A więc wracając do naszego ulubionego tematu. Zaczynam nabierać nadziei, iż rok 2026 będziemy wspominać w historii tak jak 1945 czy 1918.
Oczywiście, ponownie dodam, iż już parę razy wykazywałem się przesadnym optymizmem (acz moja zupełnie pierwsza notka z lutego 2022 nie miała jeszcze wiary w pieremogę, bo jej wtedy istotnie nie miałem: popierałem Ukrainę bo to Słuszna Sprawa, ale też się martwiłem, iż Chersoń przepadł na zawsze). Z uwzględnieniem wszystkich zastrzeżeń z tej serii, przejdźmy do konkretów.
Wiele naszych nadziei zniweczyła niemal własnoręcznie jedna osoba, Elwira Nabiulina, Hjalmar Schacht Putina. Ustabilizowała rubla, uchroniła system bankowy, pomogła Rosji przejść w miarę bezboleśnie przez pierwsze miesiące. To dzięki niej kremlowsy polittechnolodzy uspokoili stołeczne elity, iż owszem, chwilowo muszą jeździć do Courcheval przez Stambuł, a mercedesy serwisować u Cytrynowa i Gumiakowa, ale poza tym wszystko zostanie po staremu. A choćby się polepszy, bo obchodzenie sankcji to też dużo okazji na dodatkowy zarobek.
Od pewnego czasu trwa na nią nagonka, Sołowiew (et consortes) obwiniają ją o sztuczne spowodowanie kryzysu gospodarczego. Odrzucając inne wyjaśnienia uważają, iż wszystkie kłopoty Rosji biorą się z tego, iż Nabiulina spowalnia gospodarkę niepotrzebnie walcząc z inflacją.
Od dwóch tygodni Nabiulina nie pokazuje się publicznie. Miała wystąpić na w Petersburgu razem z takimi zwolennikami Rosji, jak Andrew Tate, Errol Musk czy Scott Ritter. Odwołała występ, bo podobno miała pogrzeb kolegi. Potem odwołała kolejne spotkanie, już bez wyjaśnienia. Teraz Pieskow oświadczył, iż jest chora i iż nie należy się w tym doszukiwać teorii spiskowych.
Zaryzykowałbym diagnozę, iż ta choroba to odstavkus fenestrensis. Putin prawdopodobnie jest niezadowolony z tego, iż jego cudotwórczyni nie może już zrobić kolejnego cudu. Jak pamiętamy z lemowskiej bajki o niebieskich śrubkach, tyran może sobie zamówić u Trurla Doradcę Doskonałego, ale i tak nie będzie umiał słuchać jego rad („karaluch z Młękocina dojechał, ale szambo zgasło”).
Poza tym dobrych wiadomości jest sporo. Drony średniego zasięgu, którymi Ukraina zniszczyła „suchopytny koridor” na Krym to broń, której w 2022 w ogóle jeszcze nie było. Pamiętacie? Szczytem techniki był wtedy Bayraktar, drogi i wielorazowy.
Ukraina postawiła na dużo tanich wyspecjalizowanych urządzeń, które można zrobić z części do kupienia „w każdym sklepie z częściami”. Rosjanie się śmiali z prototypów prezentowanych w zeszłym roku. Już im nie do śmiechu (z goryczą przyznali ostatnio Dwaj Majorzy). Jak wiadomo z historii oraz gier komputerowych oraz karcianych, wojen się nie wygrywa Superduperwuderwaffenami, tylko tym, co można stukać masowo, robiąc przeciwnikowi „zerg rush” talią „white weenies”.
Aleksander Czadajew pisze na zmianę jakieś niesamowie pierdolety o Szatanie i prawosławiu (część z nich chyba naprawdę w to wierzy!), a na zmianę całkiem ciekawie o technikaliach. Niedawno wyjaśniał rosyjskie kłopoty tak, iż Rosja postawiła na „mono-stawkę” w postaci Shahedów. Dronów typu mid-range nie rozwijali w ogóle, więc choćby jak zaczną jutro, to będą najwcześniej w 2027.
Tylko w fantazjach Awala to było możliwe, żeby w warunkach kryzysu uruchomić masową produkcję nowego produktu w pół roku. Nawiasem mówiąc, Avtokartoszka z desperacji zamiast elektryków, kleci teraz imitacje BMW z części, które im zostały po współpracy.
Co więcej, rosyjska obrona przeciwlotnicza bazuje na radarze, który nie widzi celów lecących poniżej 50 m. To dlatego te FP-5 sobie tak spokojnie przefruwają za Ural. Ukraińcy swoją obronę przeciwlotniczą postawili na akustyce. Rosja znów, choćby jeżeli zacznie to zmieniać jutro, to nic nie da w tym sezonie. Czadajew podsumowuje więc tak, iż Rosja jest bezradna wobec nowych ukraińskich dronów, a Ukraina coraz lepiej sobie radzi z Shahedami – i to się w najbliższym czasie nie zmieni.
A drony krótkiego zasięgu? Tu też jest źle. Romanov niedawno odwiedził front w rejonie Kramatorska i pisze, iż „niebo należy do przeciwnika”. Rosyjska piechota „nie ma oczu”. Wprawdzie ma drony-kamikadze, ale w tak małych ilościach, iż nie mogą ich używać zgodnie z przeznaczeniem – zresztą potrzebują ich, żeby dostarczać jedzenie na front. Nic innego się nie przebije, choćby opancerzony osiołek.
Powodów do optymizmu u nich nie ma. „Prodwiżenia – tolka po zakrasam”, pisze Romanow. „Sukcesy – tylko u Lejzorka w hodowli królików”, iż pozwolę to sobie tak literacko przełożyć.








