Po 2- 3 letnim okresie względnego spokoju na froncie psich chorób pojawiło się podejrzenie raka tkanki limfatycznej u naszego pupila, dziesięcioletniego Boston Terriera Bubu.
W lesistych okolicach ontaryjskich Kaszub właściciele psów są świadomi zagrożeń chorobotwórczych ze strony komarów i kleszczy, stosując profilaktycznie w okresie wiosenno- letnim tabletki, preparaty naskórne i specjalne medyczne obroże. Nasz pies zamiast tych medykamentów poddawany jest dokładnym oględzinom po każdym spacerze i dzięki temu odkryłam na jego przedniej łapce, na wysokości nadgarstka, małe, wypukłe zaczerwienienie, powiększające się z każdym dniem. Wizyta w klinice Wschodniego Algonquin u dr Ann Burkat, DVM i wykonane tam badanie cytologiczne, czyli nakłucie guzka metodą biopsji cienkoigłowej i pobranie materiału do obserwacji pod mikroskopem- nasunęło podejrzenia chloniaka ( limfosarkoma ). Wirtualne konsylium zaprzyjaźnionych doktorów ludzkich i zwierzęcych orzekło, iż całkowite usunięcie chirurgiczne wcześnie zauważonej zmiany skórnej rokuje nie najgorzej ( o ile nie ma przerzutów do węzłów chłonnych ). Tak więc udało się zamówić operację u dr Ann w przeciągu tygodnia i zaczęliśmy nerwowe oczekiwanie na wynik badania histopatologicznego, które pozwoliłoby na definitywną diagnozę. Szczęściem w nieszczęściu okazało się nasze długotrwałe korzystanie z pomocy medycznej w tej klinice- już z trzecim kolejnym psem; nowi pacjenci nie są bowiem przyjmowani ze względu na nawał pracy personelu. To tylko ilustruje tutejszy stan lecznictwa dla zwierząt; jak się okazuje w Kanadzie brakuje 4 tysięcy lekarzy wet., zwłaszcza na terenach wiejskich tego ogromnego terytorialnie kraju. 5 uczelni nie nadąża z wypuszczaniem absolwentów, którym potrzeba minimum 8 lat na zdobycie dyplomu ( 4 lata studiów podstawowych i 4 lata w college ). Na dodatek zawód jest prawie kompletnie sfeminizowany, dość powiedzieć, iż w klinice w BB oraz w naszej torontońskiej nie ma ani jednego mężczyzny wśród personelu ( doctors & staff ).
Praktykująca w BB i okolicy dr Ann Rankin- Burkat ukończyła studia w College of VM w stanie Michigan w 1997 roku i od wielu lat działa w Dolinie Madawaska jako właścicielka niezależnej, lokalnej kliniki Algonquin East, znanej z leczenia małych zwierząt oraz wykonywania zabiegów chirurgicznych. Cieszy się niezmiennie doskonałą opinią, a obok klasycznej weterynarii stosuje stosuje również metody alternatywne w leczeniu m.in. alergii, padaczki i zapalenia stawów. W przypadku źle gojącej się rany pooperacyjnej u Bubu- ze względu na jej lokalizację- zaleciła stosowanie miodu medycznego w opatrunkach. Taki miód znalazłam w pasiece Farmy De Groot, położonej wśród Wzgórz Wileńskich. Był świeży, niepasteryzowany i bez żadnych dodatków,podziałał doskonale, a resztę tego pysznego miodu z lokalnych polnych kwiatów zjadł ze smakiem Pan Mąż..
Po dwóch nerwowych tygodniach oczekiwania dostaliśmy pomyślny wynik z badania , aż z Maine ( czyżbyśmy już byli 51 stanem? ), diagnoza- niezłośliwy rak skóry, całkowicie wycięty. Wielka ulga!
***
Opieka nad psim pacjentem zajmowała dużo naszego czasu i wysiłku. Wnoszenie po schodach, zdejmowanie i zakładanie sztywnego kołnierza, zmiana opatrunku, podawanie lekarstw, nie pozwalały na oddalanie się od domu na dłużej. Czas ten wypełniały zaniedbane nieco lektury, a zwłaszcza książki z niestety likwidowanej księgarni dobroczynnej w Madonna House w Combermere. Tam też wynalazłam dwie perełki: G. A. Fittkau “ My thirty third year. A catholic priest in the Gulag “ i Ks. Walter J. Ciszek “ With God in Russia “. Ojciec Gerhard Fittkau ( 1912- 2004 ), młody niemiecki ksiądz, został mianowany proboszczem małej parafii w Suessenbergu , ( w tej chwili Jarandowo na Warmii ), w Prusach Wschodnich, jesienią 1944 roku- akurat w porę by stawić czoła sowieckiej ofensywie, która zbliżała się do Berlina- gwałcąc, rabując i profanując kościoły. W samą porę aby w obliczu katastrofy, której nie mógł uniknąć, stać się więźniem gułagu na Workucie i dać świadectwo kapłana opisującego jak wiara pomagała przetrwać głód, mróz, choroby i śmierć współwięźniów. Autor często wspomina Polaków spotkanych w łagrach. Wielu z nich było deportowanych po 1939 roku, a Fittkau opisuje ich religijność, solidarność i wzajemną pomoc.
Autor książki “ Z Bogiem w Rosji “ jezuita, obywatel amerykański z polskiej rodziny emigrantów, ksiądz Walter Ciszek ( 1939- 1963 ) zgłosił się jako ochotnik, na fałszywych papierach jako Włodzimierz Lipiński, do prac przy wyrębie lasów na Uralu, aby realizować jedyne pragnienie swego życia- pracę misyjną w Rosji Sowieckiej. Rozszyfrowany i uznany za szpiega Watykanu, przechodzi przez pięcioletnie, ciężkie śledztwo na Łubiance, potem skazany na 15 lat morderczych robót w obozach syberyjskich i 3 lata przymusowego osiedlenia w syberyjskim przysiółku. Po 23 latach gehenny więziennej i obozowej wraca do Ameryki. Przez cały ten okres katorżniczej niewoli Ksiądz Ciszek niósł Boga swoim towarzyszom niedoli. Niestety jego proces beatyfikacyjny nie znalazł pomyślnego zakończenia ze względu na bardzo rygorystyczne kryteria Dykasterii Spraw Kanonizacyjnych. Wielka szkoda!
Trzecią pozycją książkową, bardzo związaną z lokalnymi sprawami ontaryjskich Kaszub, do której wróciłam po 30 latach od pierwszego jej przeczytania, była jedyna powieść Gail Henley “ Where the cherries end up”, wydana w przekładzie polskim jako “ Co się stanie z wisienkami “. Gail Henley to pseudonim Gail Olsheskie, w czwartym pokoleniu potomkini osadników kaszubskich, urodzona i wychowana w Barry’s Bay. Książka oparta jest na jej doświadczeniach, dziewczyny dorastającej w ubogiej rodzinie na farmie w Dolinie Madawaska w latach 50 tych i 60 tych XX wieku. W dwóch pokoleniach wstecz do chwili obecnej opisuje ona biedę w rodzinach osadników, alkoholizm pogłębiający konflikty rodzinne, pedofilię i przemoc fizyczną wobec dzieci oraz ich ciężką pracę od najmłodszych lat. Książka wzbudziła kontrowersje wśród lokalnych czytelników, będąc rzekomo zbyt surowym portretem brutalności w życiu rodzinnym kaszubskiej społeczności. Tytuł powieści ma przede wszystkim znaczenie symboliczne. Wisienki nie są jedynie owocami- symbolizują dzieci dorastające w zamkniętej społeczności, a pytanie “ gdzie trafią wisienki “ oznacza w istocie, co się stanie z następnym pokoleniem, z dziećmi emigrantów, muszących zdecydować ile z rodzinnego dziedzictwa zachować a ile zostawić za sobą.
Tytułowe wisienki to najprawdopodobniej dziko rosnące chokecherries ( czeremcha wirginijska ), pospolite krzewy z ciemnoczerwonymi gronami małych, cierpkich owoców, od pokoleń wykorzystywanych do wyrobu dżemów, galaretek i syropów. W naszej najbliższej okolicy, w rowie przydrożnym jest masa krzewów czeremchy z gęstymi kiściami tych owoców. Zbieramy je w końcu lipca i przyrządzamy pyszny syrop.
Składniki: 1 kg dojrzałych owoców, 500 ml wody, 400g cukru na każdy litr przecedzonego soku, 1- 2 łyżki soku z cytryny.
Opłukane owoce zalać wodą i gotować 20- 30 minut aż popękają, rozgnieść je tłuczkiem nie miażdżąc pestek, przecedzić przez gazę. Na litr soku dać 400g cukru, gotować 5-10 minut, przelać do wyparzonych butelek. Świetny napój z “ krztuszących wisienek “ po wymieszaniu z gazowaną wodą, z delikatną cierpkością wiśni, śliwek i migdałów.










