
W czwartkowe popołudnie w Klubie Modelarskim „Taurus”, działającym pod skrzydłami Miejskiego Ośrodka Kultury, praca wre. Na stole leżą nożyczki, pęsety, pędzelki, taśmy klejące, drobne elementy konstrukcji i książeczki z instrukcjami. W powietrzu unosi się delikatny zapach kleju i farby. Jeden z uczestników dopasowuje skrzydło samolotu pasażerskiego, drugi pochyla się nad plastikowym bombowcem PZL Łoś, a kolejny zajmuje się kultową Lancią 037 Rally. Każdy ma własny projekt i tempo pracy, może też opowiedzieć swoją historię. Jedni trafili tu za sprawą rodzeństwa, inni za namową rodziców. Część szukała nowych znajomości, pozostali chcieli znaleźć hobby, które pozwoli im zwolnić tempo i oderwać się od codzienności. Wszystkich, bez względu na wiek, łączy jedno – pasja do modelarstwa.
Tata i córka
W rodzinie Łukasza modele najpierw sklejał jego tata. Łukasz do dziś pamięta makietę lotniska z samolotami, którą ojciec zrobił mu na Boże Narodzenie. Teraz sam rozwija tę pasję, a od pewnego czasu dzieli ją również z córką Marysią.
– Zakładam słuchawki, puszczam muzykę lub podcasty i kleję. To mnie uspokaja – mówi Łukasz, który zajmuje się przede wszystkim modelarstwem kartonowym. Jak podkreśla, wymaga ono nie tylko cierpliwości, ale także wyobraźni przestrzennej i umiejętności planowania kolejnych etapów. Z płaskiego arkusza papieru trzeba stworzyć trójwymiarową konstrukcję.
Drugim hobby Łukasza jest astronomia – prowadzi Gminne Obserwatorium Astronomiczne w Mełgwi, więc szczególne miejsce w jego kolekcji zajmują rakiety, sondy i stacje kosmiczne. Interesuje go odwzorowywanie rzeczywistych konstrukcji, na przykład związanych z programem Mercury-Atlas, ważnym etapem amerykańskich załogowych lotów kosmicznych.
– Każdy model to okazja do poznania historii. Zanim rozpocznę pracę, czytam o konstrukcji, jej przeznaczeniu i okolicznościach powstania – wyjaśnia mój rozmówca.
Mężczyzna zaczynał od modeli o wysokości 50–70 cm. w tej chwili tworzy rakietę mierzącą 1,2 m. W planach ma kolejną, wysoką na 1,7 m, oraz prawdziwego kolosa – model Saturna V o wysokości 3,3 m. To właśnie taka rakieta wyniosła ludzi na Księżyc. Im większy model, tym więcej drobnych elementów trzeba precyzyjnie dopasować. Przy tak dużych konstrukcjach pojawia się również ryzyko odkształcenia kartonu, dlatego niekiedy konieczne jest wzmacnianie dodatkowymi warstwami kartonu technicznego.
Łukasz ma na koncie wiele nagród, ale podkreśla, iż nie one są najważniejsze: – Dla mnie każdy model ukończony w stu procentach jest sukcesem. Niektóre wychodzą lepiej, inne gorzej. Nie tworzę ich z myślą o konkursach. To po prostu przyjemność.
Marysia, uczennica szóstej klasy, na początku z ciekawością przyglądała się pasji taty. Podczas Festiwalu Modeli Kartonowych i Plastikowych w Świdniku Łukasz kupił jej model domku dla wróżki, sklejali go razem, a potem postanowiła zapisać się na zajęcia do klubu. Spodobały jej się.
Szóstoklasistka najchętniej buduje kartonowe kościoły i katedry. Jeden z jej modeli – Czarna Białostocka, zdobył wyróżnienie w Dęblinie. Takie konstrukcje wymagają dużej dokładności. Należy zadbać nie tylko o wygląd zewnętrzny, ale też o stabilność i odpowiednie połączenie wszystkich części.
– Oprócz tego, iż trzeba mieć dużo cierpliwości, trzeba jeszcze wiedzieć, co po kolei robić i umieć czytać instrukcje ze zrozumieniem. Modelarstwo uczy też systematyczności, dokładności i dążenia do celu. To wszystko przydaje mi się również w szkole – mówi Marysia. Dodaje: – Czasami podglądam tatę, żeby wiedzieć, jak i co robić. Mam dobrego nauczyciela.
Nie zawsze wszystko udaje się za pierwszym razem. Czasem trzeba odkleić jakiś element i zacząć od nowa. Dziewczynka przyznaje, iż bywa to irytujące, ale motywuje ją myśl o gotowym modelu. W przyszłości chciałaby zbudować rakietę, jak tata, albo duży okręt, podobny do dzieł instruktora Andrzeja Galińskiego. Na razie jednak musi jeszcze poćwiczyć. Ma natomiast nadzieję, iż więcej jej rówieśników zainteresuje się tworzeniem miniatur: – Samodzielnie zrobiony model to ogromna satysfakcja. Można zgłosić go do konkursu. Można też udzielić wywiadu do gazety o swoich zainteresowaniach. Za kilka lat będzie to wspaniała pamiątka.
Przyjemność i satysfakcja
Marcel uczęszcza na zajęcia od 2 lat. Wcześniej do klubu należał jego brat. 15-latek najchętniej buduje plastikowe modele samolotów pasażerskich, ale interesuje się również nowoczesnymi maszynami wojskowymi – zrobił model myśliwca F16. Wiedzę o nich zdobywa samodzielnie. Wykonanie jednego modelu zajmuje mu sporo czasu, bo, na przykład, skrzydła, kadłub, silniki i podwozie wymagają dokładnego dopasowania, a dodatkową trudność sprawiają naklejki, które łatwo uszkodzić podczas nakładania. Na szczęście cierpliwości nigdy mu nie brakowało.
Klub to dla nastolatka coś więcej niż miejsce rozwijania zainteresowań: – Mogę się tu uspokoić, oderwać od rzeczywistości, szybciej mija mi czas. Mam też możliwość poznawania nowych osób. Dostałem kilka dyplomów z konkursów, ale najważniejsza jest przyjemność zrobienia czegoś samodzielnie i satysfakcja z ukończonej pracy. Dzięki modelarstwu jeszcze bardziej ćwiczę cierpliwość, systematyczność.
Marcel ma też konkretny plan na przyszłość – chciałby zostać pilotem samolotów pasażerskich. Sklejanie modeli pozwala mu lepiej poznać świat lotnictwa.
Miejsce doskonałe
Kornel urodził się w Irlandii, a po przeprowadzce do Świdnika szukał nowych znajomości. To rodzice zapisali go na zajęcia do „Taurusa”.
– Spodobało mi się od razu. Można poznać fajnych ludzi, porozmawiać, a przy tym robić coś interesującego – mówi młody modelarz.
W klubie składa przede wszystkim plastikowe samoloty wojskowe, bo interesuje się historią lotnictwa. Ogląda filmy w Internecie i poznaje konstrukcje. Jedną z jego ulubionych maszyn jest MiG-15, produkowany w Polsce w wersji Lim-2. Natomiast w domu najchętniej zajmuje się modelami samochodów. Szczególnie podobają mu się auta z lat 80., 90. i początku XXI wieku.
– Zamiast kupować gotowe autko, wolę zrobić model, chociaż zajmuje to sporo czasu, i mieć satysfakcję, iż sam go wykonałem – tłumaczy Kornel, przyznając, iż sklejanie idzie mu dość sprawnie, choć najmniejsze elementy potrafią wystawić jego cierpliwość na próbę. Konieczne jest wspomaganie się odpowiednimi narzędziami: pęsetą, precyzyjnym nożykiem i lupą.
Kornel ma za sobą udział w dwóch konkursach. W Dęblinie zdobył wyróżnienie za model Nissan R390 GTI. Najważniejsze jest jednak, iż znalazł miejsce, w którym doskonale się czuje.
Ważna jest atmosfera
Julian ma osiem lat i na zajęcia chodzi z bratem. Na początku w czytaniu instrukcji pomagał im tata, dziś są już bardziej samodzielni.
– Zaczynałem od plastikowych helikopterów. Były dla mnie najłatwiejsze i przyjemnie mi się je robiło. Teraz sklejam odrzutowiec z leśnym kamuflażem. Ma dużo elementów i te najmniejsze, na przykład część, do której przykleja się łopaty śmigła, sprawiają mi najwięcej trudności. Najbardziej lubię nakładanie kalkomanii, bo nie trzeba manualnie malować wzoru – opowiada Julek, który w Dęblinie zdobył wyróżnienie za model P-51 Mustang.
Chłopiec ma kolejne modelarskie plany: helikopter ratunkowy podobny do Pumy i łódź ratownicza. W przyszłości chciałby sklejać statki, ale wie, iż najpierw musi zdobyć więcej doświadczenia.
Modelarstwo uczy go cierpliwości, sprawności manualnej i odczytywania skomplikowanych instrukcji. Ważna jest też atmosfera zajęć.
– Lubię instruktorów, kolegów i koleżanki – mówi ośmiolatek.
Podróż w przeszłość
Dla instruktorów „Taurusa” modelarstwo jest również podróżą w przeszłość. Andrzej Misiurski, który modelarskiego bakcyla złapał od taty, wspomina czasy, gdy w sklepach i kioskach pojawiały się jedynie pojedyncze modele, farby bywały kiepskiej jakości, a klej robili ze specyfiku przyniesionego z WSK i połamanych szybek z modeli. Do dziś pamięta czeski model pomalowany na zielono, który przez tydzień leżał na kaloryferze, a farba wciąż nie wysychała. Ze śmiechem opowiada o wakacyjnej podróży, z przystankiem w Czechach, gdzie natrafił na sklep z różnymi zestawami. Ubłagał mamę, by kupiła mu jedenaście, bo chciał podarować je kolegom, którzy podzielali jego pasję. Później dowiedział się, iż jeden z modeli to prototyp maszyny, która nigdy nie wzbiła się w powietrze.
– Dzięki modelarstwu rozwijałem także wiedzę historyczną i techniczną. Zresztą, teraz też mamy wychowanków, którzy zdecydowali się na studia techniczne. Dziś sklejanie modeli jest z pewnością łatwiejsze niż kiedyś. Nie zmieniło się tylko jedno: przede wszystkim trzeba chcieć to robić – podkreśla Andrzej Misiurski, który ze względu na swój wyuczony zawód mechanika lotniczego szczególnym afektem darzy samoloty i śmigłowce, a także pojazdy wojskowe.
Wielokrotnie nagradzany na konkursach, za najfajniejszą nagrodę uznaje puchar otrzymany z Centrum Przygotowań do Misji Zagranicznych w Kielcach za mały, 5-centymetrowy model BRDM-2 – transportera opancerzonego, używanego do niedawna w Wojsku Polskim. Wykonał go w malowaniu misji zorganizowanej w jednym z państw byłej Jugosławii.
Historia w miniaturze
Andrzej Galiński, który mieszkał blisko Dęblina i marzył o szkole lotniczej, a potem pracował w WSK Świdnik, modelarskie doświadczenie zdobywał metodą prób i błędów. Po wypadku motocyklowym wielu rzeczy musiał uczyć się na nowo. Modelarstwo stało się sposobem na wypełnienie czasu i powrót do aktywności, później też pracą, bo zajął się nim w Klubie „Taurus”. Przyznaje, iż pierwsze konstrukcje nie były udane, ale z każdą kolejną szło mu coraz lepiej.
– Kolega z Ligi Obrony Kraju namówił mnie do udziału w konkursie organizowanym w Lublinie. Wystartowałem po raz pierwszy i zdobyłem dwa pierwsze miejsca. Z innym kolegą pojechaliśmy do Porąbki, gdzie zająłem drugie miejsce. Nie wierzyli, iż sam sklejałem modele. Dali mi kawałek papieru i kazali zademonstrować swoje umiejętności – wyznaje pan Andrzej, któremu, chociaż robił modele samolotów, szczególnie bliskie są okręty. Ich budowa potrafi trwać ponad rok, a liczba drobnych elementów idzie w tysiące. Jednym z nich jest brytyjski pancernik HMS „Hood”, którego historia tak go zainteresowała, iż postanowił odtworzyć jednostkę w miniaturze.
Mistrz też musi się uczyć
Praca instruktora wymaga nie tylko wiedzy technicznej, ale także cierpliwości wobec początkujących. Doświadczony modelarz często widzi rozwiązanie od razu. Ktoś, kto dopiero zaczyna, może potrzebować kilku prób i wielokrotnego wyjaśnienia tej samej czynności.
– Trzeba mieć trochę pokory, pozwolić na błędy. Nasi podopieczni nie muszą od razu wszystkiego umieć. Staramy się natomiast, żeby uczyli się nie tylko od nas, ale i od siebie nawzajem, pomagali sobie i wspierali się. My też uczymy się od nich – podkreślają Andrzej Misiurski i Andrzej Galiński.
Dla instruktora największą satysfakcją jest moment, gdy uczeń przerasta mistrza.
– To jest sens tej pracy – mówią panowie.
Agnieszka Wójcik-Skiba



![Młodzi z Ostrołęki w Belwederze. Szukali sposobów na wyludnianie się mniejszych miast [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/015_konferencja_wspolnie_na_rzecz_wyzwan_rzeczypospolitej_23-10-2026_gjb_6759jpg.jpg)






