
Wielka śnieżyca, jaka nawiedza Toronto spowodowała, iż media zaczęły wspominać jak dwadzieścia siedem lat temu burmistrz Toronto Mel Lastman podjął decyzję, która przeszła do historii miasta – wezwał wojsko do pomocy przy odśnieżaniu po potężnej burzy śnieżnej.
12 stycznia 1999 roku Toronto zostało sparaliżowane przez zaspy sięgające wysokości domów, a dwa dni później do miasta ściągnięto 438 żołnierzy w 128 pojazdach z bazy CFB Petawawa. Kolejnych 110 rezerwistów pozostawało w gotowości.
Decyzja Lastmana była szeroko komentowana i często wyśmiewana, a Toronto zyskało łatkę „zimowych mięczaków”. Sam burmistrz jednak bronił swojej reakcji.
— Lepiej dmuchać na zimne. Bezpieczeństwo mieszkańców jest ważniejsze niż cokolwiek innego — mówił wtedy.

Mel Lastman wraz z żołnierzami na wojskowym pojeździe.
Kanadyjscy żołnierze pomagali uwięzionym kierowcom, przewozili chorych do szpitali, gdy karetki nie mogły się przedrzeć, i oczyszczali studzienki, aby zapobiec powodziom.
— Jesteśmy wyposażeni w łopaty i gotowi na każde zadanie — zapewniał wówczas generał brygady Walter Holmes.
Zima 1999 roku przyniosła łącznie aż 118 centymetrów śniegu. Dla porównania: rok później w St. John’s spadło 648 centymetrów i wojska nie wezwano – jednak warunki miejskie były zupełnie inne.
Rocznica wydarzenia wywołała w środę dyskusję na portalu Reddit. Wielu użytkowników, z perspektywy lat, poparło decyzję Lastmana. W komentarzach przypominano zaspy „po pas”, sparaliżowany transport i fakt, iż służby miejskie nie były w stanie samodzielnie udrożnić dróg.
„Gdyby nie wojsko, byłoby 20 razy gorzej” – pisał jeden z mieszkańców. Inna użytkowniczka oceniła krótko: „Powołanie wojska było w 100% słuszną decyzją”.









