Podczas obchodów Dnia Marynarki Wojennej w Petersburgu Władimir Putin oświadczył, iż Ukraina prędzej czy później utraci swoje zachodnie terytoria, i wymienił przy tym Polskę, Węgry oraz Rumunię. Słowa rosyjskiego przywódcy, cytowane przez agencję TASS, nie są nową tezą, ale kolejnym powtórzeniem narracji, którą Kreml kieruje pod adresem Warszawy od początku pełnoskalowej wojny. Za pozornie historycznym wywodem kryje się konkretny cel polityczny, a polska dyplomacja odpowiada na niego od lat w ten sam sposób.
Władimir Putin. | Fot. Shutterstock.Co dokładnie powiedział Putin w Petersburgu
Rosyjski przywódca wystąpił przed żołnierzami marynarki wojennej i przedstawił własną wizję przyszłości ukraińskich granic. Stwierdził, iż zachodnie ziemie Ukrainy, które w przeszłości należały do Polski, Węgier i Rumunii, prędzej czy później zostaną utracone przez Kijów, a proces ten może zająć rok, 2 lata albo 10 czy 15 lat. Zdaniem Putina historia i tak w końcu ułoży sytuację po jego myśli, choć nie przedstawił żadnych konkretnych przesłanek na poparcie tej tezy.
W tym samym wystąpieniu Putin przekonywał, iż to Rosja była jedynym gwarantem integralności terytorialnej Ukrainy, a władze w Kijowie same uznały Moskwę za wroga. Zachodnie tereny nazwał darem Stalina, przekazanym w czasach, gdy Ukraina wchodziła w skład jednego państwa, czyli Związku Radzieckiego. Odpowiedzialnością za wojnę ponownie obarczył Zachód, powtarzając twierdzenia o złamanej obietnicy nierozszerzania NATO oraz o rzekomym niekonstytucyjnym zamachu stanu w Kijowie.
Dlaczego to nie nowość, ale stały element kremlowskiej narracji
Teza o Polsce sięgającej po zachodnią Ukrainę wraca w rosyjskim przekazie regularnie od 24 lutego 2022 roku. W 2023 roku Putin mówił wprost, iż wejście polskich jednostek na zachodnią Ukrainę oznaczałoby utratę tych ziem przez Kijów, a osobno przekonywał, iż zachodnia część dzisiejszej Polski to prezent Stalina, o którym Moskwa Warszawie przypomni. Podobne słowa padały wcześniej z ust Dmitrija Miedwiediewa i rzeczniczki rosyjskiego MSZ.
Powtarzalność tego przekazu nie jest przypadkowa. Kreml od początku inwazji buduje obraz Polski jako państwa, które tylko czeka na okazję, by oderwać kawałek ukraińskiego terytorium. To narracja skierowana zarówno do rosyjskiej opinii publicznej, jak i do odbiorców na Zachodzie oraz w samej Ukrainie, gdzie ma zasiać nieufność wobec najbliższego sojusznika Kijowa.
Historia, którą rosyjski przekaz odwraca
Wersja o hojnym darze Stalina pomija to, co wydarzyło się wcześniej. Kształt wschodniej granicy Polski i ukraińskich ziem to skutek paktu Ribbentrop-Mołotow z 1939 roku, na mocy którego Związek Radziecki i III Rzesza podzieliły między siebie II Rzeczpospolitą, a Moskwa zajęła jej wschodnie województwa, czyli dawne Kresy. Powojenne granice ustalono następnie w Jałcie i Poczdamie, przesuwając całą Polskę na zachód. Utraciliśmy w ten sposób historyczne miasta takie jak Lwów, który był przez stulecia ważnym ośrodkiem polskiej kultury, a ślady polskości widać tam do dziś.
Współczesne państwo polskie nie zgłasza żadnych roszczeń terytorialnych wobec Ukrainy i konsekwentnie uznaje jej granice w kształcie przyjętym przez społeczność międzynarodową. To stanowisko powtarzają kolejne rządy niezależnie od podziałów politycznych, co czyni kremlowską tezę o polskich planach rozbioru pozbawioną podstaw.
Jak czytają to eksperci i co odpowiada polska dyplomacja
Analitycy dość zgodnie wskazują, iż celem takich wypowiedzi jest wbicie klina między Warszawę a Kijów oraz osłabienie polsko-ukraińskiego sojuszu. Jak ocenił Nico Lange, były wysoki urzędnik niemieckiego resortu obrony, w analizie przytoczonej przez Instytut Zachodni, teza o rzekomych polskich zamiarach zajęcia zachodniej Ukrainy to „kompletny nonsens”. Podobnie odczytują ją polskie służby i dyplomacja.
Reakcja polskiej strony jest przy tym utrwalona. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wielokrotnie określało rosyjskie twierdzenia o polskich pretensjach do Lwowa i zachodniej Ukrainy jako rosyjską dezinformację, a w 2023 roku, po zbliżonych słowach Putina, wezwało możliwie jak najszybciej ambasadora Rosji Siergieja Andriejewa. Kolejne powtórzenia tej narracji spotykają się z tym samym, spokojnym dementi zamiast emocjonalnej odpowiedzi, na którą liczy Moskwa.
Dlaczego adresatem tej narracji jest właśnie Warszawa
Polska nie znalazła się w wypowiedzi Putina przypadkiem. Jako główny sojusznik Stanów Zjednoczonych w regionie i jeden z najważniejszych orędowników ukraińskiej niepodległości, Warszawa jest naturalnym celem przekazu, który ma podważyć zaufanie między Polską a Ukrainą. Stolica jest też siedzibą instytucji prowadzących tę politykę, od Ministerstwa Spraw Zagranicznych po resort obrony.
Dla mieszkańców miasta, w którym zapadają decyzje o wsparciu Kijowa i o wschodniej flance NATO, tego typu słowa są elementem szerszej presji. Nie zapowiadają konkretnego wydarzenia, ale mają kształtować nastroje i osłabiać poparcie dla dotychczasowego kursu. To wojna informacyjna prowadzona równolegle do tej na froncie, a jej polem bitwy są także media społecznościowe czytane w Warszawie.
Co to oznacza dla Ciebie? Kremlowska narracja widziana z Warszawy
Najważniejsze jest oddzielenie propagandowej tezy od realnego zagrożenia. Słowa Putina o utracie zachodnich ziem Ukrainy to element narracji, a nie zapowiedź konkretnego działania na jutro czy pojutrze, dlatego nie ma powodu do paniki ani gromadzenia zapasów. Sens tej wiedzy polega na czym innym, czyli na rozpoznawaniu przekazu, który wraca w niemal identycznych słowach od 2022 roku.
Praktyczny wniosek dotyczy sposobu, w jaki odbieramy takie informacje. Twierdzenia o polskich planach rozbioru Ukrainy pojawiają się w sieci regularnie i najczęściej służą podsycaniu emocji, więc sięganie po sprawdzone źródła i oficjalne stanowiska instytucji chroni przed powielaniem cudzej propagandy. Polskie władze konsekwentnie zaprzeczają istnieniu takich planów, a granice Ukrainy pozostają dla Warszawy niepodważalne.
Trzeba też zachować proporcje. Codzienne życie w stolicy toczy się normalnie, a największym realnym skutkiem takich wystąpień jest próba zmęczenia opinii publicznej tematem wojny i zniechęcenia jej do dalszego wsparcia sąsiada. Świadomość tego mechanizmu jest najlepszą odpowiedzią, jaką pojedynczy odbiorca może dać na kremlowski przekaz.













