Na dachu Centrum Przesiadkowego w Opolu grupa ukraińskiej młodzieży świętowała zaręczyny kolegi. Jedna z dziewczyn przykleiła kartkę z imionami w miejscu, gdzie nie powinna. Gdy zwrócono jej uwagę, natychmiast ją zdjęła i przeprosiła, tłumacząc, iż nie znała regulaminu.
Dla rosłego ochroniarza z psem to jednak nie wystarczyło. Zaczął krzyczeć: „Wy…ć, k…wy, wy…ć!”, po czym wyrzucił ich z obiektu.
Dziewczyna odpowiedziała: „Mniej nienawiści, a więcej miłości”, ale usłyszała: „Ja was k…wa wszystkich nienawidzę. To mam we krwi po przodkach”.
Teraz coraz częściej myślą o wyjeździe, choć kilka lat temu przyjechali do Opola na studia.
– Kilkakrotnie w ostatnim czasie słyszałam, iż mam „wy… na Ukrainę” – mówi 32-letnia Kateryna, od dwunastu lat mieszkanka Opola. – Po studiach podróżowałam po świecie, ale wybrałam Polskę i Opole, bo tu czułam się najlepiej. Od dobrych ludzi doświadczyłam ogromu życzliwości i wsparcia.
Ukraińcy w Opolu. „Ostatnio wiele się zmieniło”
– Wszystko zaczęło się w momencie, gdy polska polityka nabrała prorosyjskiego tempa – ocenia Kateryna. – Moi rodzice chcieli sprzedać mieszkanie w Ukrainie, wziąć kredyt w Polsce i kupić tu nieruchomość. Ale gdy zmieniło się nastawienie części Polaków, zaczęli się zastanawiać, bo nie wiadomo, co jeszcze się wydarzy. Kupią mieszkanie, a potem nas wysiedlą? Dlatego uważnie śledzą polską politykę.
– Mam też poczucie bezdomności – dodaje. – W Ukrainie już dawno nie czuję się jak w domu. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła powiedzieć, iż nie jestem Ukrainką, ale nie wiem też, czy kiedyś powiem, iż nie jestem Polką i Opolanką. Bardzo bym chciała, żeby to wszystko się uspokoiło.
Walka o tożsamość i strach przed echem historii
– Historię warto zostawić historykom, zwłaszcza gdy mówimy o relacjach polsko-ukraińskich w XX wieku – mówi Kateryna. – Ukraina walczy o przetrwanie, ale też o samoidentyfikację. To nie dokonało się w 1991 roku wraz z upadkiem ZSRR, bo to proces. Polska też była pod rosyjskim zaborem, ale nie doświadczyła tego, co Ukraińcy, którzy nie mogli używać własnego języka.
Jak tłumaczy, ich inteligencja, która podtrzymywała ideę państwowości, była niszczona w zarodku. Po aneksji Krymu, Donbasu i wybuchu pełnoskalowej wojny widać powrót do ukraińskości. Odżywają nastroje narodowe, nacjonalistyczne, bo chodzi o to, by pokazać Rosji, iż Ukraińcy są inni, europejscy.
– To nasza Wiosna Ludów – mówi Kateryna. – Jak Feniks odradzamy się, dlatego wykorzystuje się symbolikę UPA. Nie dlatego, iż mordowali Polaków – nikt normalny tak nie myśli. Uczono nas, iż do lat 50–60 ubiegłego wieku UPA walczyło z bolszewikami, iż byli ostatnimi powstańcami walczącymi o tożsamość Ukrainy. Ten fakt był decydujący, a nie to, iż mordowano Polaków.
Prababcia Kateryny mieszkała w chutorze (oddalona zagroda wiejska, charakterystyczna dla Ukrainy – aut.) pod Buczaczem, gdzie żyło wielu Polaków.
– Obchodzono podwójne święta: prawosławne i katolickie – opowiada. – Ale to wszystko jest historia. Dlaczego nie pozwolić, by ożyła? Dotąd nikomu nie przeszkadzało, iż jestem z Ukrainy. Boję się, iż ta nienawiść będzie eskalować, a jacyś mężczyźni będą mi na Krakowskiej sprawdzać paszport.
Larysa miała urodziny
– Gdy byłam studentką, chodziłam tam, gdzie babuszki ze wsi sprzedawały warzywa, żeby posłuchać ukraińskiego. W ZSRR ten język zdegradowano do wiejskiego – opowiada prof. Larysa Kowalenko, pochodząca z Krymu, później mieszkanka Kijowa, od trzech lat w Opolu.
Nigdy nie przypuszczała, iż swoje 75. urodziny będzie świętować z dala od domu.
Po wybuchu wojny zwlekała z wyjazdem, ale gdy w opustoszałym Kijowie zostali już tylko starcy, a nad miastem krążyły szahedy, zrozumiała, iż nie ma na co czekać.
– Moi studenci są dziś w całej Europie – mówi. – Namawiali mnie, by wyjechać, a jedna ze studentek przekonywała, by przyjechać do Opola, bo to dobre miasto.
Teraz codziennie rano wychodzi z tymczasowego domu – tak jak w Kijowie wychodziła do pracy na uniwersytecie – żeby w opolskim Caritasie wyplatać siatki maskujące dla ukraińskiego wojska.
– To polityczny błąd, iż politycy przeszli do słownej konfrontacji – dodaje profesor.
I nieuchronnie wchodzimy w drażliwy temat rzezi wołyńskiej. Bolesny dla Polaków.
– Historię trzeba odkrywać i chcieć ją rozumieć – podkreśla prof. Larysa Kowalenko. – Rosja zawsze się wtrącała, kiedyś i dziś. Trzeba też wiedzieć, iż ludzie dłużej pamiętają złe doświadczenia niż dobre. A teraz nie chodzi tylko o Ukrainę, ale o Polskę i Europę. Na początku wojny wszyscy otwierali nam serca. Teraz nastąpiła nagła zmiana i nasze kobiety, nasze dzieci słyszą tylko: „wyp… na Ukrainę, wyp… z Polski”. To wszystko przez politykę, która podważa zaufanie do Ukraińców.
Siatki maskujące i gorzkie skutki politycznej retoryki
Kobiety, które wpadają do Caritasu wyplatać siatki, skarżą się, jak zostały tego dnia potraktowane. Choć nie miały wpływu na decyzję prezydenta Zełeńskiego, nie gloryfikują UPA, a ich rodzice i dziadkowie w ogromnej większości nie mieli nic wspólnego z banderowcami. Mało kto też wiedział o okrutnych mordach na Polakach, bo tego w szkołach – najpierw sowieckich, a potem ukraińskich – nie uczono.
– Na szczęście, są też tacy ludzie jak Ola i Bogdan Czarneccy z Opola, którzy oddają swoje serca za sprawiedliwość – mówi pani Larysa. – Właśnie wrócili w nocy z Charkowa, gdzie zawozili kolejny samochód chłopakom na front.
Profesor dodaje, iż Ukraińców nazywa się „chochołami” – od wygolonej głowy i kosmyka włosów walecznych kozaków.
– To była identyfikacja, żeby na polu walki rozpoznawać swoich. A Rosjan nazywa się „kacapami”, bo to ktoś, kto zagarnia wszystko dla siebie – wyjaśnia.
Ktoś na to pozwolił
Olena z czwórką dzieci uciekła po roku wojny z obwodu czerkaskiego. Po kolejnym nocnym alarmie zabrała dzieci ukryte w piwnicy. Starsza Anna-Maria próbowała wrócić do mieszkania po farby i sztalugi, ale Olena już jej na to nie pozwoliła.
– A czwarte dziecko urodziło się już w Opolu – śmieje się. – Kiedy mówię: „Ewelinka, pokaż, gdzie na obrazku jest biełoczka”, ona nie rozumie, bo zna tylko polską nazwę: wiewióreczka.
– Nasz dom w Humaniu jeszcze stoi, bo jest blisko jednostki wojskowej, a ten obiekt jest dobrze pilnowany – dodaje.
Olena chodzi sprzątać, starsze dzieci są w szkole, młodsze w przedszkolu. Na front wysyła tyle, ile może, oddała choćby swój samochód.
– Mam w dzielnicy takiego wariata, który krzyczy do mnie: „ukraińska k…, wyp…!” – przyznaje. – Bóg jeden wie, ile razy płakałam i myślałam, żeby wyjechać, bo mąż od lat pracuje w Holandii. Ale czy gdzie indziej dzieciom będzie lepiej? – zastanawia się. – Zło, ale też dobro nie mają narodowości. Dobry człowiek nie patrzy, czy ktoś jest Ukraińcem, czy Azerem.
Po wyborach prezydenckich w Polsce zadzwoniła do niej polska przyjaciółka.
– Przepraszała mnie i mówiła: „Olena, pamiętaj, iż ja na niego nie głosowałam” – opowiada. – Wtedy jeszcze nie rozumiałam, o co jej chodzi, bo polityka mnie nie interesuje. Teraz rozumiem, iż ktoś na to pozwolił, a ruska propaganda zrobiła swoje. Co nie znaczy, iż historię, tę trudną przeszłość, która w ludziach siedzi, należy puścić w niepamięć. Trzeba ją pamiętać, żeby się nie powtórzyła.
12-letnia Anna-Maria mówi już po polsku bez ukraińskiego „zaśpiewu”. W Opolu rozwija talent: rysuje, maluje, gra w amatorskim teatrze prowadzonym przez Fundację „Horyzont”.
– Mój dziadek walczy na froncie – mówi dumnie. – Chcę poznać historię Polski i Ukrainy, bo dobrze mi idzie historia i geografia. Potem chcę pójść do „plastyczniaka”, a w przyszłości studiować psychologię w Polsce. Ale teraz tutaj dzieje się gorzej, więc nie wiem, jak to będzie.
Czy odczuwa to w szkole?
– Są tacy, którzy nie chcą się z nami przyjaźnić, ale nas nie zaczepiają – przyznaje. – Nie przejmuję się, mam innych przyjaciół.
Ukraińcy w Opolu. „Nie wiecie, iż Putin na to czeka?”
40-letnia Galina przyjechała z trójką dzieci z Odessy, czwarte urodziło się już na Opolszczyźnie. Sama przyszła na świat w Workucie, niedaleko koła podbiegunowego, gdzie zima trwała prawie osiem miesięcy. Rodzice i dziadkowie pracowali w kopalni węgla, później przenieśli się do Odessy – jeszcze za Związku Radzieckiego.
– Obserwuję polską politykę i jest w niej coś niepokojącego – mówi. – Od kiedy macie nowego prezydenta Nawrockiego, zrobiło się podobnie jak na Ukrainie za prorosyjskiego Janukowycza. On skłócił naród, ludzie kłócili się w rodzinach, a o to Putinowi chodziło. U was teraz też zaczyna się kłótnia, a to prosta droga do rozłamu państwa. Polacy tego nie widzą, iż politycy się kłócą, a potem razem piją wódkę. A naród skłócony – nie wiecie, iż Putin na to czeka.
Galina z żalem opuszczała Odessę, bo robiła tam karierę. Jest inżynierem gazownictwa i ropy naftowej, ma także wykształcenie biologiczno-chemiczne. W przemyśle petrochemicznym była kierowniczką działu. Z mężem kupili w zabytkowej kamienicy prawie 100-metrowe mieszkanie.
Jak wszyscy myślała, iż do Polski przyjeżdża na dwa tygodnie. Na początku mieszkali w dwudziestoosobowej grupie w dwóch pokojach. Teraz mają duże mieszkanie w zabytkowej kamienicy w jednym z powiatów. Galina piecze najlepsze miodowniki – to jej hobby, bo dyplomu jeszcze nie nostryfikowała.
Wpływ polskiej polityki na rosnącą ksenofobię na ulicach
– W Polsce zdziwiła mnie ksenofobia – kontynuuje. – W Odessie byliśmy przyzwyczajeni do różnorodności: była bożnica, meczet, kościoły chrześcijańskie. A tu coraz częściej słyszę „banderówka” albo „k… ukraińska”. W sklepie mówię do ekspedientki po polsku, ale z dziećmi rozmawiam po ukraińsku. I coraz częściej słyszę: „Tutaj jest Polska, tutaj się mówi po polsku”. Albo na spacerze od starszego pana: „Ty banderówko”, „Ty świnio z UPA”.
Najtrudniejsze było jednak to, iż kiedy sprzedawała używane auto, to kupujący chciał od niej za darmo. Nie zgodziła się, więc potem „poużywał sobie” na niej na portalu społecznościowym.
– Padały takie inwektywy, iż trudno je powtarzać – mówi. – Bez sensu żyć w strachu. jeżeli tak dalej pójdzie, opuścimy Polskę i pojedziemy do Skandynawii.
Bo strach rośnie. W Opolu nie jest źle w porównaniu do innych miast, ale oglądają telewizję, czytają w internecie. O pobiciach, dzieciach zaczepianych i wyzywanych w autobusach, o „obywatelskiej kontroli” zwolenników Grzegorza Brauna w poznańskiej firmie prowadzonej przez Ukrainkę. Widzą nienawistne komentarze pod postami, niektóre pełne upiornej euforii z tragedii Ukraińców, jak choćby te pod informacją o śmierci nastolatka, który utonął w stawie.
Ukraińcy w Opolu. Polskie korzenie nie chronią przed byciem „banderówką”
66-letnia Ludmiła pochodzi z Berdyczowa, miasta, które przez kilkaset lat było polskie.
– Mama Polka, tato Polak, ale pradziadkowie chcieli zostać w swoim domu, więc zostali w Ukrainie – opowiada. – Mam Kartę Polaka i kartę stałego pobytu, jestem katoliczką, chodzę do kościoła. A słyszę, iż jestem „banderówka” albo „świnia z UPA”. Oni kilka rozumieją.
– Moje dzieci są na froncie, więc pozostaje modlitwa, żeby wojna się skończyła – dodaje. – A tu w Opolu spotykam też wielu dobrych, życzliwych ludzi. Tych złych jest mniej, ale oni są krzykliwi, widoczni.
W pracy również bywa różnie. Często fakt, iż są „obce”, mniej zorientowane, bywa wykorzystywany przez koleżanki. A krzyki, iż „Ukraińcy zabierają Polakom pracę”, puszcza mimo uszu.
– Wpadnie taki do sklepu, nawymyśla i krzyczy, iż Ukraińcy zabierają pracę Polakom – mówi Wika ze stoiska mięsnego w jednym z opolskich sklepów. – To mu odpowiadam: „A kto panu broni stanąć tu za mnie i sprzedawać?” A kto by zbierał truskawki? Kto opiekowałby się staruszkami? A na mięsnym dziewczyny popracują miesiąc i odchodzą, bo trudno. Ale co ja będę się denerwować podpitym, jak on kilka rozumie.
W Polsce przebywa milion obywateli Ukrainy objętych statusem ochrony czasowej. 78 procent z nich oficjalnie pracuje i płaci podatki. A nieoficjalnie? Ilu sprząta mieszkania, uprawia ogrody, gotuje obiady, wykonuje tysiące niezbędnych prac, których statystyki nie obejmują? Przede wszystkim kobiety – opiekunki osób starszych. Naiwne jest przekonanie, iż bez nich sobie poradzimy.
Zamiast postscriptum
Mieszkająca w Opolu od 10 lat Sofiia zamieściła na swoim profilu na FB wzruszający, emocjonalny post. Sofiia, która przyjechała do nas w wieku 17 lat pisze m.in.:
„Zdążyłam pokochać Polskę i Polaków, język i kulturę. Kluski śląskie gotuję chyba równie często jak żurek i barszcz ukraiński. Dobrej rolady wciąż nie umiem zrobić, ale practice makes perfection, kiedyś mi się uda. Polska dawno stała się moim domem. To tutaj dorosłam, tutaj ukształtowałam się jako człowiek. Nie wyobrażam sobie życia nigdzie indziej. A teraz się boję. Czy dlatego, iż strażnik na przejściu granicznym nazwał mnie „głupią babą”, bo przypadkiem dotknęłam ręką zasłony od skanera rentgenowskiego? Czy dlatego, iż ochroniarz na dworcu PKP powiedział mi, iż „nie jestem u siebie”, iż mam „wyp…” i iż nienawidzi nas wszystkich dlatego, iż usłyszał, jak rozmawiam po ukraińsku? Nie wiem. Wiem tylko, iż nigdy wcześniej nie czułam się w Polsce obca.
Przez te 10 lat poznałam ogrom cudownych, dobrych ludzi. To właśnie dzięki Wam Polska stała się moim domem, to dzięki Wam stałam się sobą. Dlatego tak bardzo boli mnie to, co dzieje się dzisiaj. Boli mnie, iż strach zaczyna wypierać poczucie bezpieczeństwa. Boli mnie iż to, co się dzieje teraz, ludzie bagatelizują, boli poczucie bezradności i boję się, iż kiedyś to ja będę ta pobitą. Boję się, iż całe moje życie, które tu zbudowałam, zostanie odebrane, bo mam nie ten paszport”.
Chcieliśmy z nią porozmawiać o tym, co napisała, ale Sofiia się nie zgodziła. Przeraziła się. Sądziła, iż pisze ten post dla grona znajomych, tymczasem zrobił furorę w internecie. Rozszedł się błyskawicznie po Polsce, na swoim profilu zamieścił go m.in. prof. Antoni Dudek.
Znajomi jej gratulują, a ona się przestraszyła. Boi się, iż przez to stanie się celem agresji werbalnej lub fizycznej tych, którzy dali się ponieść antyukraińskiej histerii. Dziś chciałaby zapomnieć o tym poście.
Ta historia mówi wszystko o tym, co przeżywają dziś Ukraińcy w Polsce.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania









