Za życia brano ją za zdrajczynię. W rzeczywistości miała pseudonim „Mira” i ratowała ludzi

dziennikplocki.pl 4 godzin temu

Skromna kobieta z niesamowitym życiorysem, o którym już mało kto pamięta. Ale w przeciwieństwie do wielu innych żołnierzy Armii Krajowej Jadwiga Boetzel miała przynajmniej to szczęście, iż doczekała wolnej Polski bez radzieckiego buta.

Chociaż płocki cmentarz przy ul. Kazimierza Wielkiego nie należy do wielkich, ciężko było odnaleźć osłonięty drzewami, niepozorny nagrobek. Znaleźliśmy go dopiero przy cmentarnym ogrodzeniu.

Czas nie pieścił się ani z pamięcią o Jadwidze, ani z jej rodzinnym grobem. Na nałożonej płycie napisy wyblakły już na tyle mocno, iż z trudem da radę cokolwiek odczytać.

Wędrówka

Janina jako córka Ludwika i Franciszki Boetzel przyszła na świat w Kazalińsku w 1920 r.

Rodzina Boetzel pochodziła z Holandii, przez dziesiątki lat trudniła się młynarstwem. Na tereny Pomorza przybyli ok. 1630 r. Ojciec Janiny odbył służbę wojskowa w armii carskiej, w 1913 r. wyjechał do Taszkientu, tam też podjął pracę w Belgijskim Towarzystwie „Tramwaje Taszkienckie” i poślubił swoją żoną Franciszkę (pochodziła z Miszewa Murowanego, wychowywała się w Płocku). Jeszcze w Taszkiencie urodził się ich pierworodny syn Karol.

Ludwik brał udział w I wojnie światowej, a po niej, w 1921 r., organizował wyjazdy Polaków z Rosji do ojczyzny, która po zaborach i zakończeniu działań wojennych wyrwała się do niepodległości. Wraz z Ludwikiem, 45 wagonami towarowymi, powróciło do Polski ok. 1300 osób.

Po kilkutygodniowej podróży rodzinę czekała przymusowa kwarantanna w Warszawie. Płock był ostatnim, wyczekanym przystankiem. Ludwik został księgowym w biurze Spółdzielni Spożywców „Zgoda” w Płocku (z czasem przypadła mu również rola członka zarządu). Jego syn Karol najpierw odbył służbę wojskową, następnie powrócił do Płocka, pracując jako subiekt w sklepie kolonialno-spożywczym.

Rodzinna mistyfikacja

II wojna światowa wybuchała akurat w roku, w którym Janina kończył naukę w szkole handlowej i otrzymała świadectwo dojrzałości. Już od początku okupacji wraz z bratem Tadeuszem pracowała w Biurze Meldunkowym Zarządu Miasta Płock. W tym czasie jej brat Karol wziął udział w kampanii wrześniowej, następnie dostał się do sowieckiej niewoli. Udało mu się zbiec i wrócić do Płocka, gdzie został kierownikiem sklepu w Radziwiu należącym do Spółdzielni „Zgoda”.

Tymczasem ojciec, Ludwik Boetzel, zdecydował o podpisaniu volkslisty.

Nie zdradził.

Już w 1940 r. Ludwik Boetzel został zwerbowany do POZ (Polskiej Organizacji Zbrojnej) – uczynił tak za poleceniem tej organizacji i w porozumieniu z Zarządem Spółdzielni „Zgoda”. Odtąd był znany pod pseudonimami „Zgoda”, „Y-2” lub „Kawa”.

W konspiracyjne szeregi została wciągnięta niemalże cała rodzina – rodzeństwo Janiny, brat Tadeusz (ps. „Jur”) i siostra Maria (ps. „Grażyna”), także mama Franciszka (ze względu na pracę telefonistki zyskała pseudonim „Trójka”). Ojciec, który cały czas pracował w „Zgodzie” (teraz przemianowanej przez Niemców na „Konsum-Genossenschaft”) kierował sprawnie działającą na naszym terenie komórką wywiadu POZ, następnie ZWZ-AK. Siatka wywiadowcza działała do końca wojny. Dzięki temu zdołano zdemaskować kilku niemieckich konfidentów.

W domu rodzinnym Boetzel przy ul. Żwirki i Wigury w Płocku mieściła się skrzynka kontaktowa AK. Ich dom na kilka miesięcy w 1943 r. posłużył za kryjówkę poszukiwanemu przez gestapo por. Janowi Nowakowi (ps. Świt, który niedługo później awansował z zastępcy na szefa Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego AK, następnie na komendanta obwodu płockiego AK).

Nie każdy, kto wpisał się na volkslistę był zdrajcą

Wróćmy jednak do Janiny. Oficjalnie była maszynistką, tłumaczką i sekretarką w biurze inspektora policji miejskiej, a nieoficjalnie – agentką wywiadu Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego. Na żołnierza AK zwerbował ją Jan Nowak w 1941 r. Przeszkolenie z działalności wywiadowczej przeszła już pod pseudonim „Mira”. Ona również otrzymała rozkaz podpisania volkslisty III grupy.

Janina przekazywała ważne materiały policyjne, załatwiała fałszywe przepustki i przekazywała cenne informacje. Od niej wywiad AK dowiedział się, iż podczas śledztwa zatrzymany komendant inspektoratu płońsko-pułtuskiego Franciszek Klimkiewicz „Jastrzębiec” załamał się podczas przesłuchań i wydał ponad stu żołnierzy.

Więzi

Ta mistyfikacja pomogła w uratowaniu wielu ludzi. Listę z nazwiskami osób, które były już na celowniku gestapo, Janina Boetzel przekazała Tadeuszowi Hetkowskiemu (ps. „Szpak”, „Wiesław”, w czasie wojny pełnił funkcję łącznika zewnętrznego, ukrywał „spalonych”, przeprowadzał do punktów kontaktowych, był również żołnierzem i kurierem, po wojnie został odznaczony Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi, Krzyżem Armii Krajowej). Hetkowski zdążył ostrzec ludzi, ale najwyraźniej Niemców ktoś uprzedził. Okupanci przekonywali, iż w mieście działa prowokator, poprosili o zachowanie spokoju. Niestety, kilka osób dało wiarę tym zapewnieniom, zostali z domu i niedługo trafili do aresztu.

– Janina i Tadeusz często bywali u nas w domu. Byli przyjaciółmi moich rodziców, szczególnie ojca. Spajały ich ze sobą doświadczenia okupacji, działalność w Armii Krajowej i mnóstwo wspomnień. Podczas tych spotkań oni siłą rzeczy wracali do różnych epizodów z II wojny światowej – mówi Wojciech Hetkowski, były prezydent Płocka, syn Tadeusza Hetkowskiego.

Te wspomnienia miały też inną wspólną cechę, wiązały się z latami ich młodości. Janina Boetzel w chwili wybuchu wojny miała 19 lat, Tadeusz Hetkowski – 18. Po wojnie swojemu synowi Wojciechowi dał na drugie imię Wiesław – dokładnie tak jak brzmiał jego pseudonim w okresie działalności w AK.

W tych opowieściach był również obecny Jan Nowak. – Był on mężem mojej ciotki, która z kolei była moją chrzestną. Łączyły nas z nimi więzi rodzinne, mieszkali obok nas – dopowiada Hetkowski.

Melina pod stogiem

Nowaka w czasie wojny poszukiwało gestapo. Od października 1943 r. ukrywał się na terenie gospodarstwa w okolicy Drobina (został tam przeniesiony również sztab Sztab Inspektoratu Płocko-Sierpeckiego). Wojciech Hetkowski kojarzy wspólny, już powojenny wyjazd do tego gospodarstwa… – Pokazywali różne kryjówki przed szukającymi ich gestapowcami. Była tam obora przegrodzoną taką specjalną, nierzucająca się w oczy ścianką, i stóg z wykopaną pod spodem ziemianką. Wspominali historię łapanki urządzonej przez czerwonoarmistów. Złapali wówczas jakiś młodych chłopców, koniecznie chcieli poznać ich tożsamość. „To są nasi synowie”, powiedział im mój ojciec, który w tamtym czasie nie miał więcej niż 23, 24 lata. „Ale jakie oni mają ręce, przecież mają ręce jak biali panowie”. Ojciec jednak szedł w zaparte, więc kazali mu przysięgać na Matkę Boską. Czerwonoarmiści w końcu zostawili ich i wyjechali. Ale wraz z nastaniem władzy ludowej tamten gospodarz został zesłany na Syberię.

Wojciech HetkowsKi poproszony o opisanie samej Janiny czy to z wyglądu, czy z charakteru, przyznaje, iż bardziej utkwił mu w pamięci jej brat Tadeusz. Od tamtego czasu wspomnienia zdążyły się zatrzeć. Tadeusz Hetkowski nie żyje od 1985 r., a kilka lat po nim zmarł Tadeusz Boetzel, autor hymnu Płocka: „Płock, grodzie nasz z Tumskich Wzgórz trzymasz straż, grodzie nasz. Patrząc w Wisły toń ty trwasz, ty trwasz”.

W 2001 r. zmarł również Jan Nowak. Po wojnie, w 1948 r., Nowak został aresztowany, a dwa lata później, w trakcie pokazowego procesu, skazany na karę śmierci za działalność w AK. W celi śmierci przebywał pół roku, później doszło do zmiany wyroku na dożywocie. I tak, zamiast kontynuować studia, posmakować codzienności wraz z żoną Ireną, stracił kolejne siedem lat z życia. Wrócił do Płocka dopiero w 1956 r. I wszedł do kuchni Hetkowskich… Ewidentnie po przejściach, cały zarośnięty. – Byłem wtedy dzieckiem, a i tak widziałem, iż ten człowiek przeżył coś makabrycznego. Nie nosił w sobie chęci zemsty. Bardziej przekonanie o spełnionym obowiązku. Nie dla poklasku czy rekompensaty. Nie, był prawdziwym patriotą, który poświęcił swoje życie ojczyźnie jako żołnierz Armii Krajowej. A to wokół niego ogniskował się ten cały ruch oporu na naszym terenie – dodaje były prezydent Płocka.

Kara śmierci za zdradę

Powróćmy do losów Janiny Boetzel. Póki mogła pomagała i ostrzegała, zapamiętując jak najwięcej nazwisk osób, którym groziło aresztowanie. Tak było do 4 października 1944 r.

Janina uczestniczyła w sporządzeniu listy zawierającej adresy ok. 80 osób. Wszyscy mieli zostać zatrzymani. Ostrzeżeni w porę ludzie zdołali umknąć i uratować życie. Niestety tego szczęścia nie miała już sama Janina. Kobiecie zarzucono zdradę narodu niemieckiego, fałszowanie dokumentów i sprzyjanie wrogowi – podziemnemu ruchowi oporu. W tamtym czasie wyrok mógł być tylko jeden – kara śmierci.

Janina została osadzona w płockim więzieniu. Stąd, pod eskortą, 2 stycznia 1945 r. wywieziono ją do Torunia, a stamtąd jeszcze dalej, aż do berlińskiego więzienia „Moabit”. Tu miał zostać wykonany wyrok.

Z powodu nasilających się działań wojennych więźniowie polityczni zostali przewiezieni do Bayreuth w Bawarii. Adwokat też grał na zwłokę, wysyłając do samego Hitlera prośbę o ułaskawienie Janiny. Oczekiwanie na odpowiedź i wejście Amerykanów uratowało kobietę. Została oswobodzona wiosną 1945 r.

Ledwie zdążyła posmakować wolności, a już z początkiem grudnia ponownie została aresztowana. Tym razem przez komunistyczny Urząd Bezpieczeństwa. Zarzut? Wcześniejsze podpisanie folkslisty. Janinę pobito. W tym stanie, w piwnicznej katowni, leżała na gołym betonie przez trzy doby. Została zwolniona dopiero po blisko dwóch miesiącach odsiadki.

W grudniu 1945 r., tuż przed świętami, komunistyczna służba bezpieczeństwa zatrzymała również rodziców Janiny. Franciszka była bezprawnie przetrzymywana w więzieniu, podobnie jak jej mąż, do lutego 1946 r. Ludwika aresztowano jako „faszystę”, poddawano katowaniu i szykanom, a kiedy wreszcie został zwolniony, był załamany psychicznie. W 1947 r. wystarczyło przeziębienie…

W tamtym czasie AK-owskie wątki w życiorysie były bardzo niebezpieczne. – Mój ojciec, lekarz weterynarii, przez wiele lat nie mógł dostać pracy w swoim zawodzie w Płocku. Musiał dojeżdżać do Bodzanowa. Jeszcze w latach 50. samo przyznanie się do przynależności do AK było zagrożeniem życia. Wiemy, w jaki sposób walczono wówczas z opozycją – dopowiada Wojciech Hetkowski.

Nigdy nie wyszła za mąż

Janina zamieszkała wspólnie z mamą. Franciszka mogła liczyć na pomoc córki do końca życia, a dożyła sędziwego wieku 90 lat.

Hubert Woźniak, były wieloletni dziennikarz płockiej redakcji „Gazety Wyborczej”: – Ludzie, którzy decydowali się na służbę w AK i w wywiadzie, starają się nie zwracać na siebie uwagi. To takie ciche myszki. I Janina Boetzel taką cichą myszką była. Przychodziła najpierw na zebrania płockiego koła Polskiego Związku b. Więźniów Politycznych, Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych, później Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. PRL nigdy jej nie docenił. Dała się zapamiętać, jako taka pani, która gdzieś tam walczyła, skłonna do podzielenia się skromną rentą czy emeryturą.

Wspomniane płockie koło Polskiego Związku b. Więźniów Politycznych, Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych powstało 7 stycznia 1946 r. Organizowali żałobne akademie, przy ul. Grodzkiej 9 udało im się uruchomić sklep bławatno-galanteryjny, prowadzili także sprzedaż pocztówek, aby wspomóc urządzenie muzeum w Oświęcimiu. Nieśli pomoc wdowom i sierotom, którzy stracili bliskich podczas okupacji. Także za ich sprawą w płockiej katedrze, w trumience wmurowanej w kaplicy Sierpskich, zostały złożone symboliczne prochy płocczan – więźniów obozów koncentracyjnych.

Wojciech Hetkowski: – Mój tata do końca wierzył, iż w Polsce nastąpi zmiana ustroju. I los nie dał mu spełnić tego, o czym marzył. Ci ludzie byli bardzo skromni. Nie wychodzili do pierwszej linii. Nie afiszowali się z tym, nie uwypuklali tego, co robili w okresie wojennym i zaraz po niej.

Akurat Janina Boetzel doczekała się Polski niepodległej, z orłem w koronie. Zmarła w 25 kwietnia 1991 r. (w tym samym roku zmarł również jej starszy brat Karol). Spoczęła w grobowcu rodzinnym na płockim cmentarzu ewangelickim. Czy ktoś jeszcze tam przyjdzie, usiądzie na ławeczce, upomni się o Janinę, zechce zachować pamięć o niej w przestrzeni miasta?

Zostaje żałować, iż od niej samej opowieści już nie usłyszymy.

Lena Rowicka, Karolina Burzyńska

Foto: KB

Idź do oryginalnego materiału