Trump obraził weteranów, ale Polska też jest im coś winna

opolska360.pl 2 godzin temu

Jolanta Jasińska-Mrukot: Słowa Donalda Trumpa, iż żołnierze państw sojuszniczych NATO w Afganistanie i Iraku siedzieli bezpiecznie na tyłach, prawdopodobnie jeszcze długo będą odbijały się szerokim echem. Dobrze, iż republikański kongresmen, gen. Don Bacon, weteran Iraku i Afganistanu, ostro skrytykował tę wypowiedź prezydenta USA. Jak widać, weterani wojsk sojuszniczych opierają się na faktach…

– Oczywiście. Polscy żołnierze i weterani, którzy służyli w Iraku, Afganistanie czy na Bałkanach, ramię w ramię z Amerykanami i innymi nacjami, nigdy nie usłyszeli od nich, iż jesteśmy gorsi, czy iż stoimy z boku. Każdy wykonywał swoje zadania.

Pamiętam, choć minęło już wiele lat od mojej służby w Iraku, iż po północy wjechaliśmy do bazy, a już o siódmej rano zjawił się u mnie dowódca patrolu amerykańskiego – mój odpowiednik z Marines – i powiedział, iż jedziemy w strefę działań, bo chce mnie ze wszystkim zapoznać. Już pierwszego dnia wyjechaliśmy na wspólny patrol polsko-amerykański. Po około dziesięciu dniach przejęliśmy od nich strefę i wykonywaliśmy dokładnie te same zadania, które wcześniej realizowali Amerykanie. Oni pojechali na urlop, a potem dalej walczyć. Tak wyglądała nasza służba na misjach.

– Czy weterani wojsk NATO spotykają się ze sobą?

– Tak. Jako wieloletni weteran działający w organizacji zrzeszającej 300 poszkodowanych żołnierzy z całej Polski uczestniczę w wielu międzynarodowych przedsięwzięciach. Spotykamy się w Szkocji na 64-milowym szlaku Cateran, spotykamy się w Waszyngtonie – tam przyjeżdżają żołnierze wielu nacji. Służyliśmy w Afganistanie, Iraku i innych miejscach na świecie, wielu z nas zostało poszkodowanych. Przełamujemy bariery, idziemy w marszach, a największy z nich to właśnie Cateran w Szkocji w czerwcu. Przyjeżdżają tam ludzie pod patronatem brytyjskiej korony. Nikt nie jest traktowany gorzej czy inaczej, po prostu spotykają się weterani. W tym roku również my zorganizowaliśmy tzw. Veterans Warrior Week w Sokołowsku na Dolnym Śląsku, w Górach Suchych.

– Dlaczego właśnie tam?

– To interesujące miejsce, które bardzo nam się spodobało, ale najważniejsze jest to, iż zostaliśmy tam kiedyś zaproszeni przez lokalne władze. Ktoś nas dostrzegł. To ma ogromne znaczenie.

– Zostawiacie na misjach zdrowie, niektórzy życie, a w przestrzeni publicznej was nie widać. Nie widzimy wdów, dzieci, rodziców poległych żołnierzy. Całe szczęście, iż weterani spotykają się między sobą i okazują sobie szacunek.

– Ten szacunek jest kluczowy. Potrafimy sobie pomagać i wspierać się. Na ostatnim Cateran Yomp w Szkocji byłem szefem polskiej sześcioosobowej drużyny. Biorą w nim udział weterani z całego świata: Kanadyjczycy, Francuzi, Amerykanie. Jeden z naszych poszkodowanych weteranów przeszedł najdłuższy odcinek i zdobył złoty medal. Ostatnie kilometry szedł ramię w ramię z amerykańskim żołnierzem, który dotarł do mety tylko dzięki wsparciu naszego kolegi. To wsparcie było bardzo mocno podkreślane podczas całego wydarzenia.

W Sokołowsku również gościliśmy przedstawicieli USA, Wielkiej Brytanii, Litwy i Ukrainy. Ukraińscy żołnierze służyli z nami w Iraku jako sojusznicy Stanów Zjednoczonych. Chcę podkreślić: jesteśmy szanowani przez weteranów amerykańskich i innych nacji.

– Wspomina pan o żołnierzach z Ukrainy…

– Mamy do siebie ogromny szacunek. Wiemy, jak wielkie ponoszą dzisiaj ofiary. Od trzech lat organizujemy dla nich turnusy rehabilitacyjne nad polskim morzem, w zaprzyjaźnionym ośrodku. To możliwe dzięki naszemu amerykańskiemu sponsorowi.

– Czyli amerykański biznes dostrzega żołnierzy sojuszniczych.

– Weterani nie oczekują wiele – oczekują szacunku. Prezydent Trump nigdy nie służył w armii, do Wietnamu też nie pojechał. Byłem w Stanach i wiem, jak społeczeństwo traktowało weteranów po wojnie w Wietnamie. Przez lata byli pozostawieni sami sobie. To zmieniło mentalność Amerykanów. Dziś szacunek wobec weteranów, zarówno własnych, jak i sojuszniczych widać na każdym kroku.

– Doświadczył pan tego osobiście?

– Tak. W 2014 roku uczestniczyłem w programie dotyczącym opieki nad weteranami. W fast foodzie usiadłem przy stoliku z pilotem cywilnych linii, który był w mundurze. Miałem saszetkę z logo „Respect and Support” i poszarpaną biało-czerwoną flagą. Lotnik wstał, zasalutował i powiedział: „Dziękuję ci za służbę”. Gdy odpowiedziałem, iż jestem polskim żołnierzem, który został ranny, był wyraźnie poruszony. W USA szacunek wobec weteranów czuje się na każdym kroku, choćby przy wejściu do samolotu pierwszeństwo mają poszkodowani weterani.

– To bardzo wzruszające. Słyszałam od Opolanki, której syn służy w armii USA, iż kiedy przyleciała do Stanów, na punkcie kontrolnym lotnisku salutowano jej, mówiąc: „Jesteś matką żołnierza. Dziękujemy”. W Polsce zachwycamy się paradami, ale o weteranach Iraku i Afganistanu, o poszkodowanych i poległych, zapominamy. Pan często podkreśla, iż oni znikają z przestrzeni publicznej.

– Kiedyś mówiło się o polskich żołnierzach, gdy ginęli lub byli ranni. Dziś cieszymy się, iż takich przypadków nie ma. Szczęście, iż nasze stowarzyszenie nie rośnie z powodu nowych poszkodowanych. Mamy dobry kontakt z MON i realizujemy wspólne projekty. Udało się znowelizować ustawę i zabezpieczyć finansowo weteranów. Teraz to prawo gwarantuje wsparcie poszkodowanym. Ale społeczeństwo o nich nie pamięta.

– Na początku lat 90. byłam na Istrii, gdzie wypoczywali polscy żołnierze UNPROFOR, którzy rozdzielali walczących Serbów i Chorwatów. Wielu z nich nie miało ubezpieczenia. Jeden z żołnierzy, pochodzący spod Prudnika, stracił później nogi po wejściu na minę. Od państwa nie dostał żadnych pieniędzy, a rodzice sami odebrali go z lotniska. To niewyobrażalne.

– Ubezpieczenia w pierwszych zmianach w Iraku i Afganistanie były żenująco niskie – 1000 zł za procent uszczerbku. jeżeli ktoś tracił nogę i miał 50 procent uszczerbku, dostawał 50 tys. zł. A życie wywracało się do góry nogami: leczenie, rehabilitacja, dostosowanie mieszkania, samochodu… Te pieniądze znikały błyskawicznie. Weterani składali pozwy o odszkodowania. Tylko jedna sprawa została wygrana w pełni.

– Czyli żołnierze, którzy stracili zdrowie, musieli walczyć o odszkodowanie w swojej ojczyźnie. To niegodne. Jak to się ma do hasła „murem za polskim mundurem”?

– Nam nie zależało na sądzeniu się z państwem. To państwo powinno zadbać o swoich żołnierzy. Sprawa ruszyła w 2024 roku – rozpoczęliśmy negocjacje i jesienią 2025 wypłacono rekompensaty zależne od procentu uszczerbku. Teraz te pieniądze realnie zabezpieczają weteranów. Mówimy o ludziach, którzy tracą ręce, nogi, zdrowie na zawsze – żadna kwota nie zrekompensuje tego w pełni. Ale problem finansowy został rozwiązany dzięki działaniom MON. Natomiast budowanie szacunku w społeczeństwie to zupełnie inna, trudniejsza sprawa. Tu potrzebna jest edukacja.

– Wie pan, mam takie przekonanie, iż długo pokutowała u nas taka posowiecka mentalność. Takie złe podejście do niepełnosprawności i do weteranów, które wywodzi się z poprzedniego systemu polityczno-społecznego. Proszę zobaczyć, co robiono w ZSRR z bohaterami wielkiej wojny ojczyźnianej – okaleczonych żołnierzy i weteranów wywożono za Ural. Być może każde społeczeństwo potrzebuje pewnego przebudzenia.

– Oczywiście. My wykonywaliśmy zadania postawione przez przełożonych, realizowaliśmy zobowiązania sojusznicze naszego kraju. I to niezależnie od tego, jaka opcja polityczna rządziła przez ostatnie 20 lat. Nieważne, kto był u władzy – decyzje o kontynuacji misji były podejmowane i podtrzymywane. W praktyce każda opcja polityczna ponosi za to odpowiedzialność. Weteranom zależy również na tym, aby szacunek wobec nich budować od najmłodszych lat. Władze samorządowe powinny o nich pamiętać, choćby zapraszając na lokalne uroczystości. Wśród weteranów są przecież kawalerowie Orderu Krzyża Wojskowego, najwyższego polskiego odznaczenia nadawanego za czyny dokonane podczas misji w czasie pokoju, a więc poza wojną obronną. To osoby odznaczane za wybitne dokonania.

– Czy w waszym stowarzyszeniu są weterani z Opolszczyzny? Przez misje w Iraku i Afganistanie przewinęły się tysiące żołnierzy z brygady logistycznej w Opolu i brygady saperów w Brzegu. Niektórzy z misji nie wrócili, albo wrócili okaleczeni.

– Mamy weteranów z całej Polski, także z Opola. Na naszych ostatnich warsztatach było małżeństwo z Opolszczyzny, bardzo zaangażowane w działalność stowarzyszenia. Przekazali choćby obraz na licytację podczas naszego corocznego Karnawałowego Balu Charytatywnego na rzecz rehabilitacji weteranów. Mężczyzna jest weteranem z Afganistanu. Sam bal to już rozpoznawalne przedsięwzięcie, tegoroczna edycja była dziesiąta.

– Czy na bal przyjeżdżają weterani z całej Polski?

– Nie, weterani w ogóle nie przyjeżdżają. To bal przeznaczony dla ludzi biznesu, którzy mogą finansowo wspierać weteranów. Dzięki tym funduszom organizujemy turnusy rehabilitacyjne, warsztaty psychologiczne, kilkudniowe przedsięwzięcia rehabilitacyjno-sportowe: marsze, rajdy rowerowe oraz inne działania służące weteranom. Stowarzyszenie szuka różnych sposobów pozyskiwania funduszy. Wysyłamy wiele próśb, pism, rozmawiamy z przedstawicielami biznesu. Odezwy bywają różne.

– Kto wspiera was najbardziej?

– Przede wszystkim Ministerstwo Obrony Narodowej – startujemy w konkursach o dotacje. To już naprawdę znaczące pieniądze, dzięki którym możemy zorganizować turnus rehabilitacyjny choćby dla stu osób. Drugim i trzecim donatorem są firmy zagraniczne, amerykańska i koreańska, sprzedające w Polsce sprzęt wojskowy.

– Trochę dziwne, iż wśród wspierających brakuje polskich firm zbrojeniowych…

– Przyznam szczerze, iż bez funduszy zagranicznych byłoby nam bardzo trudno. Dobrze byłoby, gdyby polskie firmy – zwłaszcza te związane z przemysłem zbrojeniowym, wyposażeniem armii czy logistyką wojskową, choćby dostawcy paliw – również przeznaczały choć ułamek swoich budżetów na wsparcie weteranów. Doskonale wiemy, jakie kwoty spółki z udziałem Skarbu Państwa wpłacały w ostatniej dekadzie na Polską Fundację Narodową, a efekty tych działań były mało widoczne. Jestem przekonany, iż środowisko weteranów potrafiłoby wykorzystać te pieniądze znacznie lepiej również w promocji Polski za granicą.

– Pan jest jednym z weteranów, którzy bardzo mocno doświadczyli, czym jest wyjazd na misję.

– Dwa razy wyjeżdżałem na misję. Pierwszy raz byłem w Libanie prawie 13 miesięcy, wróciłem pod koniec kwietnia 2000 roku. Druga misja to Irak. To była pierwsza zmiana polskiego kontyngentu w 2003 roku. To była trudna misja, logistycznie słabo zabezpieczona. Na miejscu okazywało się, jak duże mamy braki. Pojechaliśmy ze słabym sprzętem, nieopancerzonymi samochodami. Po prawie pięciu miesiącach, 12 grudnia 2003 roku, zostałem ciężko ranny w wyniku wybuchu miny-pułapki. Po leczeniu w szpitalu w Bagdadzie, a potem kilku miesiącach w Warszawie, Bydgoszczy i Szczecinie, spędziłem prawie rok na zwolnieniach lekarskich. Musiałem zakończyć służbę wojskową, wtedy było to obligatoryjne, bo komisja orzekła, iż nie nadaję się już do zawodowej służby. Po naszych staraniach i wzorując się na rozwiązaniach z innych krajów, m.in. USA, w 2010 roku wprowadzono możliwość powrotu do służby w kategorii „zdolny z ograniczeniami”. Dzięki temu część osób mogła wrócić do wojska.

– I co pan robił dalej?

– Za wszelką cenę chciałem pozostać aktywny zawodowo. Początkowo pracowałem w różnych instytucjach wojskowych, później kilka lat w firmach cywilnych. Przez pięć lat pracowałem w Urzędzie Miasta w Szczecinie. Kiedy stowarzyszenie zaczęło się dynamicznie rozwijać, wróciłem do wojska, już jako pracownik cywilny. Zajmuję się tematami zbliżonymi do tych, którymi zajmuję się społecznie. Zostałem pełnomocnikiem dowódcy do spraw poszkodowanych, rannych weteranów oraz rodzin poległych z naszej jednostki.

– Czy tacy pełnomocnicy są we wszystkich jednostkach wojskowych?

– Tylko w tych, z których wielu żołnierzy wyjeżdżało na misje i gdzie były straty, ranni i polegli. Tworzenie etatów pełnomocników zależało od potrzeb jednostki, aby ktoś mógł zajmować się tymi sprawami. To spotkania z dowódcą, rozwiązywanie problemów związanych z leczeniem, rehabilitacją, wsparciem psychologicznym i innymi kwestiami wynikającymi ze specyfiki służby i życia po służbie. To także monitorowanie środowiska weteranów. Uważam, iż to ma sens. Dobrze, iż takie stanowiska istnieją również w dowództwach: generalnym, operacyjnym i w rodzajach sił zbrojnych. To bardzo ważne, aby wojsko miało kontakt z poszkodowanymi weteranami i rodzinami poległych.

– Utrzymujecie kontakt z rodzinami poległych?

– Oczywiście, zarówno jako jednostka, jak i stowarzyszenie. Bardzo mocno angażujemy się w pomoc rodzicom poległych, zabieramy ich na turnusy rehabilitacyjne i inne przedsięwzięcia. Rodzice poległych traktują nas niemal jak własnych synów. Te relacje są naprawdę bliskie i przyjacielskie. Każda złotówka wydana na wsparcie, pomoc i rehabilitację – której nigdy nie jest za dużo – ma ogromny sens i przynosi chwałę państwu polskiemu, jeżeli pochodzi z dotacji, a darczyńcom, jeżeli pochodzi z prywatnych środków.

– Czy po słowach prezydenta Trumpa była jakaś reakcja ze strony rodziców, żon, matek, dzieci? Czy kontaktowali się z wami?

– Tak. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie. Po tym wystąpieniu reakcje były natychmiastowe – ci ludzie po raz kolejny przeżywają ogromny ból. Kiedy traci się dziecko, męża czy ojca, takie słowa ranią wyjątkowo mocno.

– To makabryczne, iż takie słowa padły.

– Po wystąpieniu Trumpa pojawiła się pewna reakcja społeczna. Mamy nadzieję, iż społeczeństwo wreszcie zwróci na nas uwagę. Że weteranów zacznie się zapraszać na lokalne uroczystości, festyny. Że zacznie się nas wspierać, nie zawsze finansowo. Można pomagać wolontariatem, a przede wszystkim dobrym słowem.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

Idź do oryginalnego materiału