Ukraińcy się nie dają. Ani Rosji, ani zimie

opolska360.pl 2 godzin temu

Ukraińcy padli na początku 2026 roku ofiarą okrutnego rosyjskiego planu. Polega on na tym, by wykorzystać wyraźnie ostrzejszą niż w minionych latach zimę – odczuwamy ją w Polsce, doświadczają tego tym silniej mieszkający na wschód od nas Ukraińcy – do ataku na strukturę energetyczną i grzewczą. Niektórzy porównują to, co robi tej zimy państwo rządzone przez Putina, do sztucznego głodu wywołanego w Ukrainie w latach 30. XX wieku.

Nawet ukraińskie słowa oznaczające głód i chłód różnią się minimalnie wymową. Wtedy ofiarą stalinowskiej akcji padły miliony ludzi. jeżeli podobna zbrodnia na początku roku 2026 się nie powiodła, mimo zmasowanych ataków na elektrownie i ciepłownie, to dzięki płynącej do Ukrainy pomocy i dzielności samego tamtejszego społeczeństwa, które zdaje sobie sprawę, iż walczy o fizyczne przetrwanie.

Ciemno i zimno…

– W pierwszych dniach marca jest w Kijowie trochę cieplej niż jeszcze dwa tygodnie temu, choćby śnieg topnieje, ale wciąż ogromnym problemem jest brak prądu – mówi siostra Maria Marta Przywara, przełożona prowincjalna Sióstr Służebnic Ducha Świętego w Ukrainie. – A to oznacza, iż na przykład nie działają windy. W wielu blokach jest ogromny problem zarówno z ogrzewaniem, jak i z gotowaniem. Największy tam, gdzie prąd jest jedynym źródłem energii. Takich nowoczesnych bloków, gdzie wszystko jest elektryczne, jest w Kijowie bardzo dużo. Ci ludzie siedzieli w zimnie, często nie mogąc choćby zagrzać wody. I to trwa przez całe tygodnie. U nas też zasadniczo nie ma ciepłej wody ani światła. Dziękuję Bogu, iż jest trochę cieplej bo – przynajmniej w naszym domu – znów działa ogrzewanie.

– Tylko w Kijowie działa 1200 Punktów Niezwyciężoności. Można się w nich ogrzać, napić czegoś gorącego i doładować telefon. Fot. Archiwum prywatne Viktoria Yalovienko

Pani Viktoria Yalowenko jest bizneswomen, kieruje Polsko-Ukraińską Izbą Gospodarczą w Kijowie.

– Największe załamanie przeżywaliśmy po 9 stycznia, kiedy temperatury spadły do minus 20-25 stopni – wspomina. – A uderzenia Rosjan zostały skierowane najpierw na największą, zasilającą pół miasta elektrownię, a potem na drugą, trzecią, czwartą, piątą i szóstą. Dotąd wydawało mi się, iż najgorsze w tej wojnie były ataki rakietowe. A teraz wiem, iż dopiero życie i mieszkanie zimą, przy ujemnych temperaturach bez światła i bez ogrzewania jest prawdziwym horrorem. Czymś strasznym i ekstremalnie ciężkim. Bo jak żyć normalnie, kiedy wewnątrz, w mieszkaniu temperatura nie przekracza 10-15 stopni. Nie ukrywajmy, to nasze ciała ogrzewały mieszkania, a nie ciepło mieszkań nas. Jak sobie z tym radzić? Trzeba zebrać wszystkich domowników w jednym pokoju, żeby ich temperatura nie rozpraszała się po całym mieszkaniu. A wcześniej każdy ubiera na siebie tyle odzieży, ile tylko potrafi. Potem przykrywa się kołdrą, a kto może, kupuje elektryczny koc na baterię.

…przez całe tygodnie

– Mamy w Kijowie dużo wielopiętrowych budynków – wyjaśnia Viktoria Yalowenko. – Te niższe wieżowce mają osiem-dziewięć pięter, wyższe choćby dwadzieścia pięć. Jak nie ma prądu, wiadomo, winda nie jeździ. Proszę sobie wyobrazić, iż praktycznie każdy przynajmniej dwa razy w ciągu doby musi z tego mieszkania w bloku wyjść i wrócić. Przecież trzeba iść do pracy, trzeba zaprowadzić dzieci do szkoły, zrobić zakupy itd. Dla seniorów oznacza to często całkowite uwięzienie w czterech ścianach mieszkania i uzależnienie – choćby w robieniu sprawunków i załatwieniu spraw – od pomocy innych ludzi. Łączność staramy się utrzymywać przez internet. Kiedy nie ma prądu, korzystamy z powerbanków.

Z myślą o osobach pozbawionych energii w mieszkaniach stworzono w mieście centra, w których można było się choć trochę ogrzać, wypić gorącą herbatę czy załadować telefon.

W samym Kijowie znajduje się ponad 1200 punktów grzewczych i tzw. Punktów Niezwyciężoności (szkoły, instytucje, centra handlowe), wyposażonych w generatory, ogrzewanie, internet i miejsca do ładowania urządzeń – dodaje pani Viktoria. – Całość jest tak zorganizowana, iż najbliższy swego miejsca zamieszkania punkt można znaleźć na interaktywnej mapie Kijowskiej Administracji Miejskiej.

Dziecko do namiotu. Razem z termoforem

– Wiele osób, przede wszystkim rodziny z małymi dziećmi, w czasie największych mrozów, gdy temperatura spadała choćby do minus dwudziestu stopni, rozbijało w mieszkaniach namioty – opowiada siostra Maria Marta. – Dzieci kładziono w środku i okładano butelkami albo termoforami z gorącą wodą. Żeby je choć trochę zagrzać. Ale żeby mieć tę wodę, trzeba było „złapać” prąd. Bo pojawia się czasem na trzy godziny w ciągu doby. Wiele dzieci i osób starszych chorowało. Bo w tych warunkach adekwatnie nie było sposobu, żeby się nie przeziębić.

Łatwiej wytrzymać w starszych budynkach, gdzie jeszcze są kuchenki i instalacje gazowe – podkreśla pani Viktoria. – Na gazie można ugotować jedzenie, gazem można się choć trochę ogrzać. Ale w nowych domach wszystkie urządzenia działają tylko na prąd. Moja siostrzenica ma czwórkę dzieci. Mieszkanie bez gazu. Wiadomo, iż energia elektryczna będzie dostępna przez dwie i pół, góra przez trzy i pół godziny w ciągu doby. Trzeba te adekwatne trzy godziny złapać – często prąd pojawiał się w nocy – i to jest cały czas, jaki ma i na ładowanie urządzeń, i na grzanie gorącej wody do jakichś termosów na zapas, i na gotowanie ciepłego posiłku na bieżąco. Często na gotowanie już brakuje czasu. Kończy się na kanapkach. A jak już udało się coś ciepłego przyrządzić, to zawija się to w koce, poduszki itd., żeby to jedzenie możliwie długo było ciepłe.

Ładować na zapas się nie da

Trzy godziny to za mało nie tylko na to, żeby zadbać o różne potrzeby rodziny. To często nie wystarcza także, żeby załadować wszystkie urządzenia na zapas.

Mam duży powerbank, który może zasilić piec do ogrzewania na osiem godzin pracy – dodaje Viktoria Yalowenko. – Ale on się przez 5-6 godzin ładuje. Trzy i pół godziny mu nie wystarczy. Są podobne urządzenia, które ładują się do pełna w ciągu godziny, ale są bardzo drogie. Niewielu ludzi może sobie na nie pozwolić. Jak nie ma prądu, pompy nie tłoczą wody. Ta siostrzenica z dziećmi mieszka na ósmym piętrze, czyli i tak stosunkowo nisko. Ale w najgorszym momencie jej mąż schodził kilka razy w ciągu doby zaczerpnąć gdzieś choć tyle wody, żeby można z ubikacji skorzystać. Sporo ludzi, którzy mają na działkach jakieś pomieszczenie z ogrzewaniem na drewno, na ten najtrudniejszy okres wyjechało z miasta, ale to nie jest rozwiązanie dla wszystkich.

Bez generatorów ani rusz

Nasi ukraińscy rozmówcy podkreślają, iż potrzebna była i jest bardzo różnorodna pomoc. Oczywiście, najbardziej rzucają się w oczy – nie tylko ze względu na wielkość, generatory prądu.

– Jak się chodzi ulicami Kijowa, to co chwila mija się generator – opowiada siostra Maria Marta. – Słychać ich szum, a adekwatnie huk. Ale tak sobie ludzie radzą. Nie ma wyboru. Choć był taki czas, kiedy wielkopowierzchniowe sklepy na jakiś czas zamykano. Bo prądu z sieci nie ma, a korzystanie z generatora przez cały czas nie bardzo się im opłaca. Jedna z naszych znajomych pracująca w wojsku potrzebowała generatora nie na benzynę, ale na ropę. Z trudem udało się go – z pomocą biskupa – zdobyć.

– Bez generatora ani rusz. Ten działa u sióstr w Boryspolu. Fot. Archiwum prywatne s. Maria Marta Przywara.

– Z generatorów na paliwo korzystają też z konieczności mieszkańcy domów jednorodzinnych – mówi pani Yalowenko. – Tyle, iż one często się psują. Trzeba dodać paliwa albo oleju, wymienić świecę itd. Nie wszyscy sobie dobrze z obsługą tych urządzeń radzą. Osoby pracujące przy ich serwisie i naprawie mają zajęcie przez 24 godziny i siedem dni w tygodniu. A i tak trzeba na nich czasem długo czekać. Na sobie się przekonałam, jakie to jest denerwujące.

Wracają wspomnienia

Ale znaczenie mają także drobniejsze dary. W parafii, do której należy siostra Marta, można było otrzymać małe butle gazowe, by uniezależnić się choć trochę od braku elektryczności. Rozdawnictwo pomocy przez parafie porusza wspomnienia z okresu stanu wojennego w Polsce.

Siostry z Opola zakupiły nam m.in. dużą liczbę latarek do ładowania – dodaje siostra Marta. – Nasze dzieciaki bardzo chwalą ich jakość. Jak jest prąd, trzeba je załadować i wtedy można – mimo iż elektryczności z sieci nie ma – np. odrabiać lekcje. Te latarki są bardzo praktyczne, bo mają z tyłu magnes, więc łatwo je przyczepić i jakieś oświetlenie stołu czy biurka to jest. Korzystają z takich latarek także osoby starsze, które są pod naszą opieką, bo zwyczajnie przez całe wieczory światła nie ma. Dopiero w ostatnich trzech dniach tego prądu dostajemy trochę więcej. Poprzednio przez całe tygodnie mieszkańcy żyli praktycznie w ciemnościach. Szczerze mówiąc, dopiero wtedy docenia się wartość tego, iż jest jasno i ciepło, kiedy tych dóbr brakuje.

Z kocem do domu i do metra

Znaczenia nabrały też koce. Nie tylko dlatego, iż można się nimi dodatkowo przykryć i dogrzać w domu. Kiedy w czasie ostrzału rakietowego kijowianie chronią się – jak w schronie – w metrze, też dobrze jest mieć ze sobą koc, choćby po to, by mieć na czym usiąść. Podobnie jak w mieszkaniach, w metrze rozbija się też namioty. Mają one co najmniej dwie funkcje. Nie tylko jest w nich cieplej niż wtedy, gdy siedzi się przez noc na peronie bez żadnej osłony, ale zapewniają też jakieś minimum prywatności.

Oleg Petrash jest biznesmenem związanym z Polsko-Ukraińską Izbą Gospodarczą w Iwanofrakiwsku. Ma podobne obserwacje jak mieszkanki Kijowa. W warunkach wojny i w jego mieście przez 18 godzin na dobę lub dłużej nie ma elektryczności. Trzeba się było przyzwyczaić do życia z harmonogramem, który opisuje, gdzie w tych czy innych godzinach na trochę prąd się pojawi.

– Namiot rozbity w metrze zapewnia trochę ciepła i prywatności. Fot. Archiwum prywatne s. Maria Marta Przywara

Brak prądu i tu wiąże się z brakiem ciepła. I nie może być inaczej, skoro miejscowa ciepłownia została zaatakowana i niemal zniszczona. Powoli odzyskuje sprawność. Z akcentem na powoli, bo na razie działa może na jakieś 20 procent mocy.

Podobnie jak w stolicy Ukrainy, jeżeli w warunkach pokoju lepiej mieszkać w nowych budynkach i mieszkaniach, to w sytuacji wojny lepiej sprawdzają się stare. Bo właśnie one są zaopatrzone w inne niż elektryczna źródła energii. Przede wszystkim w gaz.

Oleg Petrash przyznaje, iż teraz w marcu mieszkańcom Iwanofrankiwska żyje się trochę łatwiej niż kilka tygodni temu, podczas najcięższych mrozów. – Trudno zaprzeczyć, iż jest trochę lepiej – mówi. – Ale nie za bardzo – dodaje na tym samym oddechu.

Dziękuję, iż nie dajecie się nabierać

Żywności w sklepach zasadniczo nie brakuje. Tyle, iż jest droga i z dnia na dzień jeszcze drożeje. Nasi rozmówcy podkreślają ogromną ofiarność społeczeństwa, które mimo niedostatku potrafi się dzielić. Ludzie – także ci żyjący bardzo skromnie – chętnie angażują się w różne zbiórki, żeby np. posłać paczki żołnierzom na front. Także leki. Trzeba pamiętać, iż ten wysiłek trwa już od czterech lat.

Viktoria Yalowenko: – Dziękuję, iż nie dajecie się w Polsce nabierać rosyjskim fejkom Fot. Archiwum prywatne Viktoria Yalovienko

– Jak w tym najgorszym zimowym czasie zobaczyliśmy tę pomoc, solidarność okazywaną przez Polaków, m. in. w ramach akcji „Ciepło dla Kijowa”, byliśmy poruszeni – przyznaje pani Viktoria. – Myślę o zbieranych pieniądzach, o tylu generatorach, które z Polski przyjechały. To naprawdę wspiera i podtrzymuje nas na duchu. Przecież my rozumiemy, iż ludzie w każdym kraju mają swoje problemy. I dlatego chciałabym w imieniu całej Ukrainy wyrazić Polsce i Polakom podziękowanie za tę pomoc. Za to codzienne wsparcie. Dziękuję także, iż nie dajecie się nabierać na propagandę, która bardzo aktywnie Polskę atakuje. Na rosyjskie fejki. Na działania tych, co cały czas chcą Polaków i Ukraińców pokłócić.

Naloty i bieganie

Pani Viktoria zwraca uwagę, iż w latach wojny i tegorocznych atakach – naloty i bieganie do schronów najdalej co drugi dzień – były równie dołujące jak ciemności i zimno. Ukraińcy zdają sobie sprawę, iż większości zniszczonej starej infrastruktury nie da się odtworzyć. Zbudowanie nowej nie nastąpi szybko, tym bardziej, iż wojna wciąż przecież trwa.

Wielu mieszkańców dużych wielorodzinnych budynków zaczyna tworzyć autonomiczne instalacje energetyczne i wodne – opowiada Viktoria Yalowenko. – Ludzie kontaktują się przez internet i – ja też jestem w takiej grupie – przeprowadzają zbiórki na zakup generatorów, które zapewnią prąd dla tego konkretnego domu, albo wyposażenia kotłowni czy na pompę, która będzie tłoczyć do wszystkich mieszkań, także tych na górnych piętrach przynajmniej zimną wodę. Instalowane są baterie, które w momencie wyłączenia prądu samorzutnie zaopatrują w energię windy. Ludzie gotowi są ten koszt na siebie wziąć.

– Proszę mi wierzyć, iż jak ktoś jechał windą na górę i utknął z braku prądu na siedemnastym piętrze, dodzwonił się do serwisu, a potem w lodowatej kabinie czekał, aż panowie wejdą na to jego piętro na nogach, żeby go spuścić na dół i dopiero wtedy wypuścić z tej pułapki na zewnątrz, to zrobi wiele, żeby tej przygody już drugi raz nie powtarzać. To nie są małe koszty, ale prawie w każdym budynku takie próby są podejmowane. I to jest wyraz naszej nadziei na przyszłość. A jak naprawdę zrobi się ciepło, to już wszyscy będą przygotowywać różne konieczne ulepszenia z myślą o przyszłej zimie.

I jak tu wesprzesz…

Władze Kijowa wspierają takie wysiłki, jak mogą. Uruchomiono program współfinansowania. Mieszkańcy, którzy przeprowadzają w swoich blokach przyszłościowe inwestycje, mogą w jego ramach uzyskać choćby 70 procent dofinansowania od miasta.

– Seniorom w Kijowie przydają się i ciepłe koce i latarki do ładowania. Te przyjechały z -Domu Nadziei w Opolu. Fot. Dom Nadziei w Opolu

– Chcę podkreślić, iż na co dzień, na ulicy nie słychać narzekania – mówi siostra Marta. – Oczywiście, wszyscy chcą, żeby wojna się skończyła. Mamy nadzieję, iż tak będzie, modlimy się o to. Ale gderania nie słychać. Z drugiej strony, wojnę na ulicach widać nie tylko dlatego, iż budynki są poniszczone. Albo z powodu ciemności. Wracają weterani. Wielu okaleczonych. Bez ręki, nogi czy oka. To są obrazy przykre. Ale także zwyczajnie realia życia w stanie trwającej od czterech lat wojny. Życzliwości wzajemnej jest ciągle dużo. Ci, co mają gaz, zapraszają do siebie krewnych z budynków, gdzie go nie ma. To są zwykle mieszkania stare, nie większe niż trzypokojowe. Rozmieszczają się jakoś w tych trzech pokojach, każda rodzina w jednym. Gotują razem.

– Staramy się trzymać, ale jednocześnie wszyscy przeżywamy wojenny syndrom – dodaje Viktoria Yalowenko. – My wszyscy żyjemy w sytuacji trwogi i tak naprawdę oczekujemy czegoś gorszego. I to strasznie bije po głowie. Bo rzeczywiście jeden drugiego wspiera. Ale mnóstwo jest takich sytuacji, iż jak tu wesprzesz…

– Wysyłam panu zdjęcie – pisze mi na pożegnanie siostra Maria Marta. – W stronę Kijowa właśnie lecą drony…

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału