W polityce można długo blefować, grać nie swoimi kartami i podbijać stawkę cudzymi pieniędzmi. W końcu jednak ktoś mówi: „sprawdzam”. Nie daj się oczarować, żeby się nie rozczarować – mówi z kolei rosyjskie powiedzenie. W stosunkach polsko-ukraińskich jest to rada całkiem użyteczna.
Newsletter
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!
Ostap Bender, Stepan Bandera i ukraiński sposób myślenia o polityce
Pierwotnie niniejszy tekst miał być prostą, surową opowieścią o tym, jak Ukraińcy w XX wieku kolejno wystawiali do wiatru swoich sojuszników, co do dziś stanowi ich modus operandi. Po rosyjsku – poczierk, czyli charakter pisma zdradzający autora. Taka opowieść okazała się jednak mało czytelna i nie dość przekonująca, dlatego przerobiłem ją na krótki, erudycyjny opis strategicznego mentalu Ukraińców, z którym nota bene oni sami wcale się nie kryją. Pokazała to choćby scysja między prezydentami w Gabinecie Owalnym Białego Domu, gdzie Ukraińcy udowodnili Amerykanom, iż najchętniej graliby kartami, które los rozdał komuś zupełnie innemu, i budowali własną pozycję, szastając cudzymi pieniędzmi. A przy tym posługiwali się szantażem moralnym wobec kontrahenta, który zaczął już myśleć kategoriami biznesowymi.
Na wstępie zaznaczę tylko, iż niniejszy opis, choć miejscami przykry i krytyczny, chciałbym jednak nasycić serdeczną życzliwością wobec ludzi nie tylko zmuszonych do obrony i odnajdywania własnego miejsca na ziemi, ale także trapionych wzmożeniem, nadwrażliwością i gorączkowymi bolączkami tożsamościowymi. Bolączkami nieznanymi ludziom, którzy na bezczelne pytanie „kto ty jesteś?” odruchowo i równie bezczelnie odpowiadają: „Polak mały”.
No cóż. Jak mawiają oni i Rosjanie – znałby wykup, żyłby w Soczi. Czyli na bogato. To aluzja także do gier karcianych, w których licytuje się jeszcze nieznane karty, by ewentualnymi atutami podmienić posiadane blotki. Albo przyjąć równie mało wartościowe, jeżeli akurat jest się na musiku. Czasami są to zagrywki niemal pokerowe, jak choćby uroczyste przekazanie przez Chruszczowa socjalistycznej Ukrainie Półwyspu Krymskiego, przy którym nasz „dar narodu radzieckiego im. Józefa Stalina” od samego początku wygląda jak jakiś śmieszny „pan Pikuś”. Częściej jednak są to po sowiecku ordynarne blefy, o czym dopiero na końcu.
Tak się bowiem składa, iż Ukraińcy podmienili sobie bohaterów masowej wyobraźni o bardzo podobnych danych osobo-poznawczych. Przeszli od fascynacji Ostapem Benderem do kultu Stepana Bandery. Czyli zamienił stryjek siekierkę na kijek – albo, inaczej mówiąc, z wiosennego deszczu pod zardzewiałą rynnę.
Znany dzięki powieściom doby radzieckiej wielki kombinator Ostap Ibragimowicz – syn Ibrahima – posługujący się nazwiskiem Sulejman-Berta-Maria-Bender-Bej vel Bender-Zadunajski, choć był postacią fikcyjną, miał fantazję i polot przewyższające choćby warszawskiego cwaniaka, o poczciwie safandułowatym lwowskim baciarze nie wspominając. Do tego dochodził urok osobisty na miarę innej legendy odeskiego półświatka, Soni „Złotej Rączki”, urodzonej w biednej podwarszawskiej wsi „Pawiaski”, które z trudem rozszyfrowałem jako graniczące dziś ze Śródmieściem dumne Powązki.
Jednym słowem, Bender to typ spod ciemnej gwiazdy, jak wielu innych ukształtowany przez twarde realia wielkomiejskiej ulicy – slangowo: „Odessa-mama i Rostów-papa”. Na opisywaniu żywotów takich ludzi Izaak Babel zrobił świetną, czyli światową, karierę literacką, uwieńczoną honorowym rozstrzelaniem z rozkazu samego generalissimusa Stalina. Honorowym, bo równie dobrze mogli go, dajmy na to, publicznie powiesić.
Inaczej było z koturnową postacią Stepana Bandery, który dorastał w atmosferze kompleksu człowieka drugiego sortu w i tak zaściankowej „Golicji i Głodomerii”, jak sarkastycznie przezywano habsburski region noszący oficjalną nazwę Królestwa Galicji i Lodomerii. Z tymi koturnami to oczywiście kolejna złośliwość, ponieważ człowiek ten był nikczemnej postury, co prawdopodobnie również rzutowało na jego kompleksy. Według rosyjskiej propagandy Bandera utwardzał sobie charakter, wyrywając muchom skrzydełka i wydłubując kotom oczy, co profilowałoby go jako typowego seryjnego mordercę – w rosyjsko-ukraińskim skrócie: maniaka. Na podobieństwo urodzonego w obwodzie sumskim Andrieja Czikatiły, jeszcze jednego bohatera zbiorowej wyobraźni przestrzeni postsowieckiej.
Jeśli więc pewien brytyjski recenzent zalicza Prowadź swój pług przez kości umarłych do najlepszych książek świata, doceniając nowatorski i radykalny sposób, w jaki noblistka miała opisać tkwiące w polskiej kulturze okrucieństwo, to chyba robi to wyłącznie z braku etnologicznego rozeznania. Najwyraźniej zabrakło konsultacji z Normanem Daviesem, który wyjaśniłby mu, jaki poziom okrucieństwa został wpisany w kulturę stepowych ludów Eurazji.
Buduj z nami Nowy Ład!
Twoje wsparcie to inwestycja w rozwój Polski. Pomóż nam budować niezależny portal opinii broniący polskiej suwerenności i wartości narodowych.
Ukraińskie scenariusze pisane cyrylicą. Sojusze, geopolityka i narodowy charakter
Kiedy w 2018 roku, podczas pewnego spotkania autorskiego, powiedziałem Wielkiemu Strategowi Geopolityki o swojskim nazwisku Bartosiak, iż trzeba się interesować scenariuszami pisanymi cyrylicą, poczuł się jakby osobiście dotknięty. Zareagował wyższościowo, a więc w sposób typowy dla przepisywaczy tekstów anglosaskich, dla których wsłuchiwanie się w głosy ludów trzeciego świata – takich jak, ich zdaniem, Polacy – jest marnowaniem czasu. Mniej złośliwie: chodziło o to, iż wtedy już samo wyrażenie „scenariusze pisane cyrylicą” pachniało „ludem smoleńskim” i „prawacką szurią”.
Odnosiłem się wówczas do rosyjskiej książki o banderyzmie jako egzystencjalnym zagrożeniu dla bytu Rosji. Było to sprawozdanie z konferencji naukowej historyków posiadających jednocześnie stopnie naukowe i związki z KGB. Bo tam się w tańcu nikt nie opuszcza. Skoro choćby filmy kostiumowe sponsoruje im towarzystwo historyczno-wojskowe, to najbardziej choćby upolitycznione IPN-y mogą takim fachurom co najwyżej nagwizdać.
Być może moment był nieco nieszczęśliwy, bo spotkanie promowało Strollowaną rewolucję, a popularny publicysta Rafał Ziemkiewicz przeżywał właśnie gorycz niewpuszczenia go do Wielkiej Brytanii – z podpuszczenia rewolucyjnych trolli właśnie. Tych samych trolli, którzy kilka później pojawili się w roli Wielkich Ekspertów od tropienia cyrylicy i do dziś toczą w tej sprawie spory sądowe. Ot, takie preludium do wojny pełnoskalowej, pod szokująco trafnym tytułem „To jest wojna”.
A jeżeli już jesteśmy przy kompetencjach eksperckich: jak ktoś się nazywa Klementyna Suchanow, to siłą rzeczy musi wiedzieć o Rosji więcej niż ci, których nazwiska kończą się na -ski i -cki, a choćby -icz i -uk. Swoją drogą, jak oni to zrobili, iż ukraińskie nazwiska kończą się właśnie na -uk?
Doszedłem więc do wniosku, iż przyszła pora coś im uświadomić. Otóż ukraińskie scenariusze są pisane cyrylicą – i to choćby w dosłownym znaczeniu tego wyrażenia. To trochę jak uświadomienie aspirującemu do szlachectwa mieszczaninowi, iż skoro nie mówi wierszem, to posługuje się prozą. Może niezbyt sprawnie, ale jednak.
A konkretniej: rosyjskie powiedzenie o stawianiu wszystkich kropek nad „i” odnosi się do litery, którą w Petersburgu i Moskwie zlikwidowano w ramach reformy ortograficznej, ale w Kijowie postanowiono zachować. Być może ktoś zostanie z tą informacją jak Himilsbach z angielskim, ale zapewniam, iż ma ona znaczenie.
W ramach wirtualnej wojny polsko-polskiej, wśród gombrowiczowskiego strojenia min i doprawiania gęby, zaczyna się dziś rozważać, czy aby ta matczyna, bezwarunkowa miłość do Ukraińców naprawdę nam się opłaca. Jedni mówią, iż oni nas przed Ruskimi bronią, a jeżeli choćby nie do końca, to przynajmniej nie mamy osławionych tanków na Bugu – tych samych, ze strachu przed którymi towarzysz Jaruzelski miał ogłosić stan wojenny. Inni odpowiadają, iż to ich wewnętrzna sprawa, której sami nie ogarnęli, a teraz szukają Leszka na kajak. Biorąc pod uwagę, iż ten Leszek to Lach, czyli Lechita, jest to bardzo niepokojące powiedzonko – coś w stylu „mądry Polak po szkodzie”.
Z punktu widzenia solidnie już ugruntowanych poglądów sztuki wojennej dylemat ten nie jest zero-jedynkowy, choć niestety daje efekt czegoś w rodzaju ujemnej synergii. Otóż sojusznik sojusznikowi nierówny, jak mawiał Hitler o włoskiej waleczności. Bo na przykład uwielbiany przez Polaków generał Patton i niespecjalnie przez nich ceniony marszałek Montgomery zwyczajnie, tak po ludzku, niemal się nienawidzili.
W skali geopolitycznej amerykańska pomoc wojenna wprawdzie ocaliła Francję i Wielką Brytanię, ale jakoś nie zapobiegła ich geopolitycznej deklasacji. Wszystko w ramach wspierania dekolonizacji, czyli zastępowania konkwistadorskiego kolonializmu kompradorskimi relacjami postkolonialnymi. W rezultacie Francja stała się krajem dość kuriozalnym: dwukrotnie ratowanym przez Jankesów z ciężkiej wojennej opresji i najpewniej właśnie dlatego cierpiącym na młodzieńczo radykalną amerykofobię.
Tak więc, skoro znać należy języki nie tylko przyjaciół, ale także wrogów, tym bardziej trzeba rozpoznawać narodowe charaktery jednych i drugich. Zgodnie z rosyjskim powiedzeniem: nie daj się oczarować, żeby się nie rozczarować.
Banderyzm na Ukrainie. Polityka historyczna, propaganda i sowieckie schematy
Promocja banderyzmu jako ideologii państwowej Ukrainy – od początku bohatersko, a dziś coraz bardziej desperacko walczącej – jednocześnie zaskoczyła i zniesmaczyła Polaków.
Oburzeniu towarzyszyły rozmaite próby wyjaśnienia tego zjawiska: od proniemieckiego pivotu, przez potrzebę przykrywania kolejnych afer korupcyjnych, aż po wskazanie Polski jako winnej nadchodzącej klęski. Bo po latach cudotwórczych obietnic za klęskę zostanie prawdopodobnie uznane zamrożenie konfliktu według status quo, a nie status quo ante. Czyli bez szans na odzyskanie terytoriów czasowo okupowanych albo de facto – a według niektórych interpretacji niemal de iure – inkorporowanych.
Z kolei Ukraińcy niesprzyjający obecnemu prezydentowi tłumaczą to jego ignorancją i zastępczym charakterem tematu, co brzmi raczej jak usprawiedliwienie. Tym bardziej iż jednocześnie nieproste przecież stosunki polsko-ukraińskie chcą widzieć postmodernistycznie, przez pryzmat modnego dziś „postkolonializmu” po „wielowiekowej okupacji”. Bez cienia wstydu, a choćby refleksji, kopiują przy tym zarówno styl, jak i argumentację kremlowskiej propagandy.
Językiem młodzieżowym można by więc powiedzieć: podwójny samobój.
Po pierwsze, z wdziękiem słonia w składzie porcelany po raz kolejny weszli na te same zastawione na nich grabie. Walka z ukraińskim nazizmem nie jest bowiem wydumką Putina z 2022 roku, ale projektem strategicznym realizowanym co najmniej od pijarowego sukcesu pierwszego Majdanu, zwanego pomarańczową rewolucją. Po drugie, kolportując antypolską narrację i posługując się bezpieczniackimi metodami, Ukraińcy piłują gałąź, na której siedzą, podważając etyczny sens wspierania ich wysiłku wojennego – wsparcia, które ekonomicznie i militarnie osłabia również nas.
Bo nie jest to kwestia narodowej naiwności zaszczepionej nam przez Miłosza czy innego Giedroycia, ale twarda gra geopolityczna, w której podstawowym czynnikiem pozostaje percepcja poziomu zagrożenia ze strony rosyjskiego imperializmu. Choć trzeba przyznać, iż słabo się słucha prawosławnych braci Słowian z uznaniem opowiadających, jakim to Giedroyć był zuchem, bo po wiekach mickiewiczowsko-sienkiewiczowskich bajek Polacy nareszcie przyznali, iż Wilno, Lwów i Grodno nigdy nie były polskimi miastami. Mniej mnie obchodzi, co na to schodząca ze sceny okrągłostołowa michnikowszczyzna; bardziej ciekawi mnie, jak czują się z tym koledzy z rosnącego w siłę Klubu Jagiellońskiego.
Wątek „postkolonialnych bólów fantomowych” po polskich Kresach – nie daj Boże po Małopolsce Wschodniej, bo to, cytuję, „analog Małorosji” – pięknie konweniuje z rosyjskim dowcipem o Czukczy, który ze zdziwieniem pyta, jakim prawem największy niemiecki filozof leży pochowany w świętej rosyjskiej ziemi, czyli Kaliningradzie. Dodałbym jeszcze, iż dokładnie takim samym prawem, jakim największa caryca Rosji urodziła się w polskim Szczecinie, a zajmująca jedynie niewielkie wzgórze Wawelu garstka Polaków niecnie wypędziła zacnych mieszczan niemieckiego Krakowa. To ostatnie już nie ode mnie – materiał przez cały czas można znaleźć na rosyjskim YouTubie.
W końcu problemem nie jest cynicznie zinstrumentalizowana polityka historyczna, ale samo przekonanie, iż cała ta przeceniana historia jest jedynie współczesną interpretacją przeszłości. Przynajmniej zdaniem Putina oraz – jak się okazuje – coraz większej części zwykłych Ukraińców.
Wychodzi więc na to, iż absolwenci sowieckiej szkoły historiozofii także na Ukrainie nie próżnują. A przy takim poziomie świadomości procesów dziejowych każdemu narodowi można wcisnąć adekwatnie dowolną politykę historyczną.
Przy czym, już zupełnie serio: jeżeli partyzanci UPA w strasznych czasach przymusowej kolektywizacji prowadzonej na terenach byłych polskich Kresów ratowali ludność przed śmiercią głodową, za co później wieszano ich na płotach i framugach drzwi ratusza, to dla tych ludzi byli bezwarunkowo bohaterami. Niezależnie od tego, kto dla postrachu ich wieszał. A nie robili tego mityczni Moskale z Kałmukami, ale często tacy sami Ukraińcy – tyle iż stojący po drugiej stronie ideologicznej barykady.
Kiedyś słyszałem wykład rosyjskiego liberała, który stwierdził, iż skoro Polacy i Finowie potrafili złożyć broń i uznać bezsens dalszej walki z ustaleniami jałtańskimi, tym bardziej powinni byli zrobić to sowieccy Ukraińcy. Finowie z Berlinem przegrali, Polacy z Londynem wygrali, ale się poddali, a Ukraińcy z Moskwą mogli tylko wygrać.
Powyższy przykład pokazuje jednak, iż fenomen „wyklętych-niezłomnych” wymyka się rozumowaniu człowieka, który chce widzieć świat w jednoznacznych kategoriach, na podświadomym poziomie myląc propagandę z taką czy inną nauką. jeżeli ktoś twierdzi, iż druga konspiracja ukrywała się po lasach „z nawyknienia”, to mimowolnie potwierdza, iż przypisuje jej cechy lombrozowskiego bandyty.
Wobec tego wszelkie dywagacje o tym, czy wolno porównywać jednych bohaterów z drugimi, mają wartość najwyżej wyłudzonej wierszówki. Podobnie zresztą jak przekomarzania o tym, co jest „zbrodnią niesłychaną”, a na co należałoby przymknąć oko. Zgodnie ze stalinowską zasadą, iż białoruskie niemowlę pozostawione, wbrew poleceniu, w podpalonej przez polskich żołnierzy chacie to nie tylko tragedia, ale także okrutna zbrodnia, podczas gdy rozliczanie wołyńskiego ludobójstwa sprowadza się już tylko do statystyki.
Ale taki bezwarunkowy kult bohaterów, bezkompromisowo abstrahujący od ich wcześniejszych wyczynów, również wyrasta z mentalności sowieckiej, a konkretnie postbolszewickiej. Jak mawiał Mao: rewolucja to nie proszony obiad czy inne tam przedstawienie.
Przykładowo, jeszcze nie tak dawno słyszałem młodego Ukraińca z dumą nazywającego siebie komunistą, cytuję: „bo komuniści chcą dobra dla wszystkich ludzi”, oraz młodego Rosjanina tęskniącego za przeszłością: „bo może wam, Polakom, było wtedy źle, ale nam, Rosjanom, było bardzo dobrze”. I nie są to starcze sentymenty za czasami, kiedy człowiek był młody, piękny i zdrowy – bo raczej nie bogaty – pojechał na czołgu do Czechosłowacji, a potem i „w tym kraju” zrobił stan wojenny. Bardzo kulturalnie zresztą.
Na obszarze postsowieckim są to skutki naprawdę bezwzględnej i brutalnej, wielopokoleniowej indoktrynacji. Jej ofiary mogą wprawdzie przyjąć nową narrację, ale nakładają ją na stare schematy, dodatkowo przesączając przez specyficzną mentalność.
Wojna polsko-ukraińska pod czerwono-czarną flagą
Paweł Kowal – sługa narodu ukraińskiego?
Ukraiński charakter narodowy, czerwono-czarna flaga i zrekonstruowana tradycja
Temat ukraińskiego charakteru narodowego trzeba zacząć przewrotnie – od rzucenia kamykiem do własnego ogródka.
Swoją drogą, dokładnie tak samo potępiano kiedyś kreowanie w kinie postaci dobrego Niemca – choćby granego przez Marlona Brando w Młodych lwach – podczas gdy dziś wmawia się publiczności, iż warszawskie powstanki nie walczyły z frycami, helmutami, szkopami, szwabami, krautami i innymi niemiaszkami – i co to w ogóle za mowa nienawiści? – tylko z nazistami, cytuję: „takimi jak Robert Bąkiewicz”. Co dobitnie pokazuje, jak głupia potrafi być również nasza współczesna interpretacja przeszłości.
Narodowe potrzeby warto rozumieć i szanować nie tylko u siebie, ale także na wyjeździe. Warto choćby próbować zagłębić się w fakt recepcji i przywiązanie Ukraińców do czerwono-czarnej flagi i zawołania „Sława Ukrainie – herojam sława”. w tej chwili barwy te – abstrahując od wątku banderowskiego – objaśnia się również zgodnie z zasadami heraldyki jako symbolizujące krew i ziemię, a bardziej poetycko: słynny ukraiński czarnoziem. Podobnie barwy błękitno-żółte – bo tak brzmi ich ukraińska nazwa – mają symbolizować niebo nad ukraińską ziemią „wyzłoconą” słonecznikami, pszenicą i nadmorskim piaskiem. Wspólna krew przelana za ziemię to trochę kozacki ekwiwalent tradycyjnego rozumienia więzi wynikającej ze wspólnoty krwi w sensie etnicznym. Mówienie o etnosie kozackim jest bowiem nieporozumieniem. Nie było to choćby odrębne społeczeństwo, ale społeczność wyodrębniona w ramach systemu stanowego – obok „chłopa, pana i plebana”, ale także mieszczanina i Żyda – z własnymi obowiązkami, prawami i przywilejami.
Czerwono-czarną flagę widzimy obok błękitno-żółtej na obrazie Ilii Repina przedstawiającym zdarzenie bardziej anegdotyczne niż historyczne: Kozaków zaporoskich piszących wulgarnie znieważający list do sułtana Mehmeda IV. Samo zdarzenie również jest symptomatyczne. Sułtan domaga się zaprzestania grabieży i rozbojów, zwyczajowo wyliczając wszystkie swoje ziemie tytularne na dowód imperialnej potęgi. Na to brać kozacka odpowiada wyszukanym „ruskim matem” – od k…wa mać, ale z wyraźnym nawiązaniem do szachów – żeby zarozumialcowi pokazać, iż przed żadnym zewnętrznym ultimatum się nie ugnie. Swoim zbójeckim prawem Kozacy przez cały czas będą rabować dobytek i porywać ludzi, a niezadowolony z tego sułtan może sobie pisać, ale na Berdyczów.
Brzmi znajomo? Bo musi. Oto kulturowe korzenie buńczucznego, nomen omen, oświadczenia, iż nikt nie będzie Ukraińcom pisał historii.
Czerwono-czarne barwy widzimy również u Józefa Chełmońskiego – na kozackich mundurach. Przy czym są to już zupełnie inni Kozacy: carscy, chutorowi osadnicy i etatowi kawalerzyści, zaledwie podszywający się pod dziedzictwo naddnieprzańskiej demokracji wojskowej. To obcesowe wmieszanie się do ukraińskiej historii czarnosecińców „Trzeciego Rzymu” najwyraźniej jednak nie przeszkadza Ukraińcom w pozytywnej ocenie wspólnych kolorów wojennych. Co w dość kompromitujący sposób spina autentyczne pogromy – inicjowane na polecenie carskiej policji politycznej, tzw. Ochrany, choć systemowo mylone z polskimi, wyłącznie spontanicznymi linczami i tumultami – z udziałem ukraińskich esesmanów w Holokauście. Tym razem zresztą również w czarnych mundurach.
Czerwono-czarna flaga i tradycja zrekonstruowana
Przede wszystkim trzeba jednak wiedzieć, iż kwestia kolorów czerwono-czarnych wpisuje się w rozbudowaną socjologicznie – a może choćby rozbuchaną – teorię tradycji zrekonstruowanej. Przy okazji w sposób niemal trockistowski rozwija ona przypisany tu Putinowi wątek współczesnej interpretacji przeszłości. Same barwy są przecież zupełnie neutralne: na swoich flagach eksponowali je także hiszpańscy anarchiści. Czy może anarchosyndykaliści?
Oznacza to, iż symbolika interpretowana z perspektywy antropologii kulturowej – tej od mitów, figur i narracji – zaczyna nie wystarczać, a jej adresat powraca do mądrości wcześniejszego etapu antropologii etnograficznej: tej od kuchni i strojów, śpiewów, tańców i podobnych ludycznych obyczajów. Wszystko po to, żeby dialektycznie wypełnić formę jakąś namacalną treścią. Albo odwrotnie – zwizualizować abstrakcyjne treści. Vide figura Żyda w jasełkowym korowodzie. Albo jeszcze inaczej: żeby wydumaną przez siebie figurę – na przykład owego Żyda – jakoś uzasadnić.
Początki rekonstruowania tradycji były jednak bardziej romantyczne – i to dosłownie – ponieważ praktykę tę przypisuje się XIX-wiecznym miłośnikom szkockiego folkloru, swego czasu w zasadzie wytępionego. Podobno również klasycystyczne ganki z filarami wcale nie stanowiły obowiązkowego elementu szlacheckiego „białego” dworku. W Żelazowej Woli była choćby ekspozycja, z której wynikało, iż takie ganki dobudowywano zabytkom już po 1918 roku. Spotkało to również budynek, w którym urodził się i mieszkał Fryderyk Chopin.
Jeżeli więc na podobne zabiegi zdecydował się naród polski, ze swoim wielowiekowym, mimo strat wojennych znakomicie udokumentowanym tysiącletnim dziedzictwem, to wtrącanie się w takie detale narodowi – jak chciał Dmowski – niehistorycznemu jest zbędną fatygą. Przyjmijmy nawet, iż naród nie jest więzią etniczną, która zaspokaja potrzeby i nakłada zobowiązania, ale tą całą „wspólnotą wyobrażoną”. Z tej ułomnej, ale warunkowo akceptowalnej perspektywy wynika, iż o ile Ukraińcy na wpół kreatywnie zrekonstruowali sobie aż dwie flagi – pokojową i wojenną – to niech im tak będzie. Tym bardziej iż im flaga prostsza, a jej barwy bardziej podstawowe, tym łatwiej przedstawiać ją jako znak o dawnym i oczywistym rodowodzie. A tu akurat współczesna Ukraina porusza się w obszarze prawosławnej mitologii, konkurując o palmę pierwszeństwa ze współczesną Rosją.
Nieco tylko abstrahując: niedawno zorientowałem się, iż podobnie jak Cervantes współtworzył język kastylijski, bardziej znany pod nazwą hiszpańskiego, Gutenberg – niemiecki, a Szewczenko – ukraiński, tak nowoczesny język rosyjski jest w ogromnej mierze dziełem Puszkina. Ten zaś niekoniecznie tylko podbierał słowa swojej plebejskiej niańce – niczym Chopin mazowieckie czy kujawskie melodie – ale również kreatywnie je generował. A wszystko to stulecia po tym, jak nasza grafomańska szlachta seryjnie produkowała pisemne pamiętniki, przy okazji utrwalając na papierze ustne gawędy i dorabiając się nie tylko własnego stylu barokowo-sarmackiego, ale także specyficznej formy piśmiennictwa zwanej sylwą – od łacińskiego silva rerum, czyli „las rzeczy”. Co by oznaczało, iż także wielikij, moguczij russkij jazyk jest nieco przereklamowany.
Banderowcy, ukraiński nacjonalizm i granice polskiego wsparcia
Próba kryminalizowania patriotycznie wzmożonych, a zarazem przewrażliwionych Ukraińców poprzez penalizowanie kozackich pseudotradycji oraz oficjalnie zatwierdzonego w armii okrzyku „herojam sława” może się wydawać samobójcza z punktu widzenia koncepcji współistnienia narodów. Potwierdza bowiem sfabrykowany na kosmopolitycznej lewicy zarzut o przyrodzonej wrogości wszystkich nacjonalizmów: iż samo założenie istnienia narodu jako zjawiska naturalnego – a nie przypadkowego społeczeństwa połączonego jakimiś iluzjami – musi prowadzić do podejścia transakcyjno-egoistycznego. I do klepania, ku uciesze gospodarczych wolnościowców, iż w polityce zagranicznej nie ma miejsca na moralność. Jak jakiś geszefciarski handełes.
Nie będę tu rozstrzygał, czy jest, czy jej nie ma. Zauważę jedynie, iż zimna wojna była walką o serca i umysły ludności dwóch pierwszych i trzeciego świata, a wygrała ją ta strona, która sprawniej wymachiwała sztandarem wolności. W tym także wolności gospodarczej, rzecz jasna – ale jako jednej z kilku równorzędnych wartości.
Stepan Bandera jako problem współczesnej Ukrainy
I nie dajmy sobie wmówić, iż marzeniem Bandery była po prostu suwerenna Ukraina, przepełniona różnorodnymi etnosami, byle tylko wszystkie identyfikowały się jako ukraińskie.
Jak etatowi „białoruscy Polacy” w oczach ich „baćki” Łukaszenki, dla których, cytuję, „językiem codziennej komunikacji” jest najoczywistszy rosyjski. Skoro Szkoci mówią po angielsku, to po co Polakom polski? I à rebours – po co ukraińskim Rosjanom rosyjski? Żeby knuli z mniejszością węgierską? Czyli znowu choćby nie niemieckie multi-kulti, ale jakaś sowiecka Cepeliada – od Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego, instytucji zajmującej się promocją i sprzedażą polskiego rękodzieła ludowego.
Jednak wobec ich marnej – przede wszystkim materialnie – kondycji „zwykłym” Ukraińcom można i należy dawać symboliczne fory oraz drobne ekonomiczne handicapy, choćby jeżeli ich aktywiści „odwdzięczają” się prowokacjami i sowiecką narracją o polskim rasizmie. Trzeba jednak przy tym systematycznie przypominać wszystkim, iż każdy kolejny blef ze strony ich elit może się dla nich skończyć pokerowym „sprawdzam”.
Co zresztą samo w sobie jest zagrywką. Ostrzeżenie albo działa, albo – jak w przypadku Kozaków zaporoskich – nie działa. Po haśle „sprawdzam” rozgrywka jest już skończona.
Ten tekst przeczytałeś za darmo dzięki hojności naszych darczyńców
Nowy Ład utrzymuje się dzięki oddolnemu wsparciu obywatelskim. Naszą misją jest rozwijanie ośrodka intelektualnego niezależnego od partii politycznych, wielkich koncernów i zagraniczych ośrodków wpływu. Dołącz do grona naszych darczyńców, walczmy razem o podmiotowy naród oraz suwerenną i nowoczesną Polskę.











