Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

dakowski.pl 12 godzin temu

Cień Domostawy. Dzieło, które krzyczy o niewygodną prawdę

11 lipca 2026 Andrzej Solak pch/cien-domostawy-dzielo-ktore-krzyczy-o-niewygodna-prawde

Fot. Daniel Mróz / Forum

Pomnik „wołyński” w Domostawie stanowi nie tylko upamiętnienie ofiar ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich szowinistów na ludności polskich województw wschodnich. Monument, nieoczekiwanie dla twórcy i fundatorów, stał się zarazem świadectwem hańby środowisk pretendujących do miana politycznych i medialnych elit III RP.

Obrazy i słowa

To dzieło krzyczy o prawdę, która do dziś pozostaje niewygodna.

Olbrzymi orzeł, ogarnięty płomieniami, z krzyżem na piersi. A w krzyż wpisane maleńkie dziecko, nadziane na tryzub. U podstawy pomnika inne maluchy wraz z matką i ojcem, całą rodziną kroczące w ogniu i próbujące osłonić się krucyfiksem. Zaś na rewersie nabite na płot dziecięce głowy, także w płomieniach. Przerażająca kompozycja utrwala pamięć o przerażających czasach. Dlaczego właśnie tak?

Powiadają, iż obraz ma moc tysiąca słów. A właśnie w kwestii Wołynia przeciwko słowom prawdy prowadzi się w Polsce wojnę, od wielu lat. Określenia takie jak: „zbrodnia”, „rzeź”, „ludobójstwo” zostały uznane za „niepotrzebnie jątrzące”. Pokochano za to eufemizmy: „tragedia na Wołyniu”, „tragiczne wydarzenia”, „trudna przeszłość”… Dawnych „bandytów z UPA” i „ukraińskich rezunów” zastąpili: „bojownicy UPA”, „żołnierze UPA”, „uczestnicy walk o niepodległość Ukrainy”, „antysowiecki ruch oporu na Ukrainie”… Samozwańczy arbitrzy elegancji nakazali nam milczeć, szantażując insynuacjami o „uleganiu rosyjskiej narracji”. I trzeba to powiedzieć otwarcie – wielu ich posłuchało.

Rzeźbiarz Andrzej Pityński uderzył więc obrazem. Pokazał zbrodnię bez niedomówień, w całej jej potwornej grozie. Nie zostawił miejsca na żadne „dialogowanie” ze spadkobiercami morderców; na żadne nowomodne „wyważanie ocen”, w stylu: „pięć minut dla ofiar – pięć minut dla rezunów”. Bo co można powiedzieć o „bojownikach”, którzy nadziewają dzieci na widły? Jak człowiek normalny MUSI ocenić „bohaterów walk o niepodległość”, co odrąbują dzieciom głowy?

Z Golgoty na Wołyń

Spór o pomnik Andrzeja Pityńskiego przypominał dawne, równie zajadłe dyskusje przy okazji projekcji filmu „Pasja” Mela Gibsona.

Toż wtedy także obrodziło nam w kwękających estetów, narzekających na „krwawe mięso” i „epatowanie okrucieństwem”. Najwyraźniej byli oni zdania, iż obraz tortur, biczowania, koronowania cierniem, wreszcie wbijania gwoździ w ludzkie ciało winien być przepełniony anielską słodyczą.

Oburzały się wtedy wcale nie tylko środowiska lewicowe, zawsze okazujące zdumiewające zainteresowanie wewnętrznymi sprawami Kościoła; cierpiące na jakoweś natręctwo wydawania pouczeń chrześcijanom, w co powinni wierzyć i jak uzewnętrzniać swe uczucia. Jeszcze bardziej zaskakiwały ostentacyjne wyrazy absmaku ze strony deklaratywnych, progresywnych katolików, przywykłych do „dialogowania” i układnego pustosłowia, na co dzień przytulających się do pluszowego krzyża.

Chropawa, drapieżna narracja Gibsona zburzyła dobre samopoczucie wielu. Reżyser ośmielił się ukazać, iż Ofiara na Krzyżu to nie była rzecz słodka i miła; to nie były uprzejme, niezobowiązujące, „braterskie” uśmiechy i uściski dłoni. Gibson przypomniał, iż Ofiara zaczęła się od przerażenia w Ogrojcu. Od zwyczajnego, ludzkiego lęku Boga przed męką, przed samotną śmiercią wśród nienawistnych tłumów. Oraz iż tamto dławiące uczucie niepokoju zostało przełamane – poczuciem obowiązku i prawdziwą Miłością, mocno różniącą się od „miłości” w tej chwili lansowanej. Dlatego potem był pot, i krew, i ból, prawdziwe morze bólu. Reżyser pokazał to bez niedomówień. Andrzej Pityński poszedł tą samą drogą.

Znak sprzeciwu

O pomniku w Domostawie mówi się, iż głęboko podzielił nasz naród.

To akurat prawda. Spory toczące się wokół monumentu pokazały, kto jest u nas prawdziwym patriotą, zwyczajnie wiernym prawdzie, nieoglądającym się na państwowe granty ani na „sojusze”. Kto nie potrzebuje łaskawego przyzwolenia ministra ani partyjnego prezesa na złożenie hołdu zamordowanym. Spory ujawniły także, kto wyprzedał za drobne honor i poczucie przyzwoitości, łasząc się do obcych, pomagając im zabijać pamięć o ofiarach. Pomnik oddzielił ziarno od plew.

Powstanie i instalacja monumentu były pracą oddolną. Pomnik wykonał Andrzej Pityński na zamówienie Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce, z siedzibą w Nowym Jorku. Rzecz sfinansowała Polonia oraz krajowi darczyńcy. Fundatorzy wyłożyli kilkaset tysięcy dolarów, pokrywając koszt produkcji, jak i zamierzonej instalacji. Rzeźbę odlano w brązie już w roku 2018.

W sprawę zaangażowało się mnóstwo prawych osób. Ale nagle pojawił się problem! W Polsce, rządzonej wtedy przez ponoć „patriotyczny” PiS, władze stanęły okoniem. Tubylczy „słudzy narodu ukraińskiego” za wszelką cenę chcieli uniknąć nazwania zbrodni po imieniu. Władze poszczególnych miast, jedne po drugich, zaczęły odmawiać zgody na postawienie pomnika. Na tej liście hańby znalazły się: Jelenia Góra, Rzeszów, Toruń, Stalowa Wola…

W końcu jednak, obok wystraszonych samorządowców, objawił się człowiek odważny: pan Zbigniew Walczak, wójt podkarpackiej gminy Jarocin. Na jego decyzji zaważyła prawdziwa wspólnota bólu – podczas II wojny światowej okolice Jarocina krwawo pacyfikował okupant niemiecki przy współudziale ukraińskich kolaborantów.

Kiedy pan Walczak podejmował odważną decyzję, gniewu „ukraińskich partnerów” w sprawie uczczenia ofiar rzezi wołyńskiej bał się prezydent RP; bał się premier; bali się ministrowie rządu; bali się zależni od ich decyzji samorządowcy. Bała się mniemana opozycja spod znaku PO i Lewicy – wszak wraz z rządzącymi PiS-owcami „solidarna z Ukrainą”. Przed gniewem Kijowa trzęsły portkami wielomilionowe elektoraty wzmiankowanych partii. Nie bał się za to wójt maleńkiego Jarocina.

Oni i my

14 lipca 2024 roku w Domostawie wielotysięczne tłumy asystowały przy odsłonięciu i poświęceniu pomnika. Przybyły rzesze zwyczajnych ludzi z całej Polski. Byli weterani, grupy rekonstrukcyjne, przedstawiciele organizacji kresowych i dziesiątków innych stowarzyszeń społecznych.

Spośród 460 posłów RP na uroczystość przybyło zaledwie 10. Z tego aż 7 osób reprezentowało ówczesną niszową, niepodzieloną jeszcze Konfederację (głównie Koronę). Z PSL stawił się raptem jeden sprawiedliwy. PiS-owska większość sejmowa wygenerowała ledwie… dwóch uczestników, co przyjechali własnym sumptem, na własną odpowiedzialność (oceńcie Państwo sami, czy było to ocalenie honoru partii rządzącej, czy też uwypuklenie jej moralnego upadku?). Z PO, Lewicy i partii Hołowni nie stawił się nikt.

Nie było nikogo ze zdominowanego przez POPiS Senatu. Zabrakło przedstawicieli władz wojewódzkich i centralnych. Nie było ówczesnego prezesa IPN (wszak rok wcześniej zapewnił on, iż Ukraińcy mają prawo wybierać swoich bohaterów, choćby jeżeli okażą się nimi Bandera lub Szuchewycz). Na obecność prezydenta RP, premiera czy któregokolwiek z ministrów nikt rozsądny choćby nie liczył. Co najbardziej bolesne, na uroczystości nie stawił się ani jeden biskup. Jak zwykle, nasi arcypasterze mieli ważniejsze sprawy…

Szczucie

Przez kolejne dni i tygodnie mogliśmy w mediach wysłuchiwać popisu chóru „oburzonych” odsłonięciem pomnika.

„Nie ma wątpliwości, iż odsłonięcie pomnika zostanie wykorzystane przez rosyjską propagandę do budowy podziałów między naszymi społeczeństwami” – skamlała odezwa Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Osobnicy określający się rządem Rzeczypospolitej skwapliwie odcinali się od inicjatywy: – „Zwracamy uwagę, iż pomnik, który ma zostać odsłonięty w miejscowości Domostawa jest efektem prywatnej inicjatywy. Zarówno jego kształt, jak i sama budowa, nie uzyskały wsparcia władz centralnych na żadnym etapie prac. Artystyczny kształt pomnika „Rzeź Wołyńska” i jego drastyczna wymowa wzbudzają wiele kontrowersji”.

Mirosław Skórka, prezes Związku Ukraińców w Polsce, organizacji finansowanej przez polskiego podatnika, pospieszył z publicznym donosem, iż domostawski monument „budzi nienawiść”. Przy okazji pan Skórka raczył napomknąć też o „półprawdzie” w sprawie Wołynia, jakoby lansowanej przez stronę polską.

Do „Newsweeka” podreptał z proukraińskimi umizgami Kazimierz S. Ożóg, historyk sztuki:

– W tym okrutnym dla Ukraińców momencie, jakim jest wojna, epatowanie tak nachalną symboliką jest w mojej opinii niedopuszczalne.

Z kolei Jakub Szafrański z „Krytyki Politycznej” uderzył w ton rechotliwy:

– Szkoda tych tatusiów i mam z pieśnią maryjną na ustach oraz ich pociech, które muszą się potem bać nadziania na ukraiński trójząb i smażenia żywcem jak kiełbasa na grillu.

Prawdziwe rozczulające były wyrazy oburzenia ze strony Bohdana Czerwaka, przewodniczącego Kijowskiej Miejskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, uznającej się za kontynuatorkę działalności dawnej OUN (niegdyś patronującej wołyńskiemu ludobójstwu). Imć prowidnyk nie owijał rzeczy w bawełnę. Stwierdził, iż Polacy „obrażają uczucia narodowe Ukraińców” oraz iż w ten sposób „kopią grób dla Polski”.

Niejaki Witold Głowacki z oko.press napomknął o „nekropornograficznej orgii przemocy”. Niestety, nie był pierwszy. Wszystkich przebił wcześniej Wojciech Mucha, niegdysiejszy publicysta „Gazety Polskiej”. Ów pan już przed laty wypalił z grubej rury:

Nekropornograficzny pomnik Ofiar ludobójstwa wołyńskiego to obraza dla Ofiar, pamięci i estetyki. To dowód na to, iż część polskiej prawicy jest upośledzona intelektualnie i nieodwracalnie zaczadzona.

Sprawny intelektualnie tudzież odwracalnie wentylowany redaktor Mucha najwyraźniej zaimponował zarówno lewactwu, jak i urzędowym „sługom”. Wszak przy innej okazji pochwalił się, iż dla znajomych jest „większym ukraińskim patriotą niż większość Ukraińców”.

Przedstawione komentarze to oczywiście skromniutki czubek góry lodowej. Z Internetu wylała się fala insynuacji, których autorzy dopatrywali się w domosławskich uroczystościach złowrogiej ręki Moskwy.

Dał im przykład Jakub Berman

Jestem przekonany, iż dzisiejsi zawodowi medialni demaskatorzy obcej agentury, dezinformacji i wrogiej propagandy, także udzielający się w kwestii Domostawy, czerpią pełnymi garściami z pewnych, dość szczególnych wzorców. W epoce stalinowskiej nadworni propagandyści osiągnęli prawdziwą wirtuozerię w mieszaniu z błotem przeciwników politycznych, w przypisywaniu im niecnych intencji i działań, w tym rzekomych agenturalnych powiązań. Kiedy porównać język mediów z tamtej epoki z dzisiejszym, to podobieństwa są uderzające.

Niejaki Andrzej Szczypiorski, za stalinizmu osobnik godzący obowiązki literata oraz Tajnego Współpracownika UB (zaś w III RP ogłoszony „autorytetem moralnym” z mianowania „Gazety Wyborczej”), otóż w latach 50-ych XX stulecia ów Szczypiorski uderzył zaangażowanym piórem w polską antykomunistyczną emigrację, wyzywając ją od „renegatów”. Odpowiedział mu na to pięknie poeta Marian Hemar, na wygnaniu zżerany tęsknotą za utraconym rodzinnym Lwowem. Hemar pisał w czasach Josifa Stalina, nie Wołodymyra Zełeńskiego, ale potrafił uchwycić ponadczasowe niuanse wrażliwością duszy Kresowianina wypędzonego z ojcowizny:

Kim są ci „renegaci”

Pośród nas? To zapewne

Wszyscy, co mają pretensje

Zadrażnione i gniewne

I nie godzą się w sposób

Odszczepieńczo warcholski,

Że w Polsce nie ma już Lwowa,

Że Lwów może nie być polski

I co tylko pomyślą

O swym zdradzonym Lwowi,

To jasna krew ich zalewa,

Nu… renegaci. Typowi.

Skądinąd to interesujące, czy w kwestii oceny prawowitej przynależności Lwowa dzisiejszym „solidarnym z Ukrainą” bliżej do Hemara, czy do konfidenta UB Szczypiorskiego?

Sprawdzam!

Miałbym dobrą radę dla wszystkich nadwiślańskich sług narodów obcych. Dla zagłuszających wrzaskiem pamięć o polskich ofiarach. Dla wielbicieli mafijno-banderowskich układów we władzach w Kijowie. Dla zgorszonych wymową pomnika w Domostawie, tych z lewa i owych z prawa. Dla całej tej samozwańczej żandarmerii, co tak gorliwie tropi „wrogów” i „dezinformację”.

Niechaj przestaną nas truć swoimi pouczeniami i radami. Niech udowodnią czynami wiarygodność swych słów i deklaracji. Niechaj pakują manatki i jadą na wschód, służyć swoim panom – właśnie tam, a nie u nas. A niechby choćby na froncie, tłukąc się z Rosjanami – czy istnieje lepsza sposobność poświadczenia własnego, nabytego ukraińskiego patriotyzmu, „większego niż u większości Ukraińców”?

Nie wiem, czy faktycznie przysłuży się to Ukrainie. Ale naszej Polsce ulży to na pewno.

Andrzej Solak

Idź do oryginalnego materiału