Co się wydarzyło 5 lipca 105 lat temu na Śląsku

opolska360.pl 1 godzina temu

Walki powstańcze rozpoczęły się w nocy z 2 na 3 maja. Po największych bitwach powstania – o Kędzierzyn-Koźle, w rejonie Góry św. Anny i w rejonie Wodzisławia Śląskiego i Raciborza – po rozejmie podpisanym przez stronę polską 11 czerwca, a przez stronę niemiecką dwa tygodnie później, wyznaczono linię demarkacyjną.

Trzecie powstanie śląskie – ważna rocznica

Pas neutralny zajęły wojska międzysojusznicze – Brytyjczycy, Francuzi i Włosi, rozdzielając walczące strony. Przy czym żadna z nich nie była tym do końca usatysfakcjonowana. Niezbędne było wypracowanie zasad podziału terenu plebiscytowego między Polskę i Niemcy.

Zgodnie z żądaniami Komisji Międzysojuszniczej, obie strony w umowie z 25 czerwca zobowiązały się do wycofania wojsk z terenu plebiscytowego. Wycofywanie to trwało do 5 lipca. Dlatego też właśnie tę datę uważa się za ostatni dzień trzeciego powstania śląskiego.

Mimo, iż data ta nie wiąże się z żadnym spektakularnym wydarzeniem. Nie podpisano tego dnia żadnego traktatu. Ale właśnie wtedy zakończyło kończy się to wydarzenie, które polska historiografia nazywa powstaniem śląskim, a niemiecka buntem, rebelią, siłowym rozwiązaniem politycznego problemu podziału Śląska.

Powstanie zwycięskie dla Polski

Powstanie o tyle było polskim sukcesem militarnym, iż już samo przygotowanie manifestacji zbrojnej na obszarze plebiscytowym – terenie formalnie wydzielonym z Niemiec, ale funkcjonującym przecież w organizmie państwa niemieckiego – było swego rodzaju zwycięstwem. W ciągu pierwszych dni powstańcy zajęli praktycznie cały obszar, którego na arenie międzynarodowej żądał dla Polski dyktator III powstania Wojciech Korfanty.

Choć jednocześnie pełnego zwycięstwa militarnego powstanie nie przyniosło. Jak już wspomniano, walczące strony rozdzieliły wojska sprzymierzone. Gdyby siły międzynarodowe nie przerwały walk w momencie, kiedy Niemcy organizowali kontratak, powstańcy musieliby się prawdopodobnie wycofać.

Politycznie trzecie powstanie śląskie było niewątpliwie sukcesem i zwycięstwem Polski wracającej na mapę Europy po 120 latach nieobecności. Polskie elity gospodarcze w pełni zdawały sobie sprawę, iż jeżeli uprzemysłowiona część Śląska do Polski nie trafi, to pozostanie ona bardzo biednym krajem rolniczym.

Tymczasem zgodnie z decyzją wielkich mocarstw do Polski przyłączono powiaty:

  • katowicki,
  • chorzowski,
  • lubliniecki,
  • tarnogórski,
  • świętochłowicki,
  • pszczyński,
  • rybnicki.

Była to zaledwie 1/3 obszaru regionu, ale za to z większą częścią przemysłu. W granicach Rzeczypospolitej znalazły się 53 kopalnie węgla, 10 kopalni cynku i ołowiu, 9 stalowni i 22 wielkie piece.

Ten sukces miał swoją cenę. Zarówno liczoną w kosztach materialnych, jak i ludzkich.

Jeśli chodzi o infrastrukturę, to największe straty zanotowano w żegludze śródlądowej i na kolei – notuje w książce „Powstania śląskie 1920-1921-1922” profesor Ryszard Kaczmarek – a były one przede wszystkim wynikiem walk w Koźlu i Kędzierzynie. Niebagatelne były także szkody w sieci dróg, zwłaszcza zniszczone przeprawy mostowe na początku powstania. A potem również w toku walk w czasie niemieckiej ofensywy. Szczególnie ucierpiały pod tym względem powiaty, gdzie intensywność walk była największa: strzelecki (24 małe mosty, kozielski, wysokość strat szacowna na 1,5 mln marek, do tego zniszczony jeden duży most na Odrze) i raciborski (stracone trzy duże mosty na Odrze, 10 milionów marek) – notuje profesor.

Autor książki przyznaje, że liczba ofiar w ludziach nie jest precyzyjna. W czasie bitwy o Górę św. Anny szef powstańczego duszpasterstwa zanotował w okresie między 21 a 26 maja 105 nazwisk poległych powstańców.

Według danych ustalonych przez stronę polską w 1936 roku, liczba zabitych w trzecim powstaniu śląskim wyniosła łącznie 1721 osób, zaś liczbę rannych po stronie polskiej szacuje się na 3 tysiące. Według podobnych szacunków sporządzonych po stronie niemieckiej, liczbę zabitych oszacowano na 800 żołnierzy, zaś rannych na około 1500.

Ostateczny kształt polsko-niemieckiej granicy na Śląsku Rada Ambasadorów zatwierdziła ostatecznie 20 października 1921 roku.

Granica, która musiała być kompromisem, miała klasyczne cechy kompromisu, czyli tak naprawdę nie zadowalała żadnej ze stron. Bo też jak skutecznie podzielić między dwa państwa obszar, na którym mieszkańcy miast w plebiscycie opowiedzieli się w przewadze za Niemcami, a otaczające te miasta wioski często optowały za Polską?

Jak pogodzić tzw. projekt angielsko-włoski (w myśl którego Polska miała otrzymać jedynie powiaty rolnicze – pszczyński i rybnicki oraz skrawki powiatu katowickiego) z popieraną przez Francuzów tzw. linią Korfantego. W myśl jego koncepcji Polsce miało przypaść 59 proc. obszaru plebiscytowego i 903 gminy.

Nie ma wątpliwości, iż o przebiegu polsko-niemieckiej granicy na Śląsku decydowały w dużej mierze państwa trzecie i ich interesy. Francja chciała przede wszystkim możliwie skutecznie „okaleczyć” Niemcy, więc popierała aspiracje polskie. Brytyjczycy wspierali Niemcy, bojąc się wzrostu znaczenia Francuzów na kontynencie. A wszyscy odwoływali się do zasady samostanowienia narodów sformułowanej przez prezydenta USA Thomasa Woodrowa Wilsona w jego historycznym pokojowym programie. Trzynasty punkt tegoż programu zakładał stworzenie niepodległego państwa polskiego na terytoriach zamieszkanych przez ludność bezsprzecznie polską z wolnym dostępem do morza oraz niepodległością polityczną i gospodarczą.

Diabeł tkwi w szczegółach

Aby rozwiązać graniczne sprzeczności, Rada Ligi Narodów powołała tzw. Komisję Czterech. W jej skład weszli Welligton Koo (Chiny), Paul Hymans (Belgia), Quinones de Leon (Hiszpania) oraz Da Cuhna (Brazylia). Żaden z nich nie był pewnie znawcą spraw śląskich. Próbowali rozwiązać kwadraturę koła, opierając się na wynikach plebiscytu z marca 1921 roku i wielu innych materiałów pomocniczych.

Ostatecznie Niemcy musiały odstąpić Polsce część powiatu lublinieckiego, większy fragment tarnogórskiego i bytomskiego (sam Bytom został w Niemczech), cały powiat katowicki, południowo-wschodnią część powiatu zabrzańskiego (ale bez Zabrza), powiat pszczyński i rybnicki oraz skrawki powiatów raciborskiego i toszecko-gliwickiego.

Co do zasady wszystko jasne. Ale diabeł tkwi w szczegółach i wyjaśnienie i rozstrzygnięcie owych szczegółów w terenie zajęło blisko dwa lata. Bo też wyznaczenie w terenie granicy biegnącej przez tereny uprzemysłowione i gęsto zaludnione napotykało na wiele trudności, często na granicy absurdu.

W granicach Rzeczypospolitej znalazła się na przykład wieś Kośmidry w powiecie lublinieckim. W grudniu 1922 roku pojawili się w niej jednak członkowie tzw. Małej Komisji Granicznej i ostatecznie granicę zweryfikowano. Przebiegała ona od maja 1923 wzdłuż drogi przecinającej miejscowość (2/3 Kośmider zostało
przy Polsce, 1/3 przypadła Niemcom). Rok później ta niemiecka część dostała nową nazwę: Koschwitz. jeżeli wierzyć anegdocie, członkowie komisji trafili w Kośmidrach na wesele i w klimacie zabawy ulegli prośbom mieszkańców, którzy zapragnęli powrotu do Niemiec. Zaś majowa decyzja przebiegła podobno tak szybko, iż młoda para, która 26 maja 1923 wyjechała na uroczystość zaślubin do kościoła w pobliskim Pawonkowie z Polski, wróciła z obrączkami na palcach do Niemiec.

Konsulat Generalny RP w Bytomiu działający w latach 1922-1931 był z pewnością jedyną polską placówką dyplomatyczną za granicą, z której do Polski można było dojść pieszo w około kwadrans. Tyle bowiem dzieliło Gleiwizer Strasse, przy której znajdował się konsulat, od przejścia granicznego prowadzącego do polskich Łagiewnik (dziś dzielnicy Bytomia). W dodatku Bytom leżący w Niemczech wbijał się klinem w polskie terytorium. Efekt był taki, iż pociągiem z Katowic do Poznania jechało się przez Bytom korytarzem tranzytowym.

Kontakty mieszkańców – często krewnych – po obu stronach granicy były stosunkowo łatwe. Powszechnie w użyciu były dostępne za nieduże pieniądze tzw. karty cyrkulacyjne (po niemiecku Verkehrskarte) uprawniające do przechodzenia na terytorium sąsiedniego państwa w ramach małego ruchu granicznego. Z niemieckiej części Bytomia pielgrzymowało się regularnie pieszo do sanktuarium w polskich Piekarach (przed piekarskim wizerunkiem Matki Bożej modlił się w drodze pod Wiedeń Jan III Sobieski). Nikogo nie dziwiło ani nie gorszyło, iż w drodze modlą się i śpiewają po niemiecku. Przy okazji pielgrzymi kupowali tańsze po polskiej stronie wędliny czy masło. Panie chowały „przemyt” pod ubraniem, bo idących z feretronami pątników, a tym bardziej pątniczek, raczej zbyt skrupulatnie nie kontrolowano.

Takie sympatyczne anegdoty nie zmieniają faktu, iż w Niemczech decyzję graniczną z 20 października 1921 roku uznano za klęskę. Flagi na urzędach opuszczono do połowy masztów, a rząd podał się do dymisji. Entuzjazmu nie było też po polskiej stronie. Choć podział Górnego Śląska był dla Polski korzystniejszy. Po obu stronach granicy zostały tysiące osób, które nie ruszając się o krok z dotychczasowego miejsca zamieszkania, znalazły się w kraju, który niekoniecznie uważały za swój. Po stronie niemieckiej znalazło się nieco ponad pół miliona Polaków, po stronie polskiej 260 tysięcy Niemców.

Trzecie powstanie śląskie. Po co Konwencja górnośląska

Zasady funkcjonowania gospodarki i mieszkańców Górnego Śląska regulowała podpisana w połowie maja 1922 roku Konwencja górnośląska, nazywana także – od miejsca, gdzie dokument był sygnowany – konwencją genewską. W 606 artykułach m.in. dzieliła kopalnie i zakłady przemysłowe wchodzące w skład jednego koncernu, porządkowała sprawy kooperantów, źródła zaopatrzenia i finansowania zakładów przemysłowych. Między dwa państwa trzeba było podzielić system wodociągowy, sieć energetyczną i gazową. Dokument precyzyjnie opisywał zasady współpracy transgranicznej rozdzielonych części Górnego Śląska. Towary z jego polskiej części – węgiel i wyroby hutnicze – transportowane były koleją. Przede wszystkim przez terytorium państwa niemieckiego.

Konwencję podpisano na 15 lat. Obowiązywała więc do 1937 roku. Ten okres miał pozwolić na okrzepnięcie Górnego Śląska w granicach Polski. Strona niemiecka zyskała czas na pogodzenie się ze stratami terytorialnymi na rzecz Polski i jakieś zrekompensowanie ich sobie. Konwencja gwarantowała prawa cywilne i obywatelskie jego mieszkańców.

Zapisem konwencji, który natychmiast znalazł praktyczne zastosowanie, była możliwość przeniesienia się na drugą stronę granicy dzielącej Górny Śląsk. W latach 1922-1924 z owego prawa skorzystało łącznie około 200 tys. mieszkańców Śląska, dając tym samym wyraz swemu przywiązaniu do Niemiec lub do Polski.

Deklarację zmiany obywatelstwa nazywano urzędowo aktem opcji, stąd też do migrujących Górnoślązaków przylgnęło miano optantów. Motywacje udania się na emigrację były różne. Powstańcy śląscy i działacze plebiscytowi, którym przyszło żyć po niemieckiej stronie granicy, przenosili się do Polski przede wszystkim w obawie przed prześladowaniami. Innych do zmiany miejsca zamieszkania pchały racje ekonomiczne lub zwyczajnie chęć przebywania na polskim lub na niemieckim Śląsku.

„Wdowa z dwojgiem dzieci posiada w Bytomiu mieszkanie o dwóch pokojach i kuchni” – pisała w ogłoszeniu opublikowanym w „Górnoślązaku” jedna z optantek. „Najchętniej chciałabym zamienić moje mieszkanie na takie same w Katowicach lub w Rudzie”.

Nie wszyscy mieli szczęście od razu znaleźć nowe lokum. Ubocznym skutkiem śląskich wędrówek ludów stało się natychmiastowe przeludnienie miast. Części migrantów przyszło mieszkać w prowizorycznych barakach aż do początku lat trzydziestych.

Konwencja górnośląska formułowała także prawa mniejszości narodowych. Ich członkowie mieli prawo do zrzeszania się, publikowania i mówienia w języku ojczystym, do własnego szkolnictwa i swobodnego wyboru religii. Ale już do władz samorządowych mógł kandydować tylko ten, kto był obywatelem kraju, jaki zamieszkiwał.

Z jednej strony trudno nie dostrzec, iż zawarte w konwencji postanowienia (np. mniejszościowe szkoły, zwane od niemieckiej nazwy mniejszości minderheitkami) były swego rodzaju wstępem do obowiązujących dzisiaj ustawowo praw mniejszości narodowych w Polsce. Ale w praktyce i Polska, i Niemcy starały się z realizacją praw mniejszości nie przesadzać. Realizacja prawa do szkolnictwa w języku mniejszości i związany z nią problem asymilacji trafiły choćby przed Stały Trybunał Sprawiedliwości Międzynarodowej w Hadze. Nie ma wątpliwości, iż tamte czasy nie znały dzisiejszego pojęcia pozytywnej dyskryminacji mniejszości.

Wiązanki dla wszystkich poległych

Od kilku lat członkowie mniejszości niemieckiej w kontekście 5 lipca i rocznicy zakończenia trzeciego powstania śląskiego spotykają się na Górze św. Anny by uczcić wszystkich poległych w czasie walk w 1921 roku. Składają wiązanki i zapalają światła zarówno na grobach polskich, jak i niemieckich ofiar.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydanie

Idź do oryginalnego materiału