Pojawiają się tu czasem komcie przychylnie odnoszące się do słusznie minionego ustroju. Wychwalają go też różne przygłupy na Zachodzie, w rodzaju Hasana Pikera. Na wszelki wypadek odniosę się więc notką.
Łatwo popaść w schemat wyobrażania sobie minionego ustroju jako niezbyt udanej, ale jednak próby zbudowania socjalizmu. W tej wizji Lenin, Stalin i Trocki jawią się jako idealiści, którzy może trochę pobłądzili, ale to nie do końca ich wina przecież – bieda, wojna, spisek kapitalistów i tak dalej. Ale mimo tych trudności udało się zbudować piece Magnitogorska i wyzwolić kobiety, a więc minusy nie powinny przesłaniać plusów!
Gdy mowa o Rosji, człowiekowi często trudno uwierzyć w prawdę, bo prawda jest zbyt szokująca. Gdzieś znalazłem anegdotę, iż gdy Robert Conquest wydał książkę o stalinowskim terrorze, spotkała się z niedowierzaniem. Co dla Polaka oczywiste, dla Anglika było nie do wiary. Gdy po 1991 otwarto archiwa okazało się, iż rzeczywistość była jeszcze gorsza. Trzeba było opracować nowe wydanie – według anegdoty, Kingsley Amis zasugerował tytuł „I Fucking Told You, You Fucking Morons”.
Otóż Leninowi nigdy nie chodziło o socjalizm w jakimkolwiek zachodnim rozumieniu. Prawa pracownicze, prawa kobiet, pokój, postęp? On miał to wszystko w żopie. Oczywiście nie mógł tego powiedzieć wprost, ale widać to z jego czynów (oraz między wierszami z korespondencji). Moim zdaniem, on był z tej trójki najgorszy po prostu dlatego, iż Stalin i Trocki bez niego nie zdobyliby władzy i pozostaliby drugorzędnymi psycholami, realizującymi sadystyczne pragnienia wyrywając muszkom nóżki. W każdym razie, elementarne fakty typu kalendarium wydarzeń nie potwierdzają naiwnego wyobrażenia, iż na początku chodziło o jakieś ideały, ale przyszedł Stalin i wszystko zepsuł. Bolszewikom od początku chodziło o terror i ludobójstwo.
Czemu? Tu trzeba się cofnąć o dobre sto lat, do praźródeł europejskiego socyalizmu, czyli rewolucji francuskiej i jej upadku. Po Kongresie Wiedeńskim wszyscy europejscy postępowcy czuli się jednym ruchem, od czartystów po dekabrystów. Moskwa-Gandawa, wspólna sprawa! Dlatego Mickiewicz mógł wtedy mieć „przyjaciół Moskali” i nikt nie widział w tym zdrady.
To się rozjeżdża w połowie stulecia, gdy na Zachodzie siły postępu odnoszą pierwsze sukcesy, a w Rosji odwrotnie, wszelki bunt kończy się kolejnym przykręceniem śruby. W dodatku na Zachodzie galopuje rewolucja przemysłowa, która w Rosji przyjmuje się z oporami.
Rosyjskich postępowców przyprawiło to o kryzys tożsamości. Czy te wszystkie fraternity i egality pasują do Rosji? Na Zachodzie telegrafują i mają drogi żelazne, a u nas list idzie miesiąc, a o drogach szkoda gadać. Większość kraju przez większość roku jest nieprzejezdna, w głubince życie toczy się tak, jakby czas się zatrzymał w 17. wieku. Co tu gadać o socjalizmie, jak porządnego kapitalizmu nie idzie zbudować?
Pojawiło się nowe pokolenie rewolucjonistów, którzy mieli na te pytania bardzo radykalną odpowiedź – zabijać, zabijać, zabijać, Postęp rozpozna swoich. Nie mieli bezpośredniego odpowiednika na Zachodzie, ale ponieważ z natury rzeczy często kończyli na emigracji, to zyskiwali tam pewną sławę, zwłaszcza niejaki Nieczajew, którego „Katechizm rewolucjonisty” inspirował lewackich terrorystów jeszcze w XX wieku.
Przyjęło się ich nazywać „nihilistami” głównie za sprawą dwóch literackich portretów, Turgieniewa i Dostojewskiego. Obaj sięgnęli po podobny motyw: „liberał starej daty spotyka radykalniejszego syna, który jest pod wpływem kolegi, będącego już ewidentnym psycholem”. Dostojewski był za reakcją, Turgieniew za postępem, więc ich arcydzieła („Ojcowie i synowie” + „Biesy”) są jak teza i antyteza, prowadzącego do dialektycznie spójnego wniosku: jeżeli ci ludzie się się kiedtś dorwą do władzy, będzie masakra.
Literackie portrety nihilistów doprowadziły do zjawiska przypominającego fandom Voldemorta. Wprawdzie zwykle tworzono je celem potępienia takiej postawy (z wyjątkiem Czernyszewskiego), ale były tak wyraziste, iż w Rosji zaroiło się od ludzi stylizujących się „na Stawrogina”.
Jak wiadomo, zauroczona przystojnymi nihilistami Wiera Zasulicz wdała się w korespondencję z Marksem, który przyznał jej, iż drogi do socjalizmu mogą być różne i iż już się nie upiera przy swojej pierwotnej koncepcji, iż najpierw kapitalizm. Kto wie, może faktycznie niepiśmienni chłopi z głubinki zrobią lepszy socjalizm?
Czemu Marks napisał ten list, nad tym głowił się niejeden autor. Moja prywatna teoria jest taka, iż w 1881 już było oczywiste, iż pierwotna wizja Marksa jest nieaktualna, mechanizacja przemysłu nie osłabiła negocjacyjnej pozycji proletariatu tylko odwrotnie, doprowadziła do pojawienia się arystokracji robotniczej – proletariatu zbrojnego w „uprawnienia do obsługi suwnicy”. A poza tym to był po prostu catfishing – to jakby dzisiaj dostał maila „Dear Mr Marx, I am a young Russian girl very interested in your work”.
Ten jeden list (!) zastąpił rosyjskim nihilistom cały „Kapitał”, odtąd mieli namiastkę teoretycznej podkładki. Więcej nie potrzebowali. Dla tego typu ludzi zawsze ważniejsze jest to, żeby odpowiednio seksownie dobrać kaszkiet do apaszki. Oraz żeby przed lustrem wypracować odpowiednio groźną minę wojownika za sprawę.
Tylko iż ponieważ mówimy o Rosji, musimy pamiętać o tym, iż w rewolucjonizmie najbardziej podniecało ich hasło „zniesienia wszelkich moralnych ograniczeń”. Niczym ich literackie pierwozory, byli albo po prostu sadystami (jak Stawrogin), albo socjopatami, podekscytowanymi władzą dla samej władzy (jak Wierchowieński jr).
Kogo w Rosji interesowała teoria czy praktyka socjalizmu, ten dołączał do mienszewików albo eserowców. Kogo interesował terror dla przyjemności terroru (bo przy okazji można trochę sobie pogwałcić i potorturować), ten został bolszewikiem. Krwawa dyktatura nie była dla nich środkiem, tylko celem.
Bolszewicy wkraczali na polskie ziemie trzykrotnie. Opisywano te ich wkroczenia w literaturze wspomnieniowej, w której nie ma motywów typu „robotnicy i chłopi ucieszyli się, iż ich wyzwolono z okowów kapitalizmu”. Za to dużo mordu, gwałtu, tortur i grabieży.
Polska specyfika jest o tyle ciekawa, iż polscy komuniści w 1945 mieli już za sobą doświadczenie wymordowania KPP. Nie było więc wśród nich naiwnych wielbicieli Stalina. Ideowi komuniści byli u nas tylko w jednym pokoleniu i też im gwałtownie przeszło.
Co ważne, nie potępiam w czambuł wszystkich działaczy PZPR, bo niektórych postrzegam jako kontynuatorów Druckiego-Lubeckiego. W czasach zaborów zręczna gra pozwoliła wybudować na polskich ziemiach infrastrukturę i przemysł, które nierzadko nam służą do dziś. Szanuję niektórych decydentów z PRL, którym też się to udało – ale to nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek lewicowością. Podobną grę trzeba by podjąć w alternatywnej rzeczywistości, w której w Rosji biali wygrali wojnę domową i to oni nas przyszli okupować.
Co do wcielania w życie lewicowych wartości, PRL sytuował się niemal zawsze za zachodnimi demokracjami. Statystyki niezbyt dobrze to opisują, bo w ślad za swoim rosyjskim pierwowzorem, PRL był państwem fikcji. Język rosyjski nieprzypadkowo obfituje w idiomy opisujące „pokazuchę” – coś, czego nie ma w realu, ale jest w sprawozdaniach.
Gdyby wierzyć w oficjalną wersję, życie hutnika, górnika czy stoczniowca było wspaniałe. Ale przecież to oni właśnie byli największymi antykomunistami. To oni obalili ten ustrój – a nie kler, burżuazja czy CIA. dla wszystkich szanującego się marksisty to powinno zamykać dyskusję. Gdyby PRL tworzył dobre warunki życia dla klasy robotniczej, to by go ta klasa nie obaliła.
Celowo w notce nie odnoszę się do detali. Że wczasy pracownicze, iż konsumpcja mięsa per capita, iż miliony mieszkań, iż dziadek pasał kozy a ja zostałem inżynierem – wszyscy to znamy na pamięć, ale jeżeli ktoś odczuwa niedosyt, zapraszam do komentarzy.
Chcę się skupić na planie ogólnym. Że gdyby radziecki komunizm potrafił chociaż tyle co kapitalizm – dać masom minimum typu „adres w bloku i mały fiat”, to by nie upadł. Chiński, jak mniemam, potrafi przynajmniej tyle (ale jak wiele razy mówiłem, o Chinach nic nie wiem). W każdym razie jajako młody człowiek snujący plany na dorosłość wiedziałem, iż w PRL nie mam szans choćby na tyle. Podobnie czuli się młodzi robotnicy, którzy w 1988 wywołali ostatnią falę strajków, która to paskudztwo definitywnie dobiła.
Coraz mniej ludzi pamięta tamten ustrój. Młodzież próbuje go sobie wyobrazić na podstawie zdjęć, na których istotnie może wyglądać atrakcyjnie (zwłaszcza w obiektywach mistrzów takich jak Rolke czy Siemaszko). Ale ten psychol Stawrogin też był przecież przystojny.













