Historia lubi wracać w najmniej oczekiwanym momencie. Niby wszystko wygląda normalnie: samoloty latają, giełdy pracują, politycy uśmiechają się do kamer. A jednak gdzieś w tle pojawia się znajome napięcie. To samo, które poprzedzało największe konflikty XX wieku.

Iran – zapalnik na Bliskim Wschodzie
Iran od lat jest jednym z najbardziej niebezpiecznych punktów na mapie świata. Program nuklearny, sieć sojuszy militarnych, wpływy w Iraku, Syrii czy Libanie – to nie jest zwykłe regionalne państwo. To gracz, który potrafi podpalić cały Bliski Wschód. A Bliski Wschód, jak wiadomo, ma jedną szczególną adekwatność: kiedy zaczyna płonąć, ogień bardzo gwałtownie rozprzestrzenia się na resztę świata. Każde napięcie wokół Teheranu natychmiast uruchamia reakcję łańcuchową. Ceny ropy skaczą. Floty wojenne zaczynają patrolować strategiczne cieśniny. Sojusznicy przygotowują się na najgorsze. Jedna iskra – i cały region staje się polem bitwy.
Trump i polityka twardej ręki
Na tym tle wraca polityka, która nie uznaje półśrodków. Donald Trump od dawna powtarza jedno: świat należy porządkować z pozycji siły. W jego wypowiedziach regularnie pojawiają się kolejne państwa uznawane za problem dla amerykańskiej polityki – Iran, Wenezuela, a choćby Kuba. W dyplomacji takie słowa nigdy nie są tylko retoryką. Bo jeżeli największa potęga militarna świata zaczyna mówić językiem presji i ultimatum, inni gracze natychmiast zaczynają się zbroić, szukać sojuszy i przygotowywać na najgorszy scenariusz. Tak właśnie zaczynają się spirale konfliktów.
Kuba – duch zimnej wojny wraca
Kuba to coś więcej niż karaibska wyspa z palmami i rumem. To symbol momentu, w którym świat był o włos od nuklearnej zagłady. W 1962 roku radzieckie rakiety ustawione kilkadziesiąt kilometrów od Florydy doprowadziły do największego kryzysu zimnej wojny. Przez kilka dni świat naprawdę nie wiedział, czy następnego poranka jeszcze będzie istniał. Dziś sytuacja wygląda inaczej, ale jedno się nie zmieniło: Karaiby przez cały czas pozostają wrażliwym punktem w relacjach między wielkimi mocarstwami. Historia ma zresztą dziwną tendencję do powtarzania swoich najgorszych scenariuszy.
Nowy, bardziej niebezpieczny świat
Największy problem polega na tym, iż współczesny świat jest znacznie bardziej chaotyczny niż w czasach zimnej wojny. Wtedy wszystko było brutalnie proste – dwa bloki, dwie armie, dwa systemy. Dziś mamy geopolityczną układankę pełną rywalizujących potęg. Rosja próbuje odzyskać dawną strefę wpływów. Chiny budują globalną potęgę gospodarczą i militarną. Bliski Wschód pozostaje permanentnym polem konfliktów. Europa coraz częściej reaguje zamiast przewidywać. A w takiej sytuacji wystarczy naprawdę niewiele.
Jedna iskra wystarczy
Wojny światowe rzadko wybuchają dlatego, iż ktoś je planuje. Znacznie częściej rodzą się z błędów, złych kalkulacji i przekonania, iż przeciwnik się wycofa. Tak było w 1914 roku. Kilka decyzji podjętych w atmosferze politycznej presji uruchomiło lawinę, której nikt nie potrafił zatrzymać. Dziś świat znów zaczyna przypominać system połączonych kabli wysokiego napięcia. Każde zwarcie w jednym miejscu może wywołać eksplozję w innym.
Najbardziej niepokojące pytanie
Dlatego pytanie o III wojnę światową przestaje być publicystyczną przesadą. To już nie jest tylko scenariusz z filmów katastroficznych. To realne pytanie o to, czy współczesny świat potrafi jeszcze zatrzymać spiralę konfliktów. Bo historia uczy jednej rzeczy: największe wojny zaczynały się właśnie wtedy, gdy wszyscy byli przekonani, iż to niemożliwe.
Antoni B.








