Są takie miejsca, w których cisza nie oznacza spokoju.
Jest ciężka. Przytłaczająca. Niemal fizyczna.
Na Wołyniu ta cisza ma szczególny wymiar. Bo kiedy staje się na ziemi, na której przed ponad osiemdziesięciu laty mordowano całe rodziny, trudno myśleć o historii jak o kolejnych stronach podręcznika. Tam historia przestaje być datą. Przestaje być liczbą.
Staje się człowiekiem.
Matką. Ojcem. Dzieckiem. Sąsiadem.
Kimś, kto któregoś dnia wyszedł przed dom i już nigdy do niego nie wrócił.
Osoby uczestniczące w uroczystościach pogrzebowych polskich ofiar mówiły o ogromnym wstrząsie. O tej przerażającej świadomości zbrodni dokonanej na tych ziemiach. O ciszy, która chwilami wydawała się głośniejsza od przemówień, modlitw i słów wypowiadanych nad mogiłami.
Jeden z uczestników powiedział:
„Słychać krzyk mordowanych”.
Trudno o bardziej przejmujące zdanie.
Bo można przeczytać setki dokumentów. Można znać liczby ofiar. Można przez dziesięciolecia prowadzić spory historyków, polityków i publicystów.
Ale czym innym jest stanąć tam.
Tam, gdzie człowiek uświadamia sobie, iż pod tą ziemią przez dziesiątki lat leżeli ludzie, którym odebrano nie tylko życie.
Odebrano im także pogrzeb.
Grób.
Nazwisko wypisane na krzyżu.
Prawo ich dzieci i wnuków do zapalenia świeczki w konkretnym miejscu.
Dlatego ekshumacja i godny pochówek nie są wymierzone przeciwko współczesnej Ukrainie. Nie są szukaniem zemsty. Nie są próbą przenoszenia odpowiedzialności dziadków na wnuki.
Są elementarnym obowiązkiem wobec umarłych.
Bo umarli też mają prawo wrócić do domu.
Uroczystości organizowane przez Instytut Pamięci Narodowej zgromadziły ludzi z bardzo różnych środowisk politycznych w Polsce.
I może właśnie to było jednym z najważniejszych obrazów tego dnia.
Na chwilę przestało mieć znaczenie, kto jest z prawej strony, kto z lewej, kto reprezentuje władzę, a kto opozycję.
Bo są groby, nad którymi partyjne legitymacje powinny zostać w kieszeni.
Śmierć nie pytała mordowanych ludzi o ich poglądy.
Pamięć o nich również nie powinna.
Ale podczas tej podróży pojawił się również inny obraz.
Granica.
Według relacji uczestników ukraińscy pogranicznicy niezwykle skrupulatnie kontrolowali członków polskiej delegacji. choćby wobec osób posiadających oznaczenia dyplomatyczne procedury miały być prowadzone wyjątkowo drobiazgowo.
Można powiedzieć: procedury.
Można powiedzieć: przypadek.
Można choćby wzruszyć ramionami.
Tylko iż na granicy pozostał również polski naukowiec. Człowiek, który od kilku lat jest na Ukrainie osobą niepożądaną.
Nie będę wymieniał jego nazwiska.
Nie o nazwiska tutaj chodzi.
Chodzi o symbol.
Bo jeżeli człowiek badający jedną z najbardziej bolesnych kart naszej wspólnej historii nie może przekroczyć granicy kraju, którego ta historia dotyczy, trudno udawać, iż wszystkie problemy zostały już rozwiązane.
Nie zostały.
I być może właśnie ta granica powiedziała nam więcej niż niejedno oficjalne przemówienie.
Przed nami jeszcze bardzo dużo pracy.
Nie pracy nad zemstą.
Nie nad budowaniem kolejnych murów.
Nie nad obciążaniem współczesnych Ukraińców winą za zbrodnie sprzed ponad osiemdziesięciu lat.
Przed nami praca nad prawdą.
Bo prawdziwe pojednanie nie polega na tym, iż dla dobra bieżącej polityki wybieramy z historii tylko wygodne fragmenty.
Pojednanie wymaga odwagi.
Także odwagi powiedzenia: tutaj wydarzyła się zbrodnia.
Tutaj byli mordercy.
Tutaj były ofiary.
Tutaj leżą ludzie, których trzeba odnaleźć.
Nazwać.
I pochować.
Dopiero wtedy można naprawdę podać sobie ręce.
Nie ponad grobami.
Ale po ich uporządkowaniu.
Nie chciałbym, żeby Wołyń był wiecznie raną rozdrapywaną przez następne pokolenia Polaków i Ukraińców.
Chciałbym, żeby kiedyś stał się miejscem prawdziwego pojednania.
Ale pojednanie bez prawdy jest tylko dekoracją.
A prawda nie może zatrzymywać się na granicy.
Dlatego być może najważniejszym obrazem tych uroczystości nie były choćby oficjalne delegacje.
Były nim trumny.
Bo po ponad osiemdziesięciu latach ktoś wreszcie mógł powiedzieć tym ludziom:
wracacie do swoich.
I obyśmy doczekali dnia, w którym wszystkie polskie ofiary spoczywające bezimiennie na Wołyniu usłyszą to samo.
Bo państwa mogą prowadzić politykę.
Dyplomaci mogą dobierać słowa.
Historycy mogą prowadzić spory.
Ale kości nie kłamią.
A umarli nie proszą o wiele.
Chcą tylko, żeby ich odnaleźć, nazwać i pozwolić im wrócić do domu.
Marcus





![Lekcja inna niż wszystkie. Siódmoklasiści poznawali tajniki dziennikarstwa [ZDJĘCIA]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/dsc01792.jpg)







