Bez Europy…
Otóż zobaczyliśmy, iż bez baz w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Włoszech oraz na Diego Garcia, brytyjskiej wyspie na Oceanie Indyjskim, efektywność wykorzystania bombowców strategicznych spada o połowę. Supernowoczesne, bezapelacyjnie najlepsze na świecie B-1, B-2 oraz osiemdziesięcioletnie (sic!), ale przez cały czas jare B-52 startują bowiem w USA, żeby zrzucić bomby nad Iranem i potem wrócić do baz. W efekcie załogi spędzają w samolotach 30-36 godzin! W stresie i bez snu, co naraża je na skrajne przemęczenie i wyklucza z kolejnych misji. Na dodatek każdy bombowiec w locie w obie strony wymaga 6-8 tankowań w powietrzu w różnych punktach globu, co wymaga z kolei całej floty latających cystern, które na ogół też startują i wracają do USA.
Tak więc bez europejskich baz, z magazynami bomb, rakiet i paliwa, Amerykanie są w stanie prowadzić ciągłe i pełnoskalowe naloty na Bliskim Wschodzie przez kilka dni, ale już nie tygodnie. To prawda, iż USA dysponują militarnymi możliwościami jak nikt inny w świecie, ale te możliwości nie są nieograniczone. Pokazuje to Iran. Ten faktycznie zniszczony i militarnie zdemolowany kraj potrafił zablokować cieśninę Ormuz prymitywnymi środkami, a Amerykanie są bezradni.
…jak bez ręki
USA mają zapierającą dech w piersi potężną flotę, ale do działań ekspedycyjnych, ofensywnych. Brakuje im trałowców do niszczenia irańskich min oraz fregat i niszczycieli do walki na małych akwenach, wodach przybrzeżnych. Do eskortowania statków cywilnych, jak np. tankowców w cieśninie Ormuz. Europa, Japonia, Australia i Kanada mają łącznie grubo ponad setkę takich okrętów, a do odblokowania transportu ropy wystarczyłoby ze trzydzieści jednostek. Ale sojusznicy nie chcą pomóc US Navy. Nie dlatego, iż boją się odwetu Teheranu. Rok temu europejskie myśliwce zestrzeliwały nad Izraelem irańskie drony i rakiety, a na Morzu Czerwonym zachodnie okręty eskortowały statki atakowane przez rebeliantów Huti. Jednak przez ten rok wiele się zmieniło…
Nie wnikając już w zasadność amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran, Donald Trump nie widział potrzeby skonsultowania tego z sojusznikami. Nie próbował uzasadniać, przekonywać do wspólnej akcji. No, bo przecież Ameryka jest wielka i z nikim nie musi się liczyć… W efekcie po roku upokorzeń, straszenia oraz konszachtów Trumpa z Putinem Europa powiedziała teraz nie. I po amerykańskich kłopotach w Zatoce Perskiej poczuła swoje znaczenie. Swoją niezbędność Stanom Zjednoczonym. Tak, jak one są niezbędne Europie – bo to nie podlega dyskusji.
Geostrategiczna katastrofa
Zdają sobie z tego sprawę amerykańscy generałowie, dla nich wyjście USA z NATO oraz obojętna, a może choćby wroga Europa to widmo geostrategicznej katastrofy. Gdyby, co nie daj Boże, doszło do konwencjonalnej wojny z Chinami, to byłaby to co najmniej dziesięciokrotność Iranu, jeżeli chodzi o natężenie walk, zużycie sprzętu i amunicji oraz skalę logistycznych problemów. Bez pomocy Europy, Kanady i Australii tej wojny Amerykanie by nie wygrali. Trump może sobie więc mówić co chce, ale nie zmieni rzeczywistości. Choć faktycznie nie potrzebuje sojuszników – jak każdy socjopata potrzebuje tylko posłusznych lokajów na każde żądanie. Jest też świetnym przykładem, do czego prowadzi zadufany ignorant o skromnym potencjale intelektualnym na stanowisku zwierzchnika sił zbrojnych.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania







