Listy do redakcji Angory (05.07.2026)

angora24.pl 5 godzin temu

Czy jest naprawdę wyjątkiem?

Emerytura dla artysty A dlaczego nie?

(…) Zawsze, będąc na większych zgromadzeniach, staram się słuchać, o czym jest mowa i co ludzie na te tematy sądzą. Puszczam mimo uszu tematy oklepane, a więc na przykład kolejki do lekarzy, bo nikt nie jest w stanie ukazać obrazu rzeczywistego w tym obszarze, a odczucia subiektywne są tak różne, jak różni są ludzie. Jedno jest pewne: na kolejki do lekarzy narzekają wszyscy, więc każdy człowiek występujący z taką opinią może liczyć na zdobycie słuchaczy i poklasku. I pewnie o to tylko chodzi.

Jednak od czasu do czasu pojawiają się tak zwane nośne tematy, czyli sprawy, które zaprzątają głowę ludziom prowadzącym small talk w chwilach, gdy znajdą się wśród nieznajomych, a mają wolny czas, by rozmawiać. Obserwacje, o których chcę opowiedzieć, poczyniłam w dniu finału turnieju tenisowego na kortach Rolanda Garrosa, gdy wynik nie był jeszcze znany. O czym więc mówili dostojni seniorzy? Otóż o tym, ile to Maja Chwalińska zarobiła na kortach. Ludziom myliły się kwoty, nie wiedzieli do końca, czy są w złotych, czy w euro, może w dolarach, jednak wiedzieli, iż jest tego dużo. „Miliony” – padało z kolejnych ust. Jakoś nie wyczuwało się w tych słowach radości, iż rodaczce się udało, ani choćby zadowolenia z tego, iż przecież część tej sumy trafi do naszego, więc także ich, budżetu jako podatek. Miliony żyły swoim życiem.

Drugi temat rozmów był chyba choćby bardziej zastanawiający, choć wywołany przez polityków nieco wcześniej. Gdy pojawił się rządowy projekt zabezpieczenia socjalnego osób wykonujących zawód artystyczny, natychmiast rozległy się głosy oburzenia. „Dlaczego mamy dopłacać artystom do emerytur?” – pytali internauci. „Niech płacą składki jak wszyscy”. Z zasłyszanych przeze mnie rozmów wynikało, iż nikt tak naprawdę nie wie, o co chodzi, ale hasło, iż to „z naszych pieniędzy”, będzie coś komuś płacone, wywoływało oburzenie. To, iż system ma objąć około 20 tysięcy osób, iż państwo nie będzie wypłacało im specjalnych emerytur, ale jedynie będzie dopłacało część składek, aby po latach pracy nie zostali bez żadnego zabezpieczenia, nie ma żadnego znaczenia.

Ale czy rzeczywiście mamy do czynienia z czymś wyjątkowym? W samym 2025 r. dotacja budżetowa do Funduszu Emerytalno-Rentowego KRUS wyniosła ponad 26,7 mld zł, a nikt rozsądny nie postuluje likwidacji emerytur rolniczych. Podobnie jest z wieloma innymi grupami. Duchowni od dziesięcioleci korzystają z Funduszu Kościelnego, mundurowi mają odrębny system zaopatrzeniowy, podobnie jak sędziowie, prokuratorzy czy górnicy. Szacowane koszty wsparcia dla artystów mają wynosić zaledwie ułamek procentu tego, co dopłacamy jako społeczeństwo do wyżej wymienionych grup. Pytanie brzmi więc: „Dlaczego właśnie ta grupa budzi takie emocje, skoro od dawna akceptujemy znacznie kosztowniejsze przywileje innych środowisk?”. Na koniec zostawiłam okoliczności, w których wypowiadano tak kategoryczne sądy. Otóż wszystko działo się na bezpłatnym pikniku z występami znanego artysty i całkiem niezłym poczęstunkiem. Nikt nie zaprotestował przeciw temu, ba, nikt choćby nie zapytał: „A kto za nas zapłacił?”. ELA

Pierwszy patron Polski był Czechem

Tylko niewiedza i głupota?

Swego czasu w jednym z filmów pojawił się pracodawca panny Marysi badający zawartość cukru w cukrze. To była tylko komedia filmowa! Natomiast w realu, w polskim Sejmie, objawił się pan poseł Janusz Kowalski, który zażądał od premiera przedstawienia listy pracowników rządowych posiadających geny ukraińskie. Kto wie, czy nie zażyczy sobie podobnej kontroli całej ludności zamieszkałej między Bugiem a Odrą. Biedaczek! Chyba zapomniał, iż po rozbiorach mieszkali u nas ruscy, pruscy i austriaccy obywatele – iż o Tatarach, zamieszkałych tu grubo wcześniej, ani o Romach czy Izraelitach nie wspomnę. A iż zasiedlali naszą ziemię i przebywali tu długo, powstawały więc rodziny w różnych konfiguracjach narodowościowych, a krew i geny swobodnie przemieszczały się między różnymi nacjami. Dobrze by było, gdyby w podobny sposób nasz Janusz sprawdził, w ilu krajach i w jakiej liczbie rozlały się „nasze” geny po świecie. Może zapomniał, iż Polacy są wszędzie, a i poza „wszędziem” można nas znaleźć. W szczególności zaś na ziemiach położonych w pasie, gdzie Polska sięgała „od morza do morza”, a na Dzikich Polach (i nie tylko) rosła potęga Rzplitej i fortuny magnatów polskich. Wszakże byli tam nie tylko Wiśniowieccy. A pozostawili po sobie nie tylko korzystne wspomnienia. Od czasów kształtowania się naszej państwowości powstawały „krzyżówki” wśród miłościwie nam panujących – i nie tylko. Raz nasi sięgali po Rusinki, raz po Laszki sięgali inni. Czasem decydowała wolna wola wybranek, innym razem wprost niewola. Sięgając głębiej w historię, nie należy zapominać, iż pierwszy patron Polski, Święty Wojciech, którego doczesnymi szczątkami nasz Bolko Chrobry podzielił się z cesarzem niemieckim Ottonem III, był Czechem, zaś jego przyrodni brat Gaudenty został pierwszym biskupem prawdziwie polskiej diecezji erygowanej w Gnieźnie. Wcześniej tę funkcję posiadał biskup Jordan, w powołanym wcześniej biskupstwie poznańskim, z pochodzenia Niemiec. Chciałabym panu Januszowi przypomnieć, iż czczona od wieków przez miliony wyznawców Królowa Korony Polskiej jest Izraelitką i nie posiadała w sobie ani grama krwi z naszego narodu, jej syn takoż. I co z tym fantem ma zrobić pan Janusz? Zażądać odebrania tytułów „władztwa”? I do kogo z tym się zwrócić? A swoją drogą, sam Janusz nie wygląda mi na typowego Polaka. Ani oczu błękitnych, ani płowych włosów wszak nie posiada. Może niech przejrzy dokładnie drzewo genealogiczne swych protoplastów. I tych po mieczu, i tych po kądzieli.

Trochę pary ze mnie zeszło. Pozdrawiam serdecznie Redakcję i czytaczy. BABCIA HELENKA

Opustoszała Ukraina, opustoszała Rzeczpospolita

Coś tu brzydko pachnie…

Przy okazji awantury o nadaniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego przez Andrzeja Dudę i deklaracji Batyra/ Nawrockiego o odebraniu go jakoś słabo, tzw. niezależne media zajmowały się nieobecnością Donalda Tuska w Londynie, na spotkaniu Zełenskiego z szefami rządów Francji, Niemiec i gospodarza, czyli Wielkiej Brytanii. Częściej widziałem, jak poseł Konfederacji Wawer, który – chyba za pieniądze Putina, bo nie wierzę, iż tak myśli – obrzydza nam Ukraińców na wszystkie sposoby. Równolegle na pasku TVN24 czytam, iż zdaniem prezydenta Ukrainy w czerwcu, a najdalej w lipcu wojna ma być przerwana – cokolwiek ma to znaczyć.

Na początek zacytuję ostatni akapit „Ogniem i mieczem”, które zostało zekranizowane jako ostatnie, choć jest pierwszym dziełem „Trylogii” w chronologii wydarzeń naszej historii: „Opustoszała Rzeczpospolita, opustoszała Ukraina. Wilcy wyli na zgliszczach dawnych miast i kwitnące niegdyś kraje były jakby wielki grobowiec. Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą – i żadne usta długo nie mówiły: Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli”. Przypomnę, iż Bohdan Chmielnicki to Polak, który buławę hetmańską otrzymał od polskiego króla. To był początek tego „zatrucia krwi pobratymczej” Ukraińców i Polaków, które przerwała caryca Katarzyna, wezwana do zaprowadzenia porządku w tej części świata nie przez Ukraińców, ale przez Polaków, co potem zakończyło się rozbiorami Polski. jeżeli dodać do tego fakt, iż tymi wykonawcami na Wołyniu z narzędziem zbrodni w ręku byli chłopi ukraińscy zebrani nie zawsze pod przymusem przez dowództwo OUN/UPA do mordowania, to mamy choć częściową odpowiedź na pytanie, dlaczego nasza skomplikowana historia została przez Zełenskiego wykorzystana politycznie tu i teraz.

A jak? Ano tak, iż nikt na świecie, a tym bardziej w Europie, nie zajmuje się przepychanką wokół Orła Białego poza politykami i mediami w Polsce. Zełenski już nie z Jasionki pod Rzeszowem poleciał do Londynu na spotkanie z E3 (Francja, Niemcy, Wielka Brytania), na którym sformułowano kilka warunków zakończenia wojny Rosji z Ukrainą, w tym między innymi zgodę na międzynarodowe siły pokojowe stacjonujące w Ukrainie. Tuska tam nie było, bo już dawno mówił, iż wojska tam nie wyślemy i pewnie nie chciałby być hamulcowym procesu pokojowego. Ba! choćby w Brukseli już myślą, kogo wysłać do Moskwy, aby posondował gotowość Kremla do poważnych rozmów pokojowych. Stąd być może optymizm Zełenskiego, iż w lipcu może dojść do przerwania ognia. Przecież i tak między wojskami na linii frontu jest odległość od 30 do choćby 35 km. Ten obszar jest „zarezerwowany” na buszowanie dronów obu stron, w który (prawdopodobnie) weszłyby wojska rozjemcze. Jakie? Nie wiemy.

Coś mi tu brzydko pachnie, bo oprócz Tuska w Londynie nie było pani premier Meloni z Włoch. A 9 czerwca w Tallinie rozpoczęło się spotkanie formatu N8 + Ukraina (państwa nordyckie i bałtyckie), do którego Polska nie należy, a Zełenski też nie poleciał tam z Jasionki. jeżeli faktycznie Rosja dostanie czas, to nie po to, aby się wycofać za granicę z 2014 r., ale aby przygotować się lepiej do kontynuowania wojny. Systemy dronowe i antydronowe Rosji nie są (jeszcze) objęte produkcją państwową na szeroką skalę. jeżeli będą, a to możliwe, jeżeli będzie przerwanie ognia, jej zapędy militarne w tej wojnie kognitywnej wzrosną znacznie. Czy Europa zdąży choćby zrównoważyć ten potencjał? Mam wątpliwości. K.J.

Najgorsza jest zawiść

Dlaczego w polskiej szkole jest tak źle?

Jestem nauczycielką mianowaną z dziewięcioletnim stażem. prawdopodobnie znajdą się osoby z innym zdaniem niż moje, ale podzielę się swoimi przemyśleniami na zadane pytanie. Absolutnie nie chodzi o zarobki! W naszym środowisku jest wiele osób, które tylko udają, iż pracują, ale chętnie zgłaszają się po najwyższe dodatki motywacyjne. W całej szkole pracuje kilka osób, które są od wszystkiego: akademie, apele, WOŚP, samorząd i inne. jeżeli dyrektor ich lubi, to doceni choć trochę, jak nie, wszystko zabiera klika spędzająca przerwy w gabinecie na kawce i ploteczkach. A to boli człowieka, bo jeżeli jeszcze przedstawiają innych w złym świetle, to dyrektor nigdy nie stanie po stronie osoby spoza układu. Często zabetonowanego, dlatego nie ma pracy bez znajomości.

Sama dojeżdżam do Warszawy, bo w moim mieście pracują emeryci i osoby dużo starsze, a innych etatów nie ma. A co mają zrobić młodzi? Miasto z uniwersytetami, więc kształci przyszłych pedagogów, ale… Kiedy ja kończyłam studia, specjalność nauczycielską wybrało ponad 100 osób, w zawodzie pracuje nas około 10… Reszta albo w swoich firmach, albo w zupełnie innych dziedzinach w korporacjach. I drugi problem, o którym się nie mówi. Dyrektor zatrudnia młodą osobę, która przychodzi we wrześniu, a w październiku już jej nie ma. Nie daje sobie rady z rzeczywistością szkoły: roszczeniami rodziców, radami, ale i atmosferą rywalizacji. Dodatkowo studia nie dają żadnej praktyki, tylko teorię, nie ucząc sposobów przekazywania wiedzy uczniom. Praktyki to fikcja.

Zapewne nie w każdej szkole tak jest, ale bazując na swoich doświadczeniach, widzę, iż wielkie poważanie mają tak zwane Budzące się Szkoły, gdzie nie ma ocen cyfrowych 1 – 6, ale opisowe. Problem w tym, iż nic z nich nie wynika, dzieci nie chcą się uczyć, a postawienie uwagi jest odbierane jako atak na dziecko. Nie ma tu żadnych zasad. Uczniowie wychodzą z założenia, iż wszystko im wolno (niestety, jest to akceptowane przez dyrekcję), więc nauczyciele modlą się, by nic się nie stało na przerwie. Nie da się tak pracować, więc odchodzą. Są szkoły z rotacją kadry wynoszącą ok. 80 proc. personelu rocznie. Jednak rodzice nie chcą tego widzieć. Dają się nabrać na piękne hasła. Przygotowanie do egzaminu maturalnego czy ósmoklasisty nie istnieje. Nie ma co się przejmować także losami absolwentów – tym, iż zupełnie nie są przystosowani do życia i nie przechodzą do kolejnych klas w liceach czy technikach. Szkoła wychodzi z założenia, iż to nie jej problem. Nie jestem zwolenniczką tak zwanych pruskich metod, ale dawanie wolności, również w nauce, uważam za wielki błąd. Podobnie jak – przed egzaminami – nadprodukcję opinii z poradni pedagogiczno-psychologicznych, aby dzieci miały łatwiej (wydłużony czas, możliwość popełnienia większej liczby błędów ortograficznych i interpunkcyjnych).

Największy problem polskiej szkoły to zawiść. jeżeli wyróżniasz się, masz dobre wyniki, uczniowie biorą udział w konkursach, a rodzice szanują, to bardzo źle. Koleżankom i kolegom jest z tego powodu bardzo przykro. Wtedy kończą się zastępstwa, plan składa się z wielu okienek, nikt nie bierze takiej osoby na wycieczki, a czynnik motywacyjny spada (…). Najpierw myśli się o dobru dziecka, zakupie z własnej kieszeni potrzebnych rzeczy, ale potem człowiek obojętnieje. Przestaje się wyróżniać, bo po co? Nikt tego nie doceni, dyrekcja i grono pedagogiczne będą gnębić. Ludzie i tak nie chcą pracować. W szkole zatem zostają tylko ci, co myślą jak dyrekcja i się nie wychylają. Mają być mierni, ale wierni. NAUCZYCIELKA

Młynarski wciąż aktualny

I po Opolu…

(…) Dosłownie kilkanaście minut temu zakończył się 63. Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu. Mogę powiedzieć (to moje subiektywne odczucie), iż był to najlepszy festiwal, jaki dane mi było przeżyć w ostatnich latach! Byłem jego czynnym uczestnikiem przez cały czas. Wszystko, dosłownie wszystko, choćby z niedoskonałościami koncertu debiutów, było na naprawdę wysokim poziomie. Na kolana powalił mnie występ kabaretu Neo-Nówka, mimo iż nie zawsze zgadzam się z prezentowanymi przez nich skeczami… Brawo, chłopaki, tak trzymać!

Z ogromnym wzruszeniem i z wielką euforią wysłuchałem razem z moją małżonką Gosią ostatniego koncertu poświęconego Magdzie Umer i Agnieszce Osieckiej! Rewelacyjny jak zwykle Artur Andrus wprowadził nas w świat magii – bo takie bez wątpienia magiczne były te dwie artystki! Nie sposób nie wspomnieć o artystach, którzy zaprezentowali się w ten niezapomniany wieczór. Niezapomniany dlatego, iż po kilkudziesięciu latach słuchania muzyki przede wszystkim polskiej uświadomiono nam, iż poza Marylą Rodowicz mamy naprawdę wielu świetnych wykonawców, którzy w sposób doskonały zastępują ten relikt przeszłości, notabene sam odcinający się czy wręcz plujący na miejsce dotąd go promujące! Tak się złożyło, iż koncert ten uzmysłowił nam, jak wielu wielkich, wręcz wybitnych tekściarzy straciliśmy w tak krótkim czasie.

Jesteśmy szczęśliwymi dziadkami! Bardzo szczęśliwymi! I wiedzą Państwo, co w naszym życiu jest najważniejsze, poza oczywiście wartościami ogólnie obowiązującymi? To miłość do naszej kultury i tradycji przekazywanych przez naprawdę wybitnych artystów, niekoniecznie tych z pierwszych stron gazet czy mediów społecznościowych. Możemy je przekazać naszym wnukom, a one je „chwytają” i śpiewają razem z nami! Ze wzruszeniem wysłuchaliśmy wszystkich utworów, odcinając się chociaż na moment od brzydkiej, brutalnej otaczającej nas rzeczywistości! Po czym nastąpiła przerwa, a ja… Wzorem wielu, zupełnie przez przypadek, wcisnąłem na pilocie pierwszy lepszy przycisk, by po raz kolejny się wzruszyć, wysłuchując wspomnień o Wojciechu Młynarskim – dla mnie jednym z najwybitniejszych polskich tekściarzy. Chciałbym, by puentą tego listu były słowa, które określają tych wszystkich, którzy poprzez swoją twórczość dają nam ciągle sygnał, byśmy po prostu słuchali ich ze zrozumieniem…

„… trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść, wchłania mnie choreografia, l

ecz zapomnieć nie potrafię, iż przedo-, już przedostatni walc… tańczę…

trzeba cenę swoją znać, kochana, trzeba trzeźwo życie brać, kochana

trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść… bo chociaż jest niejeden szlak, po którym trudniej iść, ale idąc tak, nie musisz brnąć w pochlebstwa, kark uginać przed byle kim… rozważ tę myśl, a potem idź… idź… własną drogą”.

Nie jestem pewien, czy dobrze zapamiętałem te słowa, ale przesłanie zachowało chyba swoją treść. Jak zwykle pozdrawiam swoją ulubioną Redakcję, z ogromnymi wyrazami szacunku… ZBYSZEK z CIESZYNA

Precyzować już na etapie składania wniosku

Sanatorium, ale jakie?

Na rozmaitych forach obserwuję dyskusje o wyjazdach do sanatoriów, ich funkcjonowaniu, postulowanych kierunkach koniecznych zmian, bo – jak zgadzają się niemal wszyscy – tak dalej się nie da. Czuję się uprawniony do tego, by zabrać głos w dyskusji, gdyż gdyby zsumować wszystkie moje pobyty w sanatoriach, wyszedłby z tego pewnie cały rok.

Jeżdżę do sanatoriów od 1999 roku; najczęściej, jak tylko się da, a kiedyś dawało się częściej. Mogę powiedzieć, iż wręcz kocham turnusy sanatoryjne. Co oczywiście nie oznacza, iż wszystko mi się w nich podoba. Przeciwnie, ostatnio wzrasta lista zjawisk, które mi się nie podobają. Przede wszystkim bardzo wzrosła liczba zakładów prowadzących turnusy z dofinansowaniem NFZ, co musiało doprowadzić do pogorszenia standardu obiektów i poziomu leczenia w nich. Pęd skierowany na liczbę kuracjuszy spowodował, iż w pokojach, w których w pierwszych latach swoich wyjazdów mieszkałem z jednym kolegą, dziś dostawiono trzecie łóżko. Wiadomo, liczy się „sztuka”, bo za nią podąża kasa. To nie może pozostać bez wpływu na komfort pobytu osób, jak i na jakość usług leczniczych, upychanych na siłę, byle więcej i taniej.

Najlepszym przykładem są terapie wodami mineralnymi, których picie jest jednym z zabiegów „obowiązkowych” programu leczenia, zamiast ten proces wspomagać. Teoretycznie większa liczba kuracjuszy powinna poprawiać jakość żywienia, bo liczy się tu efekt skali, jednak w praktyce nie zawsze tak jest, bo w tej sprawie, jeszcze bardziej niż w innych, liczy się człowiek. W tym wypadku dietetyk i kucharz. Czasem inwencja zarządzających obiektami idzie wręcz w kierunku wymuszania dodatkowych opłat od kuracjusza (sławetny przykład telewizora połączonego w pakiecie z czajnikiem), ale jeżeli to przekłada się na podniesienie stawki żywieniowej, nie jest to rozwiązanie podlegające jednoznacznej krytyce.

Dużo jest podobno odmów i w konsekwencji niewykorzystanych skierowań. Uważam, iż powinno się bardziej precyzować warunki wyjazdu już na etapie składania wniosku, nie ograniczając się jedynie do strony zdrowotnej. Do wniosku można by dołączać ankietę, w której potencjalny kuracjusz określałby „warunki brzegowe” wyjazdu, takie jak dogodna pora roku, rejon czy konkretne uzdrowisko, oczekiwany standard pokoju itp. Oczywiście mając jednocześnie pełną świadomość, iż od tego zależeć będzie czas oczekiwania na pobyt. To by było wtedy trochę tak jak z leczeniem ambulatoryjnym, które przecież jest też możliwe. Wtedy organizuje się wyjazd samemu, a NFZ finansuje jedynie zabiegi rehabilitacyjne.

Również uelastycznienie i większe zróżnicowanie opłat powinno poprawić komfort pobytu. Emeryci, którzy są grupą najczęściej korzystającą z leczenia sanatoryjnego, nie są już tak biedni, by nie stać ich było na poniesienie dodatkowych kosztów, by poprawić sobie jakość życia przez te trzy tygodnie. Najlepszym dowodem jest to, iż wykupują dużo dodatkowych zabiegów, często tych najdroższych. Wiem: podniesie się krzyk, iż sanatoria drożeją. Trudno, coś za coś.

I na koniec ostatnia sprawa. Jesteśmy różni i wraz z wiekiem tolerancja na zachowania i poglądy (w tym te polityczne) osób z otoczenia wyraźnie spada. Z tych kilkudziesięciu pobytów mam o ludziach zamieszkałych ze mną różne wspomnienia – od przyjaźni po dziś do całkowitej nieakceptowalności. Byłoby dla mnie wielką sprawą, gdybym mógł, świadom wyższej odpłatności, decydować o tym, czy chcę mieszkać z kimś, czy też leczyć się w samotności. I takiej rubryki oczekiwałbym we wniosku o leczenie. ALEKSANDER POPOWSKI

Idź do oryginalnego materiału