

Amerykańsko-izraelska operacja rozpoczęła się od klasycznego uderzenia dekapitacyjnego wymierzonego w rdzeń systemu władzy i aparatu bezpieczeństwa. Celem stały się centra dowodzenia, łączność, wybrane instalacje rakietowe oraz kluczowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC). Tego typu operacja ma sparaliżować łańcuch dowodzenia i wywołać dezorganizację, zanim przeciwnik zdoła przejść do skoordynowanej odpowiedzi. Ma też wymiar psychologiczny – pokazuje, iż nikt nie jest bezpieczny choćby w najgłębiej chronionych ośrodkach.

Pytanie jednak, czy Iran był na taki scenariusz przygotowany.

Islamska Republika od dekad funkcjonuje w warunkach permanentnego zagrożenia. System władzy zaprojektowano tak, by przetrwać poważne straty kadrowe. IRGC posiada równoległe wobec armii regularnej struktury dowodzenia, a sukcesja polityczna i wojskowa w wielu obszarach została wcześniej zaplanowana. Infrastruktura związana z programem rakietowym jest rozproszona i głęboko bunkrowana, a system dowodzenia w ostatnich latach decentralizowano, by utrudnić jego sparaliżowanie jednym ciosem.

Dlatego pierwsze godziny wojny nie przesądzają o jej wyniku. Uderzenie było spektakularne i kosztowne dla Teheranu, ale nie musi oznaczać załamania państwa. Jak potoczą się jego losy – i losy tego konfliktu?

—–

W najbardziej korzystnym dla USA i Izraela wariancie obecna operacja nie przerodzi się w długą wojnę regionalną, ale doprowadzi do pęknięcia wewnątrz irańskiego systemu władzy.

Kluczowe jest tu rozróżnienie między aparatem wojskowo-rewolucyjnym a strukturą państwową jako taką.

Prawdopodobnie nie przez przypadek dotychczasowe uderzenia koncentrowały się przede wszystkim na wojskowych – dowódcach IRGC, centrach dowodzenia. Infrastruktura cywilna i administracyjna nie stała się głównym celem. jeżeli ten schemat się utrzyma, może to oznaczać próbę wywołania kontrolowanej implozji reżimu: osłabienia twardego rdzenia siłowego przy pozostawieniu przestrzeni dla alternatywy politycznej.

Taki scenariusz zakłada, iż w Teheranie dojdzie do wewnętrznego przesilenia. Część elit – technokratów, administracji państwowej, biznesu powiązanego z eksportem ropy – może uznać, iż dalsza konfrontacja z Zachodem grozi przetrwaniu państwa. jeżeli jednocześnie aparat siłowy zostanie osłabiony personalnie i logistycznie, presja na zmianę kursu może wzrosnąć.

Nie musi to oznaczać natychmiastowego upadku Islamskiej Republiki. Bardziej realna byłaby „korekta systemu”: odsunięcie najbardziej konfrontacyjnych frakcji, ograniczenie roli części struktur IRGC, powrót do negocjacji w sprawie programu nuklearnego i próba wyjścia z izolacji. Dla Waszyngtonu byłby to sukces bez konieczności okupacji czy długotrwałej operacji lądowej.

Warunkiem powodzenia takiego scenariusza jest jednak kilka czynników. Po pierwsze – utrzymanie presji militarnej przy jednoczesnym unikaniu masowych strat cywilnych, które mogłyby skonsolidować społeczeństwo wokół twardej linii. Po drugie – konieczny jest jasny sygnał, iż Zachód zaakceptuje „Iran po korekcie”, a nie wyłącznie Iran całkowicie zdemontowany. Po trzecie – nie mniej istotny jest brak bezpośredniej interwencji rosji i Chin, które mogłyby wzmocnić najbardziej radykalne frakcje. Nie chodzi tu o bezpośrednie wejście w wojnę (na to ani Moskwa, ani Pekin nie są gotowe), ale o stworzenie sytuacji analogicznej do zachodniego wsparcia dla Ukrainy. O ile w przypadku rosji to mało realny scenariusz, o tyle Chiny miałyby tu znacznie więcej asów w rękawie.

Załóżmy jednak, iż do niczego takiego nie dojdzie, a Amerykanom i Izraelczykom uda się zrealizować najkorzystniejszy scenariusz. Skutki takiego rozwoju wydarzeń byłyby daleko idące. Regionalne napięcie stopniowo opadłoby, ceny ropy wróciłyby do stabilniejszych poziomów, a Izrael zyskałby większe poczucie bezpieczeństwa strategicznego. Bliski Wschód nie stałby się przestrzenią wieloletniej wojny, ale przeszedłby przez okres ostrego, ale krótkiego przesilenia.

—–

Najbardziej realistyczny wariant zakłada, iż konflikt nie doprowadzi ani do szybkiej zmiany władzy w Teheranie, ani do załamania państwa. Iran przetrwałby pierwszy szok, odbudował łańcuch dowodzenia i przeszedł do strategii przetrwania. Wojna przekształciłaby się w długotrwałą, kontrolowaną eskalację.

W tym scenariuszu USA i Izrael kontynuowałyby precyzyjne uderzenia w infrastrukturę wojskową i program rakietowy. Iran odpowiadałby asymetrycznie: atakami rakietowymi i dronowymi, aktywizacją milicji w Iraku i Syrii, presją na żeglugę w rejonie Cieśniny Ormuz oraz wykorzystaniem Hezbollahu.

Konflikt przybrałby formę wojny na wyczerpanie. Kluczowa byłaby zdolność do utrzymania działań przez miesiące. Iran ponosiłby straty, ale zachowałby możliwość zadawania ograniczonych uderzeń. USA i Izrael utrzymywałyby przewagę powietrzną, ale nie wyeliminowałyby całkowicie zagrożenia rakietowego.

Region znalazłby się w stanie permanentnego napięcia. Liban pozostałby niestabilny, Irak balansowałby między presją Teheranu a obecnością amerykańską, a państwa Zatoki zwiększałyby inwestycje w obronę powietrzną i ochronę infrastruktury energetycznej. Żegluga w Zatoce Perskiej funkcjonowałaby przy podwyższonym ryzyku, co przełożyłoby się na wyższe koszty transportu.

Gospodarczo oznaczałoby to utrzymywanie się cen ropy na podwyższonym poziomie – niekoniecznie dramatycznym, ale zwiększającym presję inflacyjną. Politycznie skutkowałoby to dalszą militaryzacją regionu oraz większym zaangażowaniem mocarstw zewnętrznych. Dla Chin, jako największego importera ropy z regionu, najważniejsze byłoby utrzymanie minimalnej stabilności szlaków energetycznych, choćby kosztem cichego wsparcia dla Teheranu.

Społecznie Iran nie musiałby eksplodować rewolucją. Zewnętrzna presja mogłaby częściowo konsolidować społeczeństwo wokół państwa, mimo pogarszającej się sytuacji gospodarczej. Reżim adaptowałby się do warunków wojennych, jak w przeszłości w okresach sankcji.

Byłby to scenariusz bez spektakularnego finału – bez upadku Teheranu i bez jednoznacznego zwycięstwa Zachodu. Konflikt stałby się kosztowną, przedłużającą się normalnością.

—–

Najczarniejszy wariant zakładałby nie tylko osłabienie reżimu, ale jego faktyczne załamanie. Uderzenia dekapitacyjne, dalsze straty wśród dowódców IRGC oraz zniszczenie kluczowych węzłów dowodzenia mogłyby doprowadzić do rozpadu spójności aparatu państwowego. jeżeli równocześnie doszłoby do głębokiego kryzysu gospodarczego i masowych niepokojów społecznych, Iran wszedłby w fazę wewnętrznej destabilizacji.

Taki rozwój wydarzeń nie oznaczałby jednak automatycznie prozachodniego przełomu. Historia Iraku po 2003 roku pokazała, iż upadek centralnej władzy w państwie o silnych podziałach wewnętrznych może prowadzić do próżni bezpieczeństwa, a nie do szybkiej demokratyzacji. Iran jest krajem wieloetnicznym i regionalnie zróżnicowanym. Kurdowie na północnym zachodzie, Beludżowie na wschodzie czy Arabowie w Chuzestanie mogliby wykorzystać osłabienie centrum do realizacji własnych aspiracji. Rywalizujące frakcje IRGC, struktur bezpieczeństwa i duchowieństwa mogłyby wejść w otwarty konflikt o kontrolę nad państwem.

W takim scenariuszu pojawiłoby się ryzyko rozproszenia arsenału rakietowego oraz infrastruktury związanej z programem nuklearnym. choćby jeżeli nie doszłoby do przejęcia broni przez podmioty niepaństwowe, sama utrata centralnej kontroli oznaczałaby wieloletni chaos. Milicje, które dotąd działały jako narzędzie polityki zagranicznej Teheranu, mogłyby przekształcić się w autonomiczne ośrodki siły.

Konsekwencje regionalne byłyby poważne. Irak i Liban, już dziś kruche politycznie, znalazłyby się pod dodatkową presją. Turcja, rosja czy państwa Zatoki mogłyby próbować zabezpieczać własne interesy poprzez wsparcie wybranych frakcji. Izrael stanąłby przed dylematem: czy chaos w Iranie jest mniejszym zagrożeniem niż stabilny, ale wrogi reżim.

W wymiarze społecznym oznaczałoby to falę uchodźców – potencjalnie liczoną w milionach – kierującą się do Turcji, Azji Środkowej i Europy. Gospodarczo skutkiem byłaby poważna destabilizacja rynku energii. Zakłócenia eksportu z Iranu oraz niepewność w rejonie Zatoki Perskiej mogłyby wywindować ceny ropy do poziomów wyraźnie przekraczających 100 dolarów za baryłkę, z globalnymi konsekwencjami inflacyjnymi.

Największe ryzyko tego scenariusza polegałoby jednak na czymś innym: na utracie kontroli nad procesem. W przeciwieństwie do operacji wojskowej, którą można planować i kalibrować, rozpad państwa jest zjawiskiem trudnym do przewidzenia i jeszcze trudniejszym do zatrzymania. Upadek reżimu nie musiałby oznaczać końca zagrożenia – mógłby stać się początkiem długotrwałej niestabilności.

Ale czy plan na „dzień po” w ogóle istnieje? O tym piszę w dalszej części tekstu, który opublikowałem w portalu TVP.Infooto link do tego materiału. Zapraszam do lektury!

—–

A gdybyście chcieli wesprzeć mój ukraiński raport, polecam się poniżej.

Tych, którzy wybierają opcję wsparcia „sporadycznie/jednorazowo”, zachęcam do wykorzystywania mechanizmu buycoffee.to.

Osoby, które chciałyby czynić to regularnie, zapraszam na moje konto na Patronite:

Szanowni, to dzięki Wam powstają także moje książki! W sklepie Patronite możecie nabyć je w wersji z autografem i pozdrowieniami. Szeroka oferta pod tym linkiem.

Nz. Amerykańskie F-35, zdjęcie ilustracyjne/fot. Bartek Bera

Idź do oryginalnego materiału