JAK GDOWSCY KOWALE PRZECHYTRZYLI NIEMCÓW

gazetagdowianin.pl 2 tygodni temu

Większość z nas kojarzy historię II wojny światowej przez pryzmat wielkich bitew, spektakularnych akcji dywersyjnych Armii Krajowej czy tragicznych bilansów ludzkich. Tymczasem w lokalnych społecznościach pamięć przetrwała dzięki mniejszym, ale niezwykle wymownym aktom oporu. Jeden z najbardziej fascynujących i sprytnych epizodów rozegrał się około 1942 roku na terenie dzisiejszego Gdowa. To opowieść o tym, jak dzięki zimnej krwi, sprytowi i solidarności lokalnych kowali udało się ocalić bezcenny zabytek przed niemieckim toporem.

Od początku okupacji hitlerowskie Niemcy borykały się z ogromnym zapotrzebowaniem na surowce wtórne dla przemysłu zbrojeniowego. Przetapiano wszystko, co miało wartość militarną – w tym dzwony kościelne, bogate w wysokiej jakości miedź i cynę.

Około 1942 roku przez Gdów przejeżdżał niemiecki transport wojskowy. Konwój ciągnął wozy wyładowane zrabowanymi wcześniej na Podkarpaciu i w Bieszczadach dzwonami z tamtejszych cerkwi. Przechodząc obok gdowskiego sanktuarium, niemieccy dowódcy postanowili wykorzystać okazję i „wzbogacić” swój ładunek o tutejsze dzwony.

Żołnierze przystąpili do demontażu dzwonów z gdowskiej dzwonnicy. O ile z mniejszymi poszło im gładko, o tyle przy największym napotkali niespodziewaną barierę architektoniczną. Monumentalny dzwon okazał się zbyt szeroki i nie mieścił się w otworze okiennym dzwonnicy.

Niemcy, nie chcąc rezygnować z tak cennego łupu, podjęli brutalną decyzję: dzwon należy rozbić na mniejsze części bezpośrednio na wieży, a kawałki zrzucić na dół. Do zniszczenia tak potężnego stopu potrzebowali jednak specjalistycznych narzędzi – ciężkich, kowalskich młotów i klinów. Po pomoc udali się tam, gdzie twarda stal była codziennością – do gdowskich kowali.

Niemieccy żołnierze wkroczyli do kuźni, żądając natychmiastowego wydania odpowiedniego sprzętu lub wykonania narzędzi zdolnych skruszyć kościelny dzwon. Gdowscy rzemieślnicy błyskawicznie zorientowali się w sytuacji. Odmowa wykonania rozkazu oznaczała natychmiastowy wyrok śmierci lub wywózkę do obozu koncentracyjnego. Kowale postanowili więc zastosować inną, niezwykle skuteczną metodę walki: włoski strajk i pozorowaną bezradność.

Zaczęło się odgrywanie teatru przed okupantem. Kowale z niezwykłą powagą i udawanym przejęciem zaczęli „szukać” odpowiednich narzędzi w warsztatach. Gdy te okazywały się „zaginione”, przystąpili do rzekomego rozpalania paleniska, by wykuć nowe kliny. Każda czynność była celebrowana i maksymalnie opóźniana.

A to miech pracował za wolno, żelazo nagrzewało się zbyt opornie, kowale długo dyskutowali nad odpowiednim doborem materiału a każde uderzenie młota w kuźni wydawało się nieskuteczne.

Niemcy, początkowo wściekli, z każdą godziną stawali się coraz bardziej zniecierpliwieni. Czas naglił, a konwój musiał ruszać w dalszą drogę zgodnie z napiętym wojskowym rozkładem. Widząc „nieporadność” polskich rzemieślników i zdając sobie sprawę, iż kruszenie dzwonu zajmie zbyt wiele czasu, niemiecki dowódca machnął ręką. Padł rozkaz do odwrotu. Gdowscy kowale, ryzykując życie, uratowali serce swojej parafii.

Spryt rzemieślników i mieszkańców Gdowa nie skończył się jednak na obronie własnego dzwonu. Wykorzystując zamieszanie, pośpiech wściekłych Niemców oraz chwilową nieuwagę strażników pilnujących transportu, Polacy dokonali brawurowego czynu. Z jednego z wozów stojących na rynku potajemnie ściągnęli mały dzwon – sygnaturkę, która pochodziła z jednej ze zrabowanych na wschodzie cerkwi.

Zrabowany Niemcom dzwon natychmiast ukryto. Trafił głęboko pod siano w jednym z wiejskich stogów, gdzie bezpiecznie przetrwał najcięższe lata okupacji i przejście frontu. Niemcy nigdy nie doliczyli się zguby, a może w pośpiechu po prostu ją zignorowali.

Po zakończeniu wojny ocalony, bieszczadzki dzwon opuścił kryjówkę w stogu siana. Nie znano dokładnego miejsca jego pochodzenia, ani cerkwi, z której został skradziony, dlatego mieszkańcy postanowili nadać mu nowe życie w Gdowskiej ziemi.

Ten niezwykły wojenny łup posłużył jako dzwon na kaplicy cmentarnej w Gdowie. Każdy jego dźwięk to nie tylko wezwanie do modlitwy za zmarłych, ale przede wszystkim żywy pomnik odwagi, humoru i niesamowitego sprytu gdowskich kowali, którzy udowodnili, iż potęgę militarnego najeźdźcy można pokonać nie tylko karabinem, ale też mądrością i uporem.

Idź do oryginalnego materiału