Nie było błysku fleszy ani przełomowych oświadczeń. Eksperci oceniają, iż wizyta izraelskiego premiera w Białym Domu pokazała rosnące rozbieżności między Benjaminem Netanjahu i Donaldem Trumpem. Światowe media analizują, jak realnie ta rozmowa przełoży się na sytuację międzynarodową.
Tym razem premier Izraela wszedł do Białego Domu bocznym wejściem, a po rozmowach nie było spotkania z prasą. Obie strony ograniczyły się do lakonicznych komunikatów o bardzo dobrym, produktywnym spotkaniu. Ale kilka godzin wcześniej Donald Trump nie krył irytacji na Netanjahu. W reakcji na doniesienia, iż izraelski premier przedstawi Amerykanom nowe informacje wywiadowcze o irańskim programie nuklearnym pod Górą Kilofów, amerykański prezydent powiedział reporterom: „Nie potrzebuję Bibiego, żeby mi o tym mówił. On to robi, żebym się zaangażował. Wiem dokładnie, co się tam dzieje i to nie jest duży problem”.
Jak ocenia „Haaretz”, głównym celem tego spotkania było dla Netanjahu zachowanie pozorów koordynacji i utrzymanie przy sobie „irytującego, ale niezastąpionego partnera”. „Al Jazeera” – która wcześniej podkreślała, jak politycznie ryzykowne dla Trumpa jest zapraszanie coraz bardziej niepopularnego gościa – zwraca uwagę, iż Netanjahu chciał zatrzeć wrażenie popychania Stanów Zjednoczonych do kolejnej wojny. Przychylny Netanjahu izraelski Kanał 14 sugeruje wręcz, iż Stany Zjednoczone chciały namówić Izrael na działania wojskowe w Iranie, ale to „Netanjahu działa ostrożnie.”
„New York Times” zestawia tę wizytę z wizytą Wołodymyra Zełenskiego, który gościł w Białym Domu tego samego dnia. Według amerykańskiego dziennika,obaj przywódcy „stali się symbolami nierozwiązywalnych konfliktów z przeciwnikami USA i niespełnionych obietnic Trumpa, by je zakończyć”.













