Kraków nie jest największym miastem Polski, ale jeżeli chodzi o bezinteresowną pomoc Ukraińcom, to od dawna jest w ścisłej czołówce. Fundacje z Małopolski dowiozły na front setki ton humanitarnej pomocy, a w samym mieście stworzyły sieć wsparcia, z której korzysta kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie. Jak wygląda udzielanie pomocy i jakie są zapotrzebowania po czterech latach trwania konfliktu zbrojnego?
24 lutego minęły cztery lata od wybuchu wojny na Ukrainie. Oczy całego świata skierowane były nie tylko na to co dzieje się za naszą wschodnią granicą, ale również na Polaków, którzy tłumnie pomagali uchodźcom wojennym. Nie inaczej było w Krakowie. Samorząd uruchomił zbiórkę darów rzeczowych, która w ciągu godzin przerodziła się w prawdziwy potok pomocy. Krakowianie przynosili żywność, koce, leki, środki higieniczne i ubrania – często prosto z własnych domów. W ciągu pierwszych dni i tygodni przez Kraków przewinęło się choćby ponad 177 tysięcy osób uciekających przed wojną, a miasto stało się jednym z największych centrów wsparcia w Polsce.
Pomimo upływu czasu, za naszą wschodnią granicą wciąż trwa krwawa wojna. Jak w tej chwili wygląda pomoc obywatelom Ukrainy po 4 latach konfliktu zbrojnego. Postanowiliśmy zapytać o to tych, którzy zajmują się tym na co dzień. Fundacja Team Kraków to krakowska organizacja pozarządowa założona i prowadzona przez grupę wolontariuszy i ludzi dobrej woli z Krakowa.
Głównym obszarem jej działalności od samego początku jest pomoc humanitarna na rzecz osób dotkniętych wojną w Ukrainie – zarówno tych, którzy pozostali w kraju, jak i uchodźców przebywających w Polsce
Patryk Trzaska (KRK News): Jakby mógł Pan powiedzieć coś więcej o tym, czym zajmuje się Wasza fundacja?
Piotr Naglicki (Team Kraków): Fundacja nazywa się Team Kraków. Zajmujemy się organizacją transportów na Ukrainę. Pomagamy zarówno przy linii frontu wojskowym, jak i dzieciakom z sierocińców, szpitalom, czy w ogóle cywilom. Dużo osób zdecydowało się zostać w swoich domach. Są to ludzie często starsi, którzy nie chcą stamtąd uciec, bo nie znają nic innego. Staramy się dostarczać takim ludziom to, czego w danej chwili najbardziej potrzebują. Prowadzimy też w tutaj Krakowie różne projekty i akcje pomocowe. Wspieramy ośrodki zajmujące się uchodźcami, ale też pomagamy bezpośrednio w ciężkich sytuacjach takich jak np. matka, która ma trójkę dzieci, jedno dziecko niepełnosprawne. Ciężko, aby mogła pójść ona do pracy, kiedy jej mąż walczy na froncie i utrzymać dzieci. jeżeli chodzi o wspomniane transporty, to staramy się organizować przynajmniej jeden w tygodniu.
Jak się zmieniała Państwa praca na przestrzeni tych kilku lat? Z pewnością odbiór społeczny był inny 4 lata temu niż obecnie.
– Podejście radykalnie się zmieniło. Na początku było bardzo łatwo. Dużo ludzi chciało jakkolwiek pomóc i przenosiło do Nas jedzenie, środki higieny osobistej czy np. koce bądź namioty. Tempo było zawrotne. Dzień w dzień mieliśmy produkty od prywatnych darczyńców i różnych firm, które tylko czekały na to, aby zawieść je do potrzebujących.
Teraz ludzie się już lekko przyzwyczaili do tej wojny. Mam wrażenie, iż niektórzy mają takie podejście, iż skoro kiedyś nam pomagali, to teraz może zrobić to ktoś inny. To jednak jest błędne myślenie, ponieważ ci, co nie pomagali, teraz też tego nie robią niestety. Bardzo dużym problem jest to co dzieje się w Internecie. Szerzy się tam ogromna ilość propagandy rosyjskiej. Dostajemy wiele wiadomości i komentarzy z pustych profili. Próbują one pod płaszczem pseudo patriotycznym uderzać w nas, jednak zwykle nic z tego nie wynika. To taki hejt, który się rzuca tylko po to, aby rzucać, a nie realnie prowadzić dialog.
Czy mieliście przypadki, w których tej hejt wyszedł z Internetu i ktoś postanowił na żywo Was zaatakować?
– Na szczęście nie. Tak jak mówiłem, to są puste profile, które nie są nastawione na dialog, tylko prowadzenie określonej narracji. Mamy wolontariuszkę, która spotkała się z tym iż na jej drzwiach wywieszono kartkę z napisem, aby pamiętała o śmierci. To są już groźby karalne i sprawa dla policji, jednak to, co mówię, nikt nie postanowił pokazać się na żywo.
Z czego składa się proces pomocy Ukrainie, za który jesteście odpowiedzialni? Na czym on polega?
– Zawsze staramy się, żeby wszystko było urozmaicone. Z doświadczenia wiemy, iż takie monotematyczne transporty się nie sprawdzają. Ciężko rozdysponować np. dwa tiry proszków do prania. Zawozimy m.in. koce, generatory prądotwórcze, świeczki, zapałki, kuchenki gazowe, turystyczne śpiwory, namioty talerze jednorazowe lub plastikowe i oczywiście żywność długoterminową. Zawozimy opatrunki, gazy, środki przeciwgorączkowe przeciwbólowe takie jak ibuprofen. Naszym celem jest dostosowanie pomocy do mieszkańców Ukrainy. Dla dzieciaków przykładowo pluszaki czy zabawki.
Sama procedura przekazywania zebranych darów jest mocno utrudniona przez biurokrację. Wiem, iż Ukraina próbuje walczyć z kontrabandą, ale w mojej ocenie istnieją lepsze sposoby na to, niż ten na, który się zdecydowano. Aby przewieść pomoc, wypełniamy deklarację, która w praktyce oznacza, iż przejmuje ją fundacja po stronie ukraińskiej. My de facto nie moglibyśmy tymi rzeczami dysponować, jednak mamy zawiązaną współpracę z organizacjami, które nam na to pozwalają i dzielą się zdjęciami i dokumentami, w których widzimy, iż to, co udało nam się zebrać trafiło rzeczywiście do potrzebujących.
Nasza pomoc opiera się na dwóch rodzajach transportu. Pierwszy polega na tym, iż jedziemy do danej organizacji, z którą współpracujemy gdzieś na terenie Ukrainy. Zawozimy produkty, a zaufane organizacje, które są przez nas sprawdzone, dostarczają pomoc do potrzebujących. Pracujemy też z naszymi partnerami. Bez nich, byłoby nam bardzo trudno. Jedni przywożą pomoc humanitarna do nas, inni ja zawożą do Ukrainy a jeszcze inni pomagają nam na miejscu w Krakowie. Najlepszymi przykładami partnerstwa to stowarzyszenie Szaliki czy Fundacja HumAni. Z Fundacja HumAni pomagamy sobie nawzajem. Czy to wymiana produktów czy inne wsparcie – zawsze możemy na siebie liczyć. Stowarzyszenie Szaliki, to kolejny partner. Wspaniali ludzie i przyjaciele, którzy zawożą pomoc humanitarna daleko na wschód do cywilów, szpitali, ośrodków czy do wojskowych.
Podczas drugiego już my jedziemy bezpośrednio na linię frontu do Charkowa czy Zaporoża i wraz z lokalnymi organizacjami dostarczamy pomoc bezpośrednio, a nie przez pośredników. Ze względu na koszty, nie zawsze możemy sobie na to pozwolić, jednak działamy na tyle, ile tylko możemy.
Czy przez te lata doświadczył Pan sytuacji, które jakoś szczególnie zapadły Panu w pamięć? Skąd motywacja, aby w dalszym ciągu pomagać?
To nie tak, iż robię to samemu. Pomagamy wraz z moją partnerką – Barbarą Marchewką oraz zespołem wolontariuszy. Można powiedzieć, iż weszło nam już to w krew. Nie zastanawiamy się skąd mamy tą energię. Po prostu ona jest i wykorzystujemy ją, aby pomagać. Mogę powiedzieć, iż nigdy tego nie żałowaliśmy. Mieliśmy wiele sytuacji, które pamiętamy do teraz. Po tym, jak Ukraińcom udało się odzyskać Buczę, przyszła do nas młoda kobieta z dzieckiem. Poprosiła nas o pomoc humanitarną. Wydaliśmy jej ją i wtedy się okazało, iż potrzebowała jej ponieważ planuje wrócić do Buczy. Powiedziała, iż to jej dom i musi tam wrócić. Strasznie nam się przykro zrobiło szczególnie dziecka, ponieważ dziecko nie powinno tego widzieć naszym zdaniem.
Inna sytuacja, która zapadła mi w pamięci, to moment jak przejeżdżaliśmy przez winnice. Spotkaliśmy tam żołnierza, który zaczął opowiadać o swoich doświadczeniach. Okazało się, jedziemy do jednostki, gdzie stacjonują jego przyjaciele ze szkoły. Miał jakieś 2 m wzrostu, był 2 razy szerszy ode mnie i umięśniony, a po prostu się rozpłakał ponieważ emocje go dotknęły.
Emocje to ogólnie jest coś, co jest nierozłącznym elementem tej wojny. Jak nocowałem w takim domu niedaleko linii frontu dało się to dobrze odczuć. Cały czas słyszeliśmy wybuchające bomby i zestrzeliwane drony. Dom się trząsł, a ten strach można było nie tyle poczuć, co zobaczyć.
W Internecie często można zobaczyć komentarze nawołujące do zaprzestania pomocy Ukraińcom, ponieważ ci są niewdzięczni. Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
– Myślę, iż jest to taka narracja, która dla wielu jest wygodna. Każdy z nas wie, iż wystarczy jeden Ukrainiec, który zrobi jakąś głupotę i potem ludzie odnoszą to do ogółu. Tak samo byłoby, gdyby Polak ukradł samochód w Niemczech. Wtedy też poszłaby opinia, iż jesteśmy złodziejami. Niestety taka generalizacja wszędzie się odbywa. Polacy uważają nie raz, potrzebne jest, aby Ukraińcy codziennie nam dziękowali. Myślę, iż już dziękowali nam wiele razy. Prawie codziennie mamy maile oraz wiadomości, w których Ukraińcy dziękują nam za to, co robimy.
Często słyszę, iż gdyby potrzebowali pomocy, to nie wychodziliby na miasto, czy jeździli drogimi samochodami. Proszę się jednak zastanowić, czy gdyby była wojna w Polsce, to czy byśmy uciekali z niczym, czy jednak starali się wziąć wszystko co najcenniejsze. Czy siedzielibyśmy w domu, a może chcieli raz na jakiś czas wyjść na miasto. Nie można patrzeć na to zjawisko jedynie zerojedynkowo.
Na sam koniec zapytam, co powiedziałby Pan osobom z Krakowa i nie tylko, które wciąż nie są pewne tego, czy warto pomagać Ukrainie?
– Nie pomagamy jedynie Ukrainie, pomagamy samemu sobie. o ile Ukraińcy nie wygrają tej wojny, to zaraz będziemy mieli Rosjan przy swoich granicach. Babcia kiedyś powiedziała mi, iż Rosjanie byli podczas drugiej wojny światowej gorsi od Niemców. Długo tego nie rozumiałem, ale teraz jak widzę co się dzieje przy linii frontu, to wiem, iż Ukraina to nasze bezpieczeństwo. Do tego dochodzi aspekt czysto ludzki. Myślę, iż nie można pozostawić w potrzebie człowieka, któremu dzieje się krzywda.
Rozmawiał Patryk Trzaska




![22. dzień operacji przeciwko Iranowi. Iran wystrzelił pociski balistyczne w kierunku bazy USA na wyspie Diego Garcia. Pokonały dystans blisko 3,8 tys. km [RELACJA]](https://zachod.pl/wp-content/uploads/2026/03/5dca57d2e0ae33ce161d097789c747dc_xl.jpg)






